28 kwietnia 2011

Żegnaj, szara naga jamo ("Kocham Pana, Panie Tygrysie!")

"Szara naga jama..."[1]. Codzienność, która stała się moją domeną. Piszę te słowa i zaglądam w szczelinę, która zerka na mnie swym pomarańczowym okiem zza krawędzi szarej nagiej jamy. Czasem robi się taka maleńka, że prawie znika. A ja niemal zapominam, że jest coś, co dawno temu, gdy byłam dzieckiem, przydawało światu niezwykłości i czyniło zeń scenerię niekończącego się spektaklu, poddanego bezgranicznej władzy wyobraźni. Mogłam być tu i tam jednocześnie. Znikały wszelkie ograniczenia materii i czasu, a ja nie czułam strachu przed nieznanym, lecz płonęłam z ekscytacji i ciekawości. Byłam śmiałkiem uzbrojonym w marzenia, fantazję i żądzę przygód.

Z czasem ekscytację zastąpiły pośpiech i stres. Z dziecka stałam się zapracowanym dorosłym. "Szara naga jama"... Szczelina do świata marzeń kurczyła się z każdym rokiem. Niemal o niej zapomniałam. Przytłoczona obowiązkami, wprzężona w sztywny kierat zadań i podporządkowana rytmowi codzienności, gubiłam coraz bardziej dziecięcą potrzebę zaglądania pod podszewkę świata. Czasem, kiedy patrzę na moją bawiącą się córkę znad stosu papierów, znad "szarej nagiej jamy", czuję maleńkie ukłucie... Bo jest jeszcze tyle do zrobienia, a czas goni. Bo czeka na mnie kolejne zlecenie. Bo niedokończona praca ciąży mi jak kamień. Bo muszę jeszcze zrobić pranie. I wyprasować ten stos ubrań... Najczęściej pozostaję nieświadoma, jak bardzo się uzależniłam od takiego myślenia. A wystarczy odrobina odwagi i spontaniczności, żeby zrobić coś, co wprawi w zdumienie moją córkę i przyniesie nam obu trochę radości.
– Pobawisz się ze mną?
– Nie teraz. Muszę skończyć pracę.
– Mamo, pobaw się ze mną...
– No dobrze... – mówię i niechętnie odrywam się od stołu. Niby daję się wciągnąć w zabawę, ale myślami wciąż błądzę nad urwanym zdaniem przycupniętym niezgrabnie na monitorze komputera... Muszę je wygładzić, przyciąć, zmodyfikować...
– Mamo, miałaś się ze mną bawić.
Ach tak...
"Szara naga jama"...
***
Dawno temu chodziłam do cyrku. Nie znałam takich słów jak kicz, kultura masowa, sztuka wysoka. Po prostu cieszyłam się życiem. Każdy dzień przynosił jakąś niespodziankę. O tym jest książka "Kocham Pana, Panie Tygrysie". Każda strona jest w innym kolorze. Odbijają się lśniącymi barwami w oczach mojej córki. Jak za dotknięciem magicznego zaklęcia wkraczamy w inny świat. Znika szara naga jama.
"– Babciu, wybieram się na polowanie. Chciałabyś mi towarzyszyć?
– Sama nie wiem, kochanie. Mam jeszcze do zacerowania kilka skarpet"[2].
Skąd ja to znam... Uśmiecham się do siebie. Mam jeszcze do zacerowania kilkanaście tysięcy znaków na monitorze. Pracę muszę skończyć do jutra.

Książka ma wielki format. Jej okładki otwierają się jak wrota do krainy wyobraźni. W pewnym momencie znika granica między realnością i fantazją. Nie wiadomo, czy ciągle jesteśmy w pokoju Adasia, czy już na polowaniu w gęstym lesie. Mamy polować na niedźwiedzie. Jesteśmy tylko my i nasza wyobraźnia, która ofiarowuje nam wszystkie potrzebne rekwizyty i tworzy scenografię najbardziej nieprawdopodobnych przygód.
"– Rozchmurz się, Adasiu. Na polowaniu trzeba się trochę bać, bo inaczej nie ma żadnej zabawy"[3].
Otóż to. Adaś i moja córka, idąc za radą babci, skradają się cichutko i nagle stają oko w oko z niedźwiedziem. Na razie obserwuję wszystko z boku, ale kiedy na scenę wkracza prawdziwy tygrys, nie mogę się powstrzymać i włączam się do zabawy. Tylko gdzie jest babcia? Wszystko dzieje się tak szybko i tak spontanicznie, że nawet nie mam czasu się nad tym zastanowić. Dom Adasia zamienia się w cyrk. Gwoździem programu ma być występ małego bohatera. A tymczasem na arenę wkraczają coraz to inne zwierzęta. Przed naszymi oczami przewijają się w najosobliwszych akrobacjach: małżeństwo strusi, krokodyl, wielbłąd, pancernik, tuzin mrówek żonglerek, dwa młode szopy, rosyjskie słonie. "Królewski zaś popis, nim czar nocy tej minie, dadzą: Pan Tygrys i Adaś skaczący na linie"[4]. Jego "salto martadela" wzbudza podziw mojej córki. Pierzcha strach, który ma wielkie oczy, trema, która tamuje oddech. Są tylko radość, żywioł przygody i niczym nieskrępowana zabawa. Ekspresję zdarzeń oddają ilustracje: żywe, fosforyzujące kolorami i dynamiką przenikających się kształtów, które prowokują grę wyobraźni.
***
Znika szara naga jama. Babcia-Tygrys. Adaś-akrobata. Moja córka. Rosyjskie słonie. Pomarańczowe oko spoglądające na mnie ze szczeliny w suficie. Nad głową otwiera się inny świat. Nawołują mnie beztroskie głosy, które pamiętam z dzieciństwa. Gwiazdy zerkają ku mnie filuternie i obiecują wyprawę w nieznane. Dokąd tym razem, Panie Tygrysie?
---
[1] Cytat z wiersza Mirona Białoszewskiego "Ach gdyby nawet piec zabrali... Moja niewyczerpana oda do radości".
[2] Przemysław Wechterowicz, "Kocham Pana, Panie Tygrysie", ilustracje Aleksandra Woldańska-Płocińska, wyd. Agencja Edytorska Ezop, 2011, s. 2.
[3] Tamże, s. 6.
[4] Tamże, s. 33.

