22 kwietnia 2017

Stwarzaj swoich bliskich, a nie niszcz...

Porozumienie bez przemocy” to filozofia, do której nieustannie wracam, która jest autentyczną księgą życia. To lektura obowiązkowa. Źródło wewnętrznej siły nie tylko dla pokaleczonych, poturbowanych, zmanipulowanych, pognębionych i walczących o zachowanie poczucia godności i wartości. O zapomnianym języku serca. O świadomej, dojrzałej komunikacji, nastawionej na zrozumienie, a nie na niszczenie, osądzanie, manipulowanie, bez pancerza uprzedzeń, błędnych nawyków myślowych, stereotypów mentalnych, egocentryzmu, z szacunkiem dla odmienności drugiego człowieka i jego granic. Czy to jest możliwe? Porozumiewanie się bez przemocy należy przyswajać od dzieciństwa, ale tak naprawdę nigdy nie jest za późno, by porzucić styl oparty na osądzaniu, szufladkowaniu, napastliwości, etykietowaniu, wzbudzaniu poczucia winy, obrażaniu, atakowaniu, poniżaniu, ranieniu, co zazwyczaj wynika z niezrozumienia dla odmienności, niezgody na inność, nieakceptowania tego, że każdy ma prawo do swoich poglądów na świat, choćby były one całkowicie odmienne od moich. To działa jak uzależnienie. Płytka, irracjonalna reakcja. Płytkie osądzenie. Rzucenie złego słowa. Wygłoszenie złośliwości. Zatwierdzenie werdyktu. Tak oto odgradzamy się od drugiego człowieka. Od takiego mechanizmu można się uzależnić. To działa jak narkotyk. Druga strona jest bezsilna wobec tego uzależnienia. Wobec tej psychologicznej używki. Ta używka, ten znieczulacz [bo złość i złośliwość znieczulają] to mechanizm obronny zagłuszający nieumiejętność odnalezienia się w relacji z kimś, kto jest diametralnie inny, kto nas tą innością złości, bo nie przystaje do naszych wąskich wyobrażeń i schematów myślowych. Patrzymy na kogoś, ale nie widzimy go. Słuchamy kogoś, ale nie słyszymy. Nie widzimy drugiego człowieka takim, jakim jest naprawdę. Widzimy i słyszymy swoje osądy, poddajemy się bezwiednie swoim uprzedzeniom. Tak jak w wierszu Różewicza „List do ludożerców”. Ja, mój, moje. Nie uświadomiono nam, jak wyzwolić się z tego ograniczającego nas sposobu reagowania na inność. A jednak głuchota wewnętrzna i ślepota wewnętrzna są uleczalne tak przekonuje książka. Tylko od nas samych zależy, co zrobimy z nawykami myślowymi ograniczającymi budowanie konstruktywnych relacji. 

„Język żyrafy” wielokrotnie pozwalał mi się podnosić. I iść dalej. Bez zatracania się w stylu komunikacji opartej na „języku szakala”. Na języku ludożercy. Sekret tkwi w naszych reakcjach na inność drugiego człowieka. Jak ja reaguję? Złością, nawykowym wybuchem krzyku i oskarżaniem kogoś, kto ma inne zdanie, czuje inaczej, żyje inaczej? Czy zrozumieniem, szacunkiem dla jego odmienności, mimo że nie zgadzam się z jego zdaniem, myślę inaczej – i mam do tego prawo, tak jak on ma prawo myśleć inaczej? Jeśli tego nie rozumiem, automatycznie neguję czyjąś inność. Wpadam w błędne koło automatyzmu. A tylko ja sama mogę je przerwać, zadając sobie pytania: Czy umiem uszanować jego granice? Czy stać mnie na wysłuchanie, na cierpliwość, na życzliwość, na dojrzałą reakcję pozbawioną piętnowania, upokarzania, dyskredytowania? Czy umiem rozmawiać z zachowaniem szacunku mimo różnicy poglądów, nie raniąc rozmówcy i nie atakując go? Czy jestem świadoma, że to ja jestem odpowiedzialna za swoje reakcje, a nie mój rozmówca? To ja decyduję, jak zareaguję: podążę bezwiednie za nawykiem i dam upust ślepej, irracjonalnej złości, paląc, tratując i niszcząc relacje – czy przeciwnie: wysłucham, spróbuję zrozumieć, uznam czyjeś prawo do odmiennych poglądów? Dla tej drugiej strony z kolei moje poglądy są odmienne. Bez tej świadomości nie ma możliwości budowania i tworzenia relacji. Nawykowo wpadając w zacietrzewienie, impulsywną złość, która działa jak mechanizm, jak wypracowany latami automatyzm, niszczymy, burzymy i miażdżymy więzi, o które warto się zatroszczyć. Odpychamy od siebie – a nie przyciągamy. Stawiamy barykady, a nie mosty. 

