3 maja 2010

Pejzaż w kolorze ochry malowany akwarelą. Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr

Ta historia mogłaby być o mnie i mojej anonimowej sąsiadce. Codziennie mijam ją na spacerze, starszą kobietę z twarzą bez wyrazu, z pustym wzrokiem, który zdaje się przywoływać jedyną pocieszycielkę – samotność.  "Tajemnice muszą być dobrze strzeżone. (...) Samotność. Ceną jest samotność" [s. 30]. Co miałaby mi do powiedzenia, gdybym odważyła się przekroczyć tę niewidoczną, ale odczuwalną barierę anonimowości, gdybym wykonała taki gest, jaki uczyniła wobec swojej sąsiadki bohaterka powieści Lindy Olsson "Niech wieje dobry wiatr"? Jakie sekrety odsłoniłaby przede mną: duszący zapach konwalii czy słodki smak poziomek? 

Dominantą kompozycyjną tej powieści jest motyw lustra i odbicia. Został on wpleciony w historię spotkania dwóch kobiet, starej, samotnej Astrid Mattson, zwanej we wsi wiedźmą, i młodej – samotnej – Veroniki Bergman,  początkującej pisarki, która wynajmuje skromną willę w sąsiedztwie domostwa Astrid. Wraz z bohaterkami przenosimy się do Västra Sängeby, niewielkiej szwedzkiej wsi, do której przyjeżdża młoda kobieta, pragnąc zaszyć się w wiejskiej głuszy, by napisać swoją drugą książkę i otrząsnąć się po stracie ukochanego mężczyzny. Motyw lustra uobecnia się także w kompozycji powieści; są tutaj rozdziały spisane w formie narracji bohaterek, które przeplatają się ze sobą, przenikając się w przejmującym dialogu dwóch  zranionych serc: Astrid i Veroniki.

Astrid jest jak jej dom: "Był organiczną częścią jej samej i kształty tej przestrzeni wrosły w jej ciało: poruszała się w niej bez wysiłku, nie zapalając świateł. (...) Rzadko wyglądała przez okna: widok stracił wszelkie znaczenie" [s. 14]. Obojętność i alienacja... oto bastiony Astrid. Zaintrygowało mnie i poruszyło jej życie na uboczu i status wiejskiej dziwaczki, na który zasłużyła sobie, wybierając dobrowolne wyobcowanie, banicję, los pustelnicy. W kolejnych odsłonach asymetrycznie splecionych ze sobą losów  bohaterek obserwujemy rodzącą się między kobietami subtelną więź. Niemożliwe staje się realne.  Wystarczył jeden gest.  I żarliwa, bezinteresowna otwartość Veroniki.  Cierpliwe, płynące gdzieś z głębi jej delikatności przełamywanie nieufności, lęku przed drugim człowiekiem. Ogromne wyczucie, intuicja i takt. Oswajanie, ale dalekie od zniewalania. Jest w tym jakaś wzruszająca naturalność i  głęboka potrzeba, jakaś konieczność, tak jakby nie mogło być inaczej. Nieoczekiwane spotkanie dwóch światów, dwóch samotności, z którego obie kobiety czerpią inspirację, pocieszenie, ukojenie. Staje się ono początkiem podróży w głąb własnych traumatycznych przeżyć, podróży wyzwalającej tragiczne wspomnienia i oczyszczającej. Astrid w liście pożegnalnym do Veroniki będzie mogła napisać: "Poznałaś mnie jak nikt inny na świecie. Przez bardzo długi czas czerpałam ulgę z tego, że nic nie miałam. Nikogo. Teraz jednak wiem, że nie jesteśmy stworzeni, aby żyć w ten sposób. (...) Niektórym moje życie może się wydawać tragiczne. Stracone. Ja tego tak nie widzę. Ty dałaś mi nową perspektywę. Wyciągnęłaś mnie z powrotem na światło dzienne, otworzyłaś mi oczy. Dzięki tobie lód stajał" [s. 204].

