29 stycznia 2017

Żyjąc na niby (Eliza Sarnacka-Mahoney „Kreacja”)

Czytając „Kreację” i śledząc losy książkowych bohaterów, nieustannie zadawa-łam sobie pytania o definicję szczęścia i hierarchię wartości, o rolę przypadku w naszym życiu, o to, czy mamy wpływ na jego kształt i ile tak naprawdę zależy od nas samych. Na ile to my jesteśmy kreatorami naszego życia, a jeśli nawet, to czy kreujemy je świadomie, w sposób niezależny od opinii innych ludzi, od splotu sytuacji i zbiegu okoliczności? Czy kreując swój los, nie krzywdzimy innych — i samych siebie? Czy żyć — to znaczy grać, udawać, przybierać maski? A zatem ile w nas autentyzmu, spontaniczności, a ile wyrachowania i pozorów?

Te dylematy nie wyczerpują problematyki „Kreacji”. O czym jeszcze jest książka Elizy Sarnackiej-Mahoney? O drążącej nasze dusze tęsknocie za idealną wersją samego siebie i swojego życia, za której iluzją podążamy aż do zatracenia i samozniszczenia, depcząc po drodze wszystko, co dla innych nierzadko stanowi synonim szczęścia i spełnienia. Co jest takiego w człowieku, że nie potrafi czerpać radości z tego, co ma, z tego, co jest mu dane tu i teraz? Ciągle czegoś pragnie, gnany impulsem podsycanym przez zapierające dech w piersiach wizje doskonałego życia, wykreowane przez mainstreamowe media i cukierkowy świat reklamy. Zapatrzony w kreacje na pozór idealnych ludzi i idealnego świata, atakujące nas natarczywie z ekranów telewizji i kolorowej prasy, coraz bardziej oddala się od siebie. Nie słucha wewnętrznego głosu, swojej wewnętrznej prawdy, zaczyna myśleć, czuć i działać pod dyktando otaczającej go konsumpcyjnej rzeczywistości i wykreowanych na celebrytów ludzi sukcesu. Tyle że, jak na ironię, ci sami ludzie po wyjściu ze studia, po zejściu ze sceny i powrocie do pustego, pięknego domu nie są w stanie spojrzeć w lustro, bo nie mogą na siebie patrzeć. Tak jak Wioletta Mruczyk, uwielbiana przez telewidzów starzejąca się gwiazda talk-show, samotna i nieszczęśliwa w zaciszu intymnego świata, ale dla kibicującej jej rzeszy fanów kreująca rolę uroczo roześmianej, pełnej wdzięku, uwodzicielskiej celebrytki, której zwykli śmiertelnicy zazdroszczą sławy, urody, luksusu. Ekskluzywne zabiegi spa pomagają jej zachować iluzję, że życie oszczędzi jej upływającego czasu, natomiast alkohol znieczula, usypiając poczucie samotności, bezsilności i strachu przed starością. Alkoholem koi smutek i poczucie winy, bo nie może sobie wybaczyć, że jako młoda dziewczyna, pragnąc wyrwać się z podlaskiej wsi do wielkiego świata, tak łatwo wyrzekła się siebie, nowo narodzonej córeczki, swoich bliskich, swoich korzeni. Po latach przypłaciła to depresją, alkoholizmem i atakami paniki, ulegając szantażującym ją krewnym i płacąc im za zachowanie tajemnicy. Historia Wioletty, podobnie jak pozostałych bohaterów książki, jest otwarta, autorka nie stawia kropki nad „i”. Wioletta otrzymuje szansę, by naprawić błąd z młodości, ale czy jest możliwe, że odnaleziona po tylu latach dorosła już córka, która ma własną rodzinę i przybranych rodziców, będzie jej w stanie wybaczyć? Czy będzie możliwe nadrobienie tylu straconych lat? Nawiązanie bliskiej relacji? Stworzenie czegoś prawdziwego i dającego poczucie sensu, napełniającego duszę ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa? Chciałabym w to wierzyć, ponieważ dla mnie właśnie te doznania są kwintesencją szczęścia: nie ma nic cenniejszego, niż bliskość, zrozumienie, wsparcie, miłość. I tego życzę Wioletcie. Nie chcę jej oceniać czy piętnować. Również sama autorka jest daleka od moralizowania — pozwalając bohaterce na spotkanie z Kaliną, daje jej jeszcze jedną szansę. A to utwierdza mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest za późno i że każdy zasługuje na to, by móc naprawić wyrządzone zło. 