Każdy ma swoje granice. W swoich granicach ma też prawo do swoich myśli, uczuć, poglądów i potrzeb. Czy konstruktywnego reagowania na innych ludzi można się nauczyć? Sztuka porozumiewania się bez przemocy jest możliwa do opanowania dla ludzi świadomych, chcących nad sobą pracować. Krytykując innych, wcale nie powodujemy tego, że się zmienią. Zwykle jedyne, co udaje nam się osiągnąć, to trwała uraza. Krytykować, potępiać i narzekać potrafi każde dziecko. Ale żeby zrozumieć i otworzyć się na czyjąś inność – potrzeba charakteru, samokontroli, cierpliwości i opanowania. 


Zamiast więc potępiać ludzi, próbujmy ich zrozumieć. Zamiast krytykować, zastanówmy się, dlaczego wyznają takie, a nie inne poglądy. Jakie przeżycia ich do tego skłaniają? Jakie doświadczenia, obserwacje i jakie refleksje na temat otaczającego świata ukształtowały ich osobowość? Możliwe, że będąc na ich miejscu, myślałabym tak samo

Książka o języku żyrafy to pokrzepiająca, otwierająca oczy i serce lektura.

1 lutego 2017

Książki zamiast terapii [Nina George "Lawendowy pokój"]



Każde spotkanie z nową książką jest jak podróż w nieznane. Za każdym razem jest to inna wyprawa. Załoga pozostaje ta sama, ale z każdą kolejną książką podążamy inną drogą i innym środkiem transportu – bywa, że lektura przypomina jazdę rozpędzonym pociągiem nad przepaścią, innym razem to niespieszna przejażdżka stylową dorożką wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów utkanych z narracyjnej mapy słów, wrażeń, przenikających się obrazów i refleksji. Każda kolejna lektura to nowe przeżycia, inne pejzaże, inny nastrój, odmienne emocje.

„Lawendowy pokój” wzbudził we mnie ambiwalentne doznania. Tytuł książki i jej okładkowa recenzja zapowiadały smaczny literacki kąsek dla wielbicieli słowa pisanego. Z ogromnymi nadziejami i apetytem na ekstatyczne literackie uniesienia przystąpiłam do lektury. Powieść zdawała się współgrać z nostalgicznym nastrojem charakterystycznym dla schyłku lata, a początek snutej przez autorkę historii zapowiadał się obiecująco: czytelnik wyrwany z uścisku szarej rzeczywistości trafia do pływającej księgarni na barce o nazwie „Apteka Literacka”, która przyprawia miłośników książek o szybsze bicie serca. Zawsze marzyłam, by znaleźć się w takim miejscu. Poznać księgarza, który leczy za pomocą lektury. Dawkuje książki niczym lekarstwo. Odpowiednio dobranymi historiami literackimi leczy ludzkie dusze, ludzkie zranienia, wydobywa czytelnika z otchłani nieszczęścia, cierpienia, mroku. I rzeczywiście początek książki zapowiadał się ciekawie, ale im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym wzmagał się mój niedosyt. Moje zastrzeżenia wzbudziła niekonsekwencja autorki. Powieść o książkach i  księgarzu – lekarzu dusz w pewnym momencie zaczęła ocierać się o kicz. Szczególnie zirytowało mnie zakończenie powieści: przewidywalne, łzawe, całkowicie odbiegające od konwencji, w jakiej utrzymany był intrygujący początek fabuły. Melodramatyczne dialogi i sytuacje przyćmiły w moich oczach atuty powieści. Fabuła okazała się zbyt zagmatwana, raziły sztucznie zagęszczone wątki i niewiarygodne sytuacje, a otoczka momentami cukierkowego sentymentalizmu sprawiła, że kreacja głównego bohatera straciła na autentyczności. Jean Perdu, budzący sympatię księgarz i wielbiciel dobrej literatury, który zaskarbił sobie moje względy w pierwszych rozdziałach książki, wraz z rozwojem fabuły zaczął mnie irytować. Sceny łóżkowe ociekające uczuciowością nie pasowały do bohatera, który początkowo został wykreowany na samotnika zamkniętego w świecie książek, trawionego przez bolesne wspomnienia, żal, gorycz i rozpamiętywanie straty. Pomysł na powieść był świetny, ale całość traciła na uroku za sprawą budzących zastrzeżenia dysonansów i niespójności, które zaważyły na ostatecznej opinii o lekturze.