Przemysław Wechterowicz, Kocham Pana, Panie Tygrysie, ilustracje Aleksandra Woldańska-Płocińska, Agencja Edytorska Ezop 2011.


20 komentarzy:

  1. Jolu, widzę, że i Ciebie coś ciągle goni, ta praca, to pranie, ta potrzeba bliskości z dzieckiem... czy my-kobiety zbyt wiele od siebie nie wymagamy? Tak sobie siedzę dziś lenistwem owiana i próbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie.
    Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle wciągająco i zachęcająco:)

    PeeS.Być może patrzę na to z perspektywy zachwyconego dziecka, ale kiedyś cyrk był inny. Bogatszy. Jeszcze bardziej jarmarczny...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jolu - to o czym piszesz, takie prawdziwe, takie bliskie... . Moje wewnętrzne dziecko we mnie łka cichutko... .Trzeba pokołysać, znaleźć czas dla niego.
    A na deser cytuję Zasadę „wystarczającego dobra”
    "To co robimy może nie jest fantastyczne czy cudowne, doskonałe, a nawet nie jest najlepsze na jakie nas stać, ale CZY JEST WYSTARCZAJĄCO DOBRE?
    1.Być może nie jestem doskonałym ojcem (doskonałą matką........), ale dzieciaki są szczęśliwe, więc może jestem wystarczająco dobry?
    2.Może nie wykonuję tej pracy tak dobrze jak mogłabym, gdyby sprawy przedstawiały się inaczej, ale robię to wystarczająco dobrze.itd., itd.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Urzekająca i przejmująca autentycznością recenzja. Po to właśnie jest literatura. Żeby nas oderwać. Kiedyś świat fantazji był na wyciągnięcie ręki, a teraz potrzeba nam książek, by go obudzić.
    Oj, jakie to musu być miłe - takie wędrówki czytelnicze z własnym dzieckiem...

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy Bebe byla mala Szara Naga Jama zwala sie: Szarana Gajama. Lezala gdzies w poblizu Bergamutow. A zamieszkiwaly je tajemnicze Gronostaje noszace Zlote Jablka na glowach... to byly czasy.....

    OdpowiedzUsuń
  6. Virginio, to chyba kwestia czasów i tempa życia, które się z tym wiąże. Lubię swoją pracę, ale czasami łapię się na tym, że może mi ona przesłaniać inne obszary życia. Na pewno najważniejsze jest dla mnie bycie z rodziną. Zabawa z córeczką. Natomiast często dociera do mnie, że zanika we mnie ten dawny duch spontaniczności, który sprawiał, że odbierałam świat oczyma i wrażliwością dziecka. Czytanie takich książek jak ta, wspólnie z dzieckiem, otwiera mnie na takie refleksje i przewartościowania.

    OdpowiedzUsuń
  7. Margo, dziękuję. :-) Ja także pozdrawiam Ciebie bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Nivejko, możliwe. Nie byłam w cyrku... od kiedy byłam mała. Ale postanowiłam wybrać się w końcu do cyrku z Tatianką. To może być ciekawe doświadczenie -- spojrzeć na widowisko cyrkowe z perspektywy dorosłego. A książka do tego bardzo zachęca. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, ja ostatnio czekam na "lepsze" czasy. Żeby przestać się martwić i otworzyć się na to swoje uśpione w głębi dziecko. Za bardzo się martwię, wiem o tym, za bardzo skupiam na aktualnych problemach, co odbija się na mojej dziecięcej potrzebie radości. Muszę nad tym popracować. :) Dziękuję Ci za piękny komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oleńko, dla mnie taką możliwością są książki i pisanie pod ich wpływem, wyrażanie siebie poprzez siłę inspiracji, jaką z nich czerpię. To daje mi na kilka chwil możliwość odreagowania, oderwania się od rzeczywistości. Pięknie to ujęłaś. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Montgomerry, czasami faktycznie można jedynie westchnąć z rezygnacją na taki obrót spraw. Ale raczej się temu nie podaję bez walki. ;-) Dzięki książkom i najbliższym, którzy mają podobną do mnie wrażliwość. To daje inspirację i pozwala być sobą.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bebeluszku
    to ciekawe. :) Dla mnie szara naga jama jest metaforą codzienności i szarości. Choć obraz został zaczerpnięty z wiersza Białoszewskiego, w którym podmiot liryczny zachwyca się ową szarą nagą jamą. Trochę ten symbol przeinaczyłam na potrzeby recenzji. :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jolanto, Szarana Gajama nigdy nie byla szara! I nadal nie jest. To tunel, ktory w wiecznej fluktuacji, zmienny i kolorowy. Nie wiadomo w jaka nowa przygode Cie wessie. Taka jest moja szara naga jama. Przynam sie jednak, ze czasem boje sie jej nieprzewidywalnosci :) Pozdrawiam cieplo :)

    OdpowiedzUsuń
  14. :-))) Dziękuję.
    Ja także pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Zachwycająca i urzekająca recenzja! xD
    Pozdrawiam wiosennie^^

    OdpowiedzUsuń
  16. Miło mi czytać takie opinie. To zobowiązuje. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. :-)