„Kreacja” jest powieścią o mechanizmach kłamstwa, które przybiera rozmaite formy. Bycie w relacjach z innymi ludźmi zmusza nas do zakładania masek, do nieszczerości, do udawania kogoś, kim się nie jest. Kłamstwem jest przesycony świat relacji społecznych. Kreacja siebie na potrzeby życia publicznego jest atrakcyjna i obiecująca, ale to, co skrywa się pod jej powierzchnią, może przyprawić niejednego dociekliwego obserwatora o skurcz niedowierzania. Kiedy zagląda się pod tę iluzoryczną skorupę, ma się ochotę krzyczeć, nieruchomiejąc pod ciężarem trwogi i grozy na podobieństwo postaci z ekspresjonistycznego obrazu Edvarda Muncha, którego motyw przewija się przez całą powieść. Aluzje do twórczości Muncha podkreślają, że życie w kłamstwie nie jest wynalazkiem współczesności, a samooszukiwanie się jest mechanizmem zakorzenionym w ludzkiej naturze. Dzisiejsi psycholodzy powiedzieliby, że to jeden z mechanizmów obronnych, pozwalający nam przetrwać w dżungli życia, w bezlitosnym teatrze świata. Być może kreacja to nasza tarcza, dzięki której czujemy się bezpieczni, która ma moc osłaniającą i ocalającą nasze wewnętrzne światy. Tyle że taka wizja życia zaprzeczałaby idei, że człowiek jest wolny i niezależny oraz że może doświadczyć szczęścia w kontakcie z drugim człowiekiem, że może dać mu siebie, niczego nie tracąc i nie narażając się na cierpienie.  
Być może takimi obawami kieruje się Marta, kolejna bohaterka książki, która boi się bliskości i nie jest w stanie nawiązać trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Jest wziętą dziennikarką robiącą błyskotliwą karierę w prywatnej stacji telewizyjnej, u boku Wioletty Mruczyk. Debiutowała w telewizji publicznej, ale zwabiona dużymi pieniędzmi, przeszła do telewizji komercyjnej, w której zaprzedała swoje ambicje i duszę. Wieczory spędza w towarzystwie coraz to innych mężczyzn, a porannego kaca leczy samotnie w swoim nowoczesnym apartamencie. To typowa współczesna singielka. Jej przeciwieństwem jest najbliższa przyjaciółka Anka, ucieleśniająca mit matki Polki, zmagająca się z nadopiekuńczą i apodyktyczną matką oraz mężem, który nie angażuje się w wychowanie dzieci i życie rodzinne, czas po pracy spędzając na kanapie z pilotem od telewizora w jednej ręce i butelką piwa w drugiej. Anka jest ofiarą tak zwanej wyuczonej bezradności, której korzenie sięgają dzieciństwa spędzonego pod skrzydłami apodyktycznej, kontrolującej matki. Gdzieś pośrodku plasuje się Agata, mężatka i mama Michalinki, marząca o karierze celebrytki. Aby osiągnąć swój cel, gotowa jest poświęcić rodzinę. Historię Agaty odczytałam jako upostaciowienie losów Wioletty, tyle że Agacie brakuje finezji i błyskotliwości Wioletty i może dlatego jej historia gwałtownie przybiera dramatyczny obrót. Agata jest według mnie najbardziej odpychającą postacią w powieści. Wydała mi się groteskowa: niedojrzała emocjonalnie, sarkastyczna, roszczeniowa, wiecznie narzekająca na swoje życie, pogardzająca mężem, życiem matki, swoim dzieciństwem w PRL-owskim bloku z wielkiej płyty i zupą ogórkową będącą dla niej synonimem biedy. Za wszelką cenę chce się odciąć od tej spuścizny, wykreować na nowo swoją historię, zabłysnąć na salonach, w światłach reflektorów, stanąć kiedyś przed kamerami. Nie jest w stanie docenić tego, co ma: starającego się przychylić jej nieba kochającego i ciężko pracującego męża oraz wspaniałej córki. Tymczasem właśnie tego, co tak neguje Agata, zazdrości jej Monika, kolejna współczesna karierowiczka, w której jednak drzemie tęsknota za czułością i ciepłem rodzinnego ogniska. Skontrastowane w ten sposób losy współczesnych młodych kobiet uświadamiają, że siłą sprawczą ich poczynań jest niedosyt, który staje się albo źródłem frustracji i destrukcji, albo impulsem zmuszającym do zweryfikowania całego swojego życia. Z tej konfrontacji zwycięsko wychodzi Marta, która podejmuje odważną decyzję: postanawia rzucić dotychczasową pracę i zmienić swoje życie. Chce je kreować świadomie i dojrzale, nie pod dyktando ulotnych trendów, kosztem zdrady samej siebie i swoich aspiracji, lecz wsłuchując się w swoje marzenia i ideały. Również Anka decyduje się na przełamanie swojej życiowej bierności: zapisuje się na terapię i podejmuje próbę przeciwstawienia się kontrolującej jej życie matce oraz mężowi, mobilizując go do większego zaangażowania w obowiązki rodzinne. Obie kobiety są na początku drogi, ale można żywić nadzieję, że odniosą sukces, nie ten ulotny jak błysk fleszy, lecz taki, który da im poczucie sensu i utwierdzi je w przekonaniu, że podążają trudniejszą drogą, ale we właściwym kierunku.