Można się sprzeczać na temat roli literatury. Na zarzut, że powieść jest alogiczna i nieprawdziwa, zapewne padnie – skądinąd słuszne – stwierdzenie, że zadaniem literatury nie jest kopiowanie rzeczywistości, lecz opowiadanie o meandrach i paroksyzmach ludzkiej duszy, o ludzkich namiętnościach i ukrytych głęboko w podświadomości niewyartykułowanych tęsknotach, lękach i nadziejach nawet za pośrednictwem całkowicie odbiegającej od realiów fabuły. Lekarz dusz uzdrawiający za pomocą książek sam potrzebuje uleczenia. Tak zapowiada się początek lektury. Bardzo lubię książki o metamorfozach duszy, o przełamywaniu wewnętrznych ograniczeń i pokonywaniu życiowego impasu, jednak dla mnie ważna jest prawda psychologiczna.  A tej – mimo żywej akcji, zaskakujących rozwiązań fabularnych, wątku romansowego, motywu podróży, tej dosłownej i tej metaforycznej, duchowej – brakowało w powieści. Natłok rozmaitych konwencji zastosowanych w utworze – romans, powieść drogi, powieść sentymentalna, powieść z kluczem, powieść filozoficzna itd. – negatywnie odbił się na konstrukcji książki. Zabrakło w niej „błogosławionej prostoty”. Czytelnik zmaga się z wrażeniem, że w powieści jest wszystkiego za dużo. Zamiast „kropki nad i” lepszym rozwiązaniem są niedopowiedzenia, gra z czytelnikiem, szczypta niejednoznaczności okraszona garścią niuansów, pozostawienie przestrzeni dla wyobraźni czytelnika.

Żeby nie pogrążać się w zbytnim krytycyzmie i zadośćuczynić oczekiwaniom zwolenników „Lawendowego pokoju”, warto przywołać atuty książki, których będą bronić moi antagoniści. Czym może sobie zaskarbić uznanie czytelników autorka powieści? Chociażby tym, że jej bohater, właściciel Apteki Literackiej, księgarz i lekarz dusz pan Perdu, mógłby  zapisać im „Lawendowy pokój” jako receptę na bezbarwną codzienność, zatracenie się w rutynie – a jak mawiał  Gabriel García Márquez, „rutyna jest jak rdza”… A zatem jeśli brakuje wam impulsu do zmiany, motywacji do wyrwania się z kolein przewidywalności i monotonii życia, jeśli paraliżuje was strach przed zmianą, przed opuszczeniem dobrze znanej, ale nudnej i martwej strefy komfortu, jeśli boicie się życia toczącego się za progiem oswojonej i uporządkowanej, niezmiennej i powtarzalnej egzystencji wtłoczonej w ramy rutyny – sięgnijcie po „Lawendowy pokój”. Zróbcie coś innego, niż robiliście do tej pory. Niech to będzie coś drobnego, niekoniecznie tak spektakularna zmiana, na jaką odważył się bohater książki. Może zamiast narzekać na świat i ludzi, uśmiechnijcie się do przypadkowego przechodnia. Zajrzyjcie mu w oczy i przekonajcie się, co go trapi lub uszczęśliwia. Wstańcie z kanapy. Odrzucie pilota od telewizora. Otrzepcie kurz z kolan. Wyjdźcie z domu. „Podróż tysiąca mil zaczyna się od pierwszego kroku” [Konfucjusz].