Opowieść nowozelandzkiej pisarki szwedzkiego pochodzenia, Lindy Olsson, przypomina mi "pejzaż namalowany akwarelą" [s. 164],  przesycony "zmęczonym światłem w kolorze ochry" [s. 76]. Jest on kreowany za pomocą subtelnej, poetyckiej narracji, cudownie wyczulonej na meandry samotności, narracji przejmującej jak rzewna muzyka skrzypiec i melancholijne dźwięki fortepianu, splecione w nastrojowej sonacie Brahmsa, sonacie trzeciej d-moll, która rozbrzmiewa gdzieś w tle tej historii. Rozgrywa się ona na kilku planach: fabularnym, który jest ledwie zarysowaną kreską, oraz na planie emocji, uczuć, psychiki. Ten wewnętrzny pejzaż zdecydowanie wysuwa się w powieści na plan pierwszy. Zanurzamy się weń  z bolesną fascynacją, dając się porwać introspekcjom ulotnym jak japońskie haiku i hipnotyzującym jak krajobrazy impresjonistów. Jest w tej historii smutek utraconej niewinności, drżenie zranionej duszy, szorstkość bezradnej, niemej skargi zdławionej u zarania dzieciństwa. Jest trujący smak traumatycznych wyborów, których moralny ciężar nie daje się jednoznacznie zaklasyfikować, zmuszając czytelnika  do nieustannego balansowania między odruchem potępienia bohaterki  a próbą zrozumienia motywacji, jakie popchnęły ją do straszliwego czynu: dlaczego to zrobiła? W geście miłości(?), litości(?), nienawiści(?), szaleństwa(?), czy w imię  innej, niezrozumiałej dla odbiorcy wyższej logiki, jaką się kierowała? Olsson nie rozstrzyga, nie ocenia, nie moralizuje. Jedynie opowiada, a właściwie maluje swoją opowieść, z wyczuciem proporcji rzucając na płótno zarysy bolesnych emocji,  utraconych złudzeń i odnalezionych marzeń, nadając im właściwą głębię, deseń i perspektywę. 

 Ta książka to nie jest proza. To poezja pisana prozą. Poetycki charakter nadają książce symboliczne motywy: lejtmotyw poziomek, uosabiający utraconą niewinność dzieciństwa oraz tęsknotę za miłością, jej słodkim, delikatnym smakiem. Motyw konwalii, ucieleśniający konwenans, zniewolenie, cierpienie i śmierć (metaforycznie: śmierć duchową). Poziomki odgrywają również rolę aluzji intertekstualnych: przywołują dzieło Ingmara Bergmana "Tam, gdzie rosną poziomki", które koresponduje z motywem brutalnie zbrukanego dzieciństwa Astrid. Poezja drzemie w języku, w melodyjnej frazie narracji, w sposobie wyłuskiwania z materii słowa dźwięków, smaków, zapachów, kolorów. W tworzeniu nastroju. W wyczuleniu na ulotną strukturę chwili. W budowaniu psychologicznej tkanki wypełniającej interakcje między kobietami, kiedy dialog Astrid i Veroniki rozgrywa się bez słów, w ciszy. Kiedy ich dłonie się dotykają. Kiedy spotykają się ich spojrzenia. Kiedy ich myśli tulą się do siebie w instynktownym porozumieniu dusz. Kiedy Veronika opowiada o miłości swojego życia. Kiedy Astrid snuje opowieść o cierpieniu i nienawiści. Poezją jest także przesycona kompozycja powieści, kiedy jak murmurando na początku każdego rozdziału pojawia się cytat z poezji, najpierw kilka wersów w języku szwedzkim, a potem w tłumaczeniu Urszuli Szczepańskiej. Urzekła mnie melodia języka szwedzkiego zwłaszcza we fragmentach wierszy Kerin Boye. Poezja jest tutaj jak cicerone. Staje się przewodnikiem. Tropem. Obietnicą. 

I taką niezwykłą obietnicą jest cała powieść. W moim odczuciu – obietnicą spełnioną. A zatem... Niech wieje dobry wiatr. Niech sypie biały śnieg [s. 203]...

Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr, tłum. Urszula Szczepańska, Inna Strona 2008

Tę impresyjną recenzję dedykuję Lirael – za inspirację, za bycie siostrzaną duszą, za to, że dzięki niej mogłam przeczytać tę książkę i napisać recenzję, która dla mnie stała się modlitwą zachwytu. Dziękuję, Lirael...

42 komentarze:

  1. Witam, Jolu:) Widzę, że ktoś tu przeczytał już jakąś książkę z zakresu wyzwania:) Ja również dołączyłam, ale kraje nordckie to dla mnie totalna terra incognita i kompletnie nie wiem z której by tu się strony za nie zabrać - dlatego tym uważniej przeczytałam Twoją recenzję wyzwaniowej książki i wiem już, że napewno muszę ją również poznać:) Bardzo ciekawie się zapowiada. Tak melancholijnie, sentymentalnie... Pozdrawiam, miłego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. tak, to przepiękna książka..

    OdpowiedzUsuń
  3. Nieziemsko. :) Uleciałam z wiatrem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapisuję na listę książek do wypożyczenia. Mam nadzieję, że w bibliotece będą mieli:)
    Obawiam się jedynie, czy na tę chwilę w moim życiu dobrze czytać teksty aż tak melancholijne i chyba momentami przygnębiające (myślę tu o tej scenie z córeczkę; cytat).

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajrzałam jeszcze raz do Lirael: obie napisałyście świetne, bardzo własne recenzje. Tak dobre, że dla przekory nie sięgnę po książkę, bo nawet małe zagniecenie będzie mi przeszkadzać. (no nie, sięgnę - ale po jakimś czasie). Ciekawi mnie ten motyw lustra, konwalii i poziomek. Spotkanie i samotność, którą jednak w jakimś stopniu (pewnie nie idealnym)można przełamać. Najsilniej intryguje mnie nastrojowość i poetyckość. Bo wyczuwam, że nie zasłania opowieści, a pozwala wejść w głąb. "Zmęczone światło w kolorze ochry", które przenika pejzaż. Plastyczne bardzo. Dziękuję za przyjemność czytania :)
    ren

    OdpowiedzUsuń
  6. Molly,
    bardzo dziękuję. Na blogu wyzwania Kraje nordyckie sporo już się dzieje. :) Tak się złożyło, że właśnie kończyłam lekturę powieści Lindy Olsson, a zatem zgrabnie wkomponowałam się w nowe wyzwanie czytelnicze. ;-) Książka jest bardzo refleksyjna i poruszająca, mnie dosłownie zahipnotyzowała. Piękny plastyczny styl i przejmujące spotkanie dwojga samotnych serc. I ta charakterystyczna nastrojowość, znana już choćby z filmów Bergmana. Uczta dla duszy.

    2lewastrona,
    widzę, że nie jesteśmy (ja i Lirael, która mnie zainspirowała) odosobnione w swojej fascynacji tą powieścią. Ale powieść jest tego warta.

    Beatko,
    to co się będzie działo, jeśli zdecydujesz się przeczytać książkę... ;-)

    Naczynie,
    sama nie wiem. Na mnie ta książka bardzo mocno oddziałała. Nie tyle ze względu na ten motyw unicestwienia dziecka (choć to mnie poruszyło ogromnie), ile na charakter całości: czytałam jak na jakiejś fali, z trzepotem duszy, wzruszona i ciągle łykająca łzy poruszenia i zachwytu.