Eliza Sarnacka-Mahoney ukazuje swoich bohaterów z rożnych perspektyw, co sprawia, że stworzone przez nią postacie zyskują na wiarygodności. Wprowadzając do powieściowego świata reprezentantów starszego pokolenia — rodziców Marty, Agaty i Anki — pozwala nam spojrzeć na poczynania bohaterek jakby od korzeni, sięgając do dzieciństwa, do realiów, w jakich dorastały, do relacji z matką czy ojcem. Wszystkie te czynniki dopełniają obrazu postaci i ich motywacji, co sprawia, że możemy je lepiej poznać, podjąć próbę zrozumienia ich wyborów, nie ograniczając się tylko do oceny takiej czy innej postawy. Wielką przegraną, a zarazem jedną z najbardziej poruszających postaci jest Gabriela Narzymska, matka Agaty, była księgowa i wdowa samotnie wychowująca córkę. Obserwując zachowanie Agaty, wyrodnej matki i żony, uświadamia sobie, że jako jej matka poniosła klęskę. Ma do siebie żal, że popełniła jakiś błąd, że nie sprostała wyzwaniu, jakim jest wychowanie córki. Jest bierna i ma o to do siebie pretensje, ale nie potrafi zmienić swojej postawy. Nie chce ingerować, woli zachować dystans. Kiedy próbuje coś zmienić, jest już za późno. Gabriela potrafi przyznać się do błędu. Uświadamia sobie, że „wychowanie to nie słupki z księgowości”.

W fabułę „Kreacji” zostały wkomponowane aluzje historyczne nawiązujące do rewolucji francuskiej i upadku dworu Ludwika XVI oraz ekspresjonistyczne motywy inspirowane obrazami Muncha „Krzyk” i „Taniec życia”, co sprawia, że książkę można interpretować na wielu płaszczyznach. To nie tylko satyra na współczesną rzeczywistość zdominowaną przez pogoń za złudnymi wartościami, sukcesem i pieniądzem, lecz także metafora ukazująca świat jako odwieczne theatrum mundi, w którym większość z nas w drodze do celu przywdziewa rozmaite maski i kostiumy. Warto się czasem zatrzymać i spojrzeć na siebie z boku, krytycznie i refleksyjnie, bo „jeśli żyje się nieautentycznie, wbrew sobie, życie przestaje nas ekscytować. Wówczas żyje się na niby”.