  

29 stycznia 2017

Żyjąc na niby (Eliza Sarnacka-Mahoney „Kreacja”)

Czytając „Kreację” i śledząc losy książkowych bohaterów, nieustannie zadawa-łam sobie pytania o definicję szczęścia i hierarchię wartości, o rolę przypadku w naszym życiu, o to, czy mamy wpływ na jego kształt i ile tak naprawdę zależy od nas samych. Na ile to my jesteśmy kreatorami naszego życia, a jeśli nawet, to czy kreujemy je świadomie, w sposób niezależny od opinii innych ludzi, od splotu sytuacji i zbiegu okoliczności? Czy kreując swój los, nie krzywdzimy innych — i samych siebie? Czy żyć — to znaczy grać, udawać, przybierać maski? A zatem ile w nas autentyzmu, spontaniczności, a ile wyrachowania i pozorów?

Te dylematy nie wyczerpują problematyki „Kreacji”. O czym jeszcze jest książka Elizy Sarnackiej-Mahoney? O drążącej nasze dusze tęsknocie za idealną wersją samego siebie i swojego życia, za której iluzją podążamy aż do zatracenia i samozniszczenia, depcząc po drodze wszystko, co dla innych nierzadko stanowi synonim szczęścia i spełnienia. Co jest takiego w człowieku, że nie potrafi czerpać radości z tego, co ma, z tego, co jest mu dane tu i teraz? Ciągle czegoś pragnie, gnany impulsem podsycanym przez zapierające dech w piersiach wizje doskonałego życia, wykreowane przez mainstreamowe media i cukierkowy świat reklamy. Zapatrzony w kreacje na pozór idealnych ludzi i idealnego świata, atakujące nas natarczywie z ekranów telewizji i kolorowej prasy, coraz bardziej oddala się od siebie. Nie słucha wewnętrznego głosu, swojej wewnętrznej prawdy, zaczyna myśleć, czuć i działać pod dyktando otaczającej go konsumpcyjnej rzeczywistości i wykreowanych na celebrytów ludzi sukcesu. Tyle że, jak na ironię, ci sami ludzie po wyjściu ze studia, po zejściu ze sceny i powrocie do pustego, pięknego domu nie są w stanie spojrzeć w lustro, bo nie mogą na siebie patrzeć. Tak jak Wioletta Mruczyk, uwielbiana przez telewidzów starzejąca się gwiazda talk-show, samotna i nieszczęśliwa w zaciszu intymnego świata, ale dla kibicującej jej rzeszy fanów kreująca rolę uroczo roześmianej, pełnej wdzięku, uwodzicielskiej celebrytki, której zwykli śmiertelnicy zazdroszczą sławy, urody, luksusu. Ekskluzywne zabiegi spa pomagają jej zachować iluzję, że życie oszczędzi jej upływającego czasu, natomiast alkohol znieczula, usypiając poczucie samotności, bezsilności i strachu przed starością. Alkoholem koi smutek i poczucie winy, bo nie może sobie wybaczyć, że jako młoda dziewczyna, pragnąc wyrwać się z podlaskiej wsi do wielkiego świata, tak łatwo wyrzekła się siebie, nowo narodzonej córeczki, swoich bliskich, swoich korzeni. Po latach przypłaciła to depresją, alkoholizmem i atakami paniki, ulegając szantażującym ją krewnym i płacąc im za zachowanie tajemnicy. Historia Wioletty, podobnie jak pozostałych bohaterów książki, jest otwarta, autorka nie stawia kropki nad „i”. Wioletta otrzymuje szansę, by naprawić błąd z młodości, ale czy jest możliwe, że odnaleziona po tylu latach dorosła już córka, która ma własną rodzinę i przybranych rodziców, będzie jej w stanie wybaczyć? Czy będzie możliwe nadrobienie tylu straconych lat? Nawiązanie bliskiej relacji? Stworzenie czegoś prawdziwego i dającego poczucie sensu, napełniającego duszę ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa? Chciałabym w to wierzyć, ponieważ dla mnie właśnie te doznania są kwintesencją szczęścia: nie ma nic cenniejszego, niż bliskość, zrozumienie, wsparcie, miłość. I tego życzę Wioletcie. Nie chcę jej oceniać czy piętnować. Również sama autorka jest daleka od moralizowania — pozwalając bohaterce na spotkanie z Kaliną, daje jej jeszcze jedną szansę. A to utwierdza mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest za późno i że każdy zasługuje na to, by móc naprawić wyrządzone zło. 