    Tamaryszku,
    ojej... zachęcam do przeczytania. Na pewno książka ma jakąś rysę, chyba nie ma rzeczy doskonałych, choć ja byłam zauroczona tą powieścią. Co za język, co za wrażliwość, jakie wyczulenie na kolory, dźwięki, smaki, mikroklimat miejsc. Niepowtarzalne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jolu, powinnaś zawodowo pisać recenzje. Az się chce przeczytać:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszy mnie, że ktoś czyta, że mogę się dzielić swoimi refleksjami i przede wszystkim emocjami. Czytam i piszę o książkach przez pryzmat emocji, chłodna analiza jest na drugim planie. Ale od niej nie sposób uciec. :) Dziękuję, Nivejko.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jolu, czy Tobie nie chodziło o Bergmana Tam gdzie rosną poziomki? Czy Bergman był zrobiony na podstawie powieści Bergsona? Pogubiwszy się trochę (siebie mam na myśli)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kasiu, dziękuję, dziękuję! Sama nie wiem, skąd ten lapsus. Ale to chyba za sprawą amoku. Byłam tak odrealniona po lekturze i w trakcie przelewania swych refleksji na papier, że chyba stąd takie zamieszanie. :) Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  11. nie da sie ukryc - b dobra powiesc. dobrze oddaje poczucie osamotnienia, bliskie wielu szwedom. jak równiez krajobrazy i nastroje. pozwole sobie dodac komentarz jezykowy do cytowanych poziomek. otoz "smultronställe", tlumaczone u bergmana "tam, gdzie rosna poziomki" to tlumaczenie kulawe, bo doslowne. slownik internetowy tlumaczy na angielski: "lovely little spot","hidden secret part". to tez niecalkiem oddaje tresc pojecia - bo "smultronstället" przenosnie oznacza ulubione miejsce (o charakterze idyllicznym). szwedzi maja, wymuszone klimatem, balbochwalcze uwielbienie lata oraz owoców lata. po osmiu miesiacach ciemnosci robi sie nareszcie jasno i mozna wyjsc z domu. ludzie odzywaja, robia sie towarzyscy i ekspansywni. w kupalnocke nawiazuja sie romanse. stad smak tych poziomek, to takze smak lata, wolnosci, przyrody (b wazne dla svenssona), milosci - niemal smak owocu zakazanego. ulotnosc lata i szczescia ucielesnia wlasnie owoc poziomki

    OdpowiedzUsuń
  12. Sygrydo, wspaniale uzupełnienie poszerzające interpretację powieści. Ciemność, a często popielata szarość ochry, towarzyszy zwłaszcza Astrid; ale wyczuwam, że to ma znaczenie symboliczne, odzwierciedla mroki jej duszy. Kiedy odnajduje wsparcie w Veronice, ta ciemność rozświetla się, stopniowo ustępując miejsca jasności, pełni lata. Veronika przyjeżdża do wioski w marcu, a przyjaźń między kobietami rozkwita właśnie latem. Astrid pokazuje Veronice swoje ulubione miejsca, właśnie te, w których rosną poziomki. Częstuje ją naleśnikami z konfiturą z poziomek. Tych niteczek poziomkowych jest sporo. Nie znam szwedzkiego, więc Twoje wyjaśnienie stanowi dla mnie cenną informację. Bardzo Ci dziękuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Książka zdecydowanie w moim guście, zwłaszcza że mam ją w swoich czytelniczych planach.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Anhelli, na pewno się nie zawiedziesz, chyba że nie lubisz takich nastrojowych, rzewnych, refleksyjnych opowieści. W każdym razie zachęcam do lektury.

    OdpowiedzUsuń
  15. Widac w opisie twoje oczarowanie. Jestem na bakier z książkami, zaczynam kilka, nie kończąc przez dłuższy czas. Nic mnie nie porywa do końca, wiele nudzi.
    Ciekawe studium samotności, pewnie nie tylko Ja lubię być sama , ale nie samotna.

    OdpowiedzUsuń
  16. Magda, czasami tak bywa. Brak czasu, liczne obowiązki... i na lekturę nie ma czasu i natchnienia do niej. Kiedyś książki czytałam jak łykanie powietrza. Ale nie miałam rodziny. Teraz muszę dzielić się sobą z małą Tatianą, mężem, pracą... i często książka, którą pochłonęłabym w kilka godzin, czeka na przeczytanie kilkanaście dni. ale to tez ma swoje zalety. Można sobie dawkować przyjemność. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Zastanawiam się, co bardziej mnie zachwyciło - powieść Lindy Olsson czy Twoja cudowna recenzja. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  18. Lirael, ja wobec wirtuozerii Lindy Olsson czuję się jak aplikant. Książka prawdziwie mnie zachwyciła. Aż nie chce mi się wierzyć, że jej następna powieść Ciebie zawiodła. Dziękuję Ci za inspirację.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nadrobiłam zaległości, podobają mi się Twoje recenzje :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Margo, dziękuję. :) Co za pokrzepiające słowa. Mów do mnie jeszcze... ;-))