„Kreacja” jest powieścią o mechanizmach kłamstwa, które przybiera rozmaite formy. Bycie w relacjach z innymi ludźmi zmusza nas do zakładania masek, do nieszczerości, do udawania kogoś, kim się nie jest. Kłamstwem jest przesycony świat relacji społecznych. Kreacja siebie na potrzeby życia publicznego jest atrakcyjna i obiecująca, ale to, co skrywa się pod jej powierzchnią, może przyprawić niejednego dociekliwego obserwatora o skurcz niedowierzania. Kiedy zagląda się pod tę iluzoryczną skorupę, ma się ochotę krzyczeć, nieruchomiejąc pod ciężarem trwogi i grozy na podobieństwo postaci z ekspresjonistycznego obrazu Edvarda Muncha, którego motyw przewija się przez całą powieść. Aluzje do twórczości Muncha podkreślają, że życie w kłamstwie nie jest wynalazkiem współczesności, a samooszukiwanie się jest mechanizmem zakorzenionym w ludzkiej naturze. Dzisiejsi psycholodzy powiedzieliby, że to jeden z mechanizmów obronnych, pozwalający nam przetrwać w dżungli życia, w bezlitosnym teatrze świata. Być może kreacja to nasza tarcza, dzięki której czujemy się bezpieczni, która ma moc osłaniającą i ocalającą nasze wewnętrzne światy. Tyle że taka wizja życia zaprzeczałaby idei, że człowiek jest wolny i niezależny oraz że może doświadczyć szczęścia w kontakcie z drugim człowiekiem, że może dać mu siebie, niczego nie tracąc i nie narażając się na cierpienie.  
Być może takimi obawami kieruje się Marta, kolejna bohaterka książki, która boi się bliskości i nie jest w stanie nawiązać trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Jest wziętą dziennikarką robiącą błyskotliwą karierę w prywatnej stacji telewizyjnej, u boku Wioletty Mruczyk. Debiutowała w telewizji publicznej, ale zwabiona dużymi pieniędzmi, przeszła do telewizji komercyjnej, w której zaprzedała swoje ambicje i duszę. Wieczory spędza w towarzystwie coraz to innych mężczyzn, a porannego kaca leczy samotnie w swoim nowoczesnym apartamencie. To typowa współczesna singielka. Jej przeciwieństwem jest najbliższa przyjaciółka Anka, ucieleśniająca mit matki Polki, zmagająca się z nadopiekuńczą i apodyktyczną matką oraz mężem, który nie angażuje się w wychowanie dzieci i życie rodzinne, czas po pracy spędzając na kanapie z pilotem od telewizora w jednej ręce i butelką piwa w drugiej. Anka jest ofiarą tak zwanej wyuczonej bezradności, której korzenie sięgają dzieciństwa spędzonego pod skrzydłami apodyktycznej, kontrolującej matki. Gdzieś pośrodku plasuje się Agata, mężatka i mama Michalinki, marząca o karierze celebrytki. Aby osiągnąć swój cel, gotowa jest poświęcić rodzinę. Historię Agaty odczytałam jako upostaciowienie losów Wioletty, tyle że Agacie brakuje finezji i błyskotliwości Wioletty i może dlatego jej historia gwałtownie przybiera dramatyczny obrót. Agata jest według mnie najbardziej odpychającą postacią w powieści. Wydała mi się groteskowa: niedojrzała emocjonalnie, sarkastyczna, roszczeniowa, wiecznie narzekająca na swoje życie, pogardzająca mężem, życiem matki, swoim dzieciństwem w PRL-owskim bloku z wielkiej płyty i zupą ogórkową będącą dla niej synonimem biedy. Za wszelką cenę chce się odciąć od tej spuścizny, wykreować na nowo swoją historię, zabłysnąć na salonach, w światłach reflektorów, stanąć kiedyś przed kamerami. Nie jest w stanie docenić tego, co ma: starającego się przychylić jej nieba kochającego i ciężko pracującego męża oraz wspaniałej córki. Tymczasem właśnie tego, co tak neguje Agata, zazdrości jej Monika, kolejna współczesna karierowiczka, w której jednak drzemie tęsknota za czułością i ciepłem rodzinnego ogniska. Skontrastowane w ten sposób losy współczesnych młodych kobiet uświadamiają, że siłą sprawczą ich poczynań jest niedosyt, który staje się albo źródłem frustracji i destrukcji, albo impulsem zmuszającym do zweryfikowania całego swojego życia. Z tej konfrontacji zwycięsko wychodzi Marta, która podejmuje odważną decyzję: postanawia rzucić dotychczasową pracę i zmienić swoje życie. Chce je kreować świadomie i dojrzale, nie pod dyktando ulotnych trendów, kosztem zdrady samej siebie i swoich aspiracji, lecz wsłuchując się w swoje marzenia i ideały. Również Anka decyduje się na przełamanie swojej życiowej bierności: zapisuje się na terapię i podejmuje próbę przeciwstawienia się kontrolującej jej życie matce oraz mężowi, mobilizując go do większego zaangażowania w obowiązki rodzinne. Obie kobiety są na początku drogi, ale można żywić nadzieję, że odniosą sukces, nie ten ulotny jak błysk fleszy, lecz taki, który da im poczucie sensu i utwierdzi je w przekonaniu, że podążają trudniejszą drogą, ale we właściwym kierunku.

Eliza Sarnacka-Mahoney ukazuje swoich bohaterów z rożnych perspektyw, co sprawia, że stworzone przez nią postacie zyskują na wiarygodności. Wprowadzając do powieściowego świata reprezentantów starszego pokolenia — rodziców Marty, Agaty i Anki — pozwala nam spojrzeć na poczynania bohaterek jakby od korzeni, sięgając do dzieciństwa, do realiów, w jakich dorastały, do relacji z matką czy ojcem. Wszystkie te czynniki dopełniają obrazu postaci i ich motywacji, co sprawia, że możemy je lepiej poznać, podjąć próbę zrozumienia ich wyborów, nie ograniczając się tylko do oceny takiej czy innej postawy. Wielką przegraną, a zarazem jedną z najbardziej poruszających postaci jest Gabriela Narzymska, matka Agaty, była księgowa i wdowa samotnie wychowująca córkę. Obserwując zachowanie Agaty, wyrodnej matki i żony, uświadamia sobie, że jako jej matka poniosła klęskę. Ma do siebie żal, że popełniła jakiś błąd, że nie sprostała wyzwaniu, jakim jest wychowanie córki. Jest bierna i ma o to do siebie pretensje, ale nie potrafi zmienić swojej postawy. Nie chce ingerować, woli zachować dystans. Kiedy próbuje coś zmienić, jest już za późno. Gabriela potrafi przyznać się do błędu. Uświadamia sobie, że „wychowanie to nie słupki z księgowości”.

W fabułę „Kreacji” zostały wkomponowane aluzje historyczne nawiązujące do rewolucji francuskiej i upadku dworu Ludwika XVI oraz ekspresjonistyczne motywy inspirowane obrazami Muncha „Krzyk” i „Taniec życia”, co sprawia, że książkę można interpretować na wielu płaszczyznach. To nie tylko satyra na współczesną rzeczywistość zdominowaną przez pogoń za złudnymi wartościami, sukcesem i pieniądzem, lecz także metafora ukazująca świat jako odwieczne theatrum mundi, w którym większość z nas w drodze do celu przywdziewa rozmaite maski i kostiumy. Warto się czasem zatrzymać i spojrzeć na siebie z boku, krytycznie i refleksyjnie, bo „jeśli żyje się nieautentycznie, wbrew sobie, życie przestaje nas ekscytować. Wówczas żyje się na niby”.