    OdpowiedzUsuń
  21. Wnioskuję, że ta książka działa uspokajająco na człowieka - w końcu akwarele są lekko rozmyte i trochę z innego świata. Dobrze jest tak zdystansować się z książką w ręku, ech :-)
    Pozwolę sobie nawiązać do wypowiedzi o niedokończonych książkach, czasie. Zauważyłam na podstawie doświadczeń własnych i rodziny, że po lekturze wspaniałej książki człowiek czuje się, jak gdyby coś nowego się w nim otworzyło. To uczucie jest tak przejmujące, że czasami podejście do kolejnej książki sprawia trudność - tli się niejasne przeczucie, że nie będzie tak dobra, jak poprzednia. Dlatego też porzucone na 150 stronie pozycje staram się jeszcze raz czytać, żeby zobaczyć, czy to kwestia uczuć :-)
    Faktycznie, pewnie trudno jest znaleźć tyle czasu na czytanie z rodziną i pracą u boku, ile chciałoby się w rzeczywistości. Jeśli książka jest cienka, to mogę nawet na ulicy czytać, tylko trzeba na słupy uważać :-)
    Matko, ale się rozpisałam, mam nadzieję, że nikt tutaj nie zaśnie z tego powodu, ale czasami tak mam, ze zaczynam i nie potrafię skończyć.

    PS - coraz piękniej tu u Was!

    OdpowiedzUsuń
  22. Joanno, czytasz w mojej duszy. :) Po zakończeniu takiej uwodzicielskiej książki jak "Niech wieje dobry wiatr" trudno przetransferować się w wymiar kolejnej lektury. Właśnie osaczył mnie taki syndrom. Czytam "Aniołów dnia powszedniego" czeskiego pisarza Michala Viewegha i mam problemy z utożsamieniem się z proponowaną przez niego estetyką, odrobinę inspirowaną hrabalowskim poczuciem humoru, ale mającą też w sobie subtelną niteczkę lirycznego zapatrzenia gdzieś ponad wydarzenia i opisywane realia. Linda Olsson zaś zaczarowała mnie eteryczną, nastrojową prozą poetycką, a tu jest trochę rubaszności, trochę smutku i trochę rozbrajającej kpiny. Dwa różne typy wrażliwości, co nie znaczy, że któryś jest gorszy czy lepszy. :)
    Cieszę się, że zajrzałaś. A te zmiany to efekt mojej natury: lubię przemeblowania, modernizacje, tak jak w mieszkaniu. Ciągle coś zmieniam, jakiś niespokojny duch we mnie śpiewa.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  23. Czytam i czytam Twoją dedykacje i nie ukrywam, że bardzo mnie wzruszyłaś!
    Jesteś kochana. Dziękuję z całego serca.

    P.S.
    Jolu, jeśli masz ochotę przeczytać "Sonatę for Miriam" w wersji angielskiej (choć uprzedzam - będzie bolało:), to proszę o maila (lirael@pro.wp.pl). Chętnie pożyczę Ci tę książkę.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  24. Oczywiście dedykację. :)
    Przepraszam za literówkę.

    OdpowiedzUsuń
  25. wow!!ale recenzja...p i e k n a!!!
    a co do ksiazki,no wlasnie,czasem "wystarczy jeden gest",ale niezawsze jest latwo,
    ksiazke przeczytac warto,a te gesty tez robic warto:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Widzę, że nie mogę już się opierać przed tą książką.
    Najpierw zaczarowała mnie Lirael, teraz Ty czarujesz...To się zaczaruję! :) Jutro wypożyczam! Chociaż tyle książek do przeczytania...
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  27. Lirael,
    to ja dziękuję. :) Już gdzieś o tym pisałam: to cudowne – móc się tak nawzajem inspirować. Nie chcę tylko brać – zaczerpnęłam od Ciebie pomysł na lekturę – chciałabym też coś dać od siebie, więc odwdzięczam się dedykacją za taką piękną inspirację.

    Emocja,
    właśnie te gesty mnie tak urzekły. Najtrudniejszy jest ten pierwszy gest. A potem wszystko dzieje się naturalnie. :) Książkę polecam bardzo gorąco.

    Tucha,
    oj, ciężko będzie się oprzeć takiej pokusie, jaką jest ta książka. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. :) Ja także ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  28. Lirael,
    dziękuję za propozycję. Niestety, nie byłabym w stanie przeczytać 'Sonaty for Miriam' w oryginale :-(; muszę poczekać na tłumaczenie. Lirael, jesteś naprawdę kochana. Dziękuję. :-))

    OdpowiedzUsuń
  29. Zainteresowałaś mnie Jolu tą książką :) Twoja recenzja jest niezwykle kusząca :) Z literaturą szwedzką miałam niewiele do czynienia - mam nadzieję, że nadrobię te zaległości. Już dopisuję sobie tę książkę do Biblionetki jako lekturę, którą chcę przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Kala,
    warto. Książka jest nastrojowa, klimatem przypomina trochę filmy Bergmana, choć nie jest aż tak surowa, jest może jeszcze bardziej poetycka. Doskonałe studium ludzkiej duszy i samotności. I potrzeby miłości. Dla mnie – zachwycająca.

    OdpowiedzUsuń
  31. Przykro mi to stwierdzić, ale nieprzeczytanie "Sonaty..." to niewielka strata. :(
    Przypuszczam zresztą, że szykuje się edycja polska.
    Moc serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  32. Lirael. Mimo wszystko podejrzewam, że sięgnę po tę powieść z ciekawości. A może tłumaczenie to połowa klucza do sukcesu? W każdym razie nie odpuszczę sobie tej książki. Powiem więcej, Twoja recenzja, mimo że dość krytyczna, jeszcze dodatkowo rozbudziła mój apetyt na tę powieść. Ciekawią mnie efekty tego, jak to ujęłaś w recenzji, trudu autorki, by stworzyć "Sonatę for Miriam", o czym pisarka mówi w jednym z wywiadów (wiem to z Twojego tekstu). "Wyznaje, iż sporo wysiłku kosztowało ją zbieranie materiałów, co wymagało zapoznania się z dużą liczbą lektur, a również nadanie powieści formy muzycznej. Śmiem twierdzić, że ten wysiłek jest w książce widoczny. Tak jakby pisarka za wszelką cenę chciała spełnić oczekiwania zamiast wsłuchać się w siebie". Mnie zastanawia, czy podobnie ocenimy i przeżyjemy tę lekturę. Muszę się skonfrontować z Twoimi wrażeniami. :) Po prostu muszę.

    OdpowiedzUsuń
  33. A jak się czujesz?

    A, że świetnie piszesz, to chyba wiesz? Hę?

    Kurcze, uwielbiam do Ciebie przychodzić, odrywam się od tych wszystkich takich tu, co mi utrudniają życie :)i odpoczywam...

    OdpowiedzUsuń
  34. Margo, nie najlepiej. Grypieję. :) Moja Tatianka także, rotawirus ją zaatakował. Praca idzie mi powoli. Ale Twoje słowa podziałały na mnie kojąco. Dziękuję za odwiedziny i pozostawienie miłego słowa. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  35. To zdrowiej, młodą nawadniaj kisielkiem, ciepełka i uśmiechy posyłam kochane dziewczyny :)

    OdpowiedzUsuń
  36. czytałam tę książkę i też byłam nią zachwycona. Piękna, autentyczna recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  37. Virginia, w takim razie witaj w klubie. :)
    Książka wywarła na mnie duże wrażenie. Przez kilka dni nie mogłam zacząć czytać innej powieści, tak mocno we mnie tkwiła.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  38. Przepiękna recenzja, zauroczyła mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  39. Olu, to zasługa książki. ;-) Inspirująca i bardzo sugestywna. Piękna...

    OdpowiedzUsuń
  40. Bardzo zaintrygowala mnie Twoja recenzja oczywiscie na plus az sprawdze w mojej bibliotece czy jest ta pozycja
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  41. A czy książka mocno przytłacza?czy chociaż dobrze się kończy?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. :-)