24 listopada 2019

Eliza Sarnacka-Mahoney: Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ... Wywiad z pisarką Kariną Bonowicz

Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ – czyli jak się pisze fantasy dla młodzieży, czy ludzie dziś wciąż czytają i dlaczego akcje promujące czytelnictwo są niekiedy bez sensu




Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ – czyli jak się pisze fantasy dla młodzieży, czy ludzie dziś wciąż czytają i dlaczego akcje promujące czytelnictwo są niekiedy bez sensu. 

Eliza Sarnacka-Mahoney: Jak pisze się o czarach, magii i diable w Polsce, gdzie wartości konserwatywne i chrześcijańskie są tak ważne, a ostatnio coraz ważniejsze?
Karina Bonowicz: Nie mam pojęcia, bo akurat pierwszy tom „Gdzie diabeł mówi dobranoc” pisałam w Szwajcarii. Ale jeśli chodzi o to, jak się ma diabeł do konserwatyzmu, to chyba każdy chociaż raz w życiu miał w ręku Biblię, w której znajdziemy i diabła, i magię i wszelkiej maści zbrodnie i perwersje, więc tak naprawdę to jest największa „konkurencja” dla wszystkich „diabelskich” powieści. Biblii, jeśli chodzi o częstotliwość występowania diabła na centymetr kwadratowy strony, żadna inna książka nie dorówna (śmiech).

Co takiego ma w sobie fantastyka, że sięgnęłaś po nią jako autorka? Twoje poprzednie powieści były z gatunku obyczajowych. 
Generalnie każda książka, którą się pisze – oprócz literatury faktu, oczywiście – jest tak naprawdę trochę fantastyką, bo autor najpierw zastanawia się, „co by było, gdyby…” a później puszcza wodze fantazji. I dlatego dzięki pisaniu można, będąc już osobą dorosłą, długo i bezkarnie bujać w obłokach i wymyślać niestworzone historie (śmiech). Ale jeśli chodzi o miłość do gatunku fantasy, to zaczęło się od powieści „Lew, czarownica i stara szafa” Clive’a S. Lewisa, po przeczytaniu której przez bardzo długi czas szukałam – jak pewnie wielu z nas – ukrytego w szafie przejścia do Narni. Oczywiście w szafie nigdy nie było żadnego tajemnego przejścia. Przynajmniej w mojej. Ale Lewis otworzył drzwi do innej krainy – krainy nieograniczonej fantazji. I to jest chyba najlepsze w powieściach z tego gatunku: tutaj fantazja – w przeciwieństwie do powieści obyczajowych – może być nieograniczona i nikt nie może zarzucić autorowi, że przesadza. Zawsze bardziej, niż kreowanie nowego uniwersum fascynowało mnie przenikanie się światów; ten moment, kiedy nadprzyrodzone elementy pojawiają się w otaczającej nas rzeczywistości i zaczynają w nią ingerować albo – przeciwnie – współistnieć z nią. Dlatego i u mnie pojawił się kolejny pomysł na „co by było, gdyby…”, czyli co by było, gdyby była raz dziewczyna, która umiała czarować… I tak powstały już dwa tomy – jeden w sprzedaży, drugi ukaże się niebawem, trzeci jest w trakcie pisania – o Alicji, która dowiaduje się, że potrafi to i owo, na przykład podpalić papierosa, strzelając palcami, aż lecą iskry. Myślę, że każdy z nas lubi sobie pofantazjować, co by było, gdybym… na przykład posiadała jakieś magiczne umiejętności. Jak można by było ich użyć wobec złośliwego szefa albo niemiłej koleżanki… Widzicie to? Prawda, że kuszące? (śmiech)

I to jeszcze jak! Ciekawe, że w Ameryce fantastyka jest w mainstreamie, szczególnie literatury dla młodzieży, już od dawna. Jak myślisz dlaczego w Polsce ten gatunek dopiero teraz idzie tak prężną falą?
W Polsce też od dawna czytano fantastykę, tyle że zagraniczną. Tak naprawdę dopiero Andrzej Sapkowski z „Wiedźminem” wywindował fantasy w hierarchii gatunkowej i otworzył furtkę innym autorom tego gatunku. Bo wcześniej zarówno fantastyka, jak i kryminał traktowane były po macoszemu. Teraz przeżywają renesans. A dlaczego coraz częściej sięgamy po polską fantastykę? Bo jest jej coraz więcej. A jest jej coraz więcej, bo po nią coraz chętniej sięgamy. To samo z kryminałami. Kiedyś wstydem było czytanie, skądinąd świetnych, kryminałów Agathy Christie, dziś wstydem jest nie czytać kryminałów w ogóle. Oczywiście, jak zawsze, ilość nie zawsze przekłada się na jakość, ale jedno jest pewne: jest w czym wybierać. Chociaż czasem bardzo trudno dokopać się w całej stercie książek zalegających w koszach w supermarketach do tej najciekawszej. To samo dotyczy fantastyki.

To bardzo śmiała teza, ale czy nie wydaje ci się, że to właśnie fantastyka ma szanse w przyszłości, i to niedalekiej, wręcz zapanować nad rynkiem książki?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość literatury w ogóle. Może zatoczymy koło i książek będzie się wydawało mniej, za to będą bardziej selekcjonowane? Albo odwrotnie – zostaniemy zalani jeszcze większą ich liczbą, a za chwilę pojawią się zestawy „Mały pisarz”, gdzie każdy będzie mógł nie tylko napisać, ale i wydać książkę, a tym samym zostać pisarzem.

To zapytam inaczej: fantastyka rośnie w siłę, bo zaspokaja jakiś rodzaj czytelniczego głodu, którego nie zaspakajają inne gatunki. Jaki?
Od zarania dziejów ludzie wymyślali historie, żeby objaśniać sobie świat, ubarwiając go przy okazji. Teraz z kolei chcą wybiec w przyszłość i trochę przewidzieć, jak ten świat może wyglądać, dlatego fantazjują o przyszłości. Fantazja ludzka nie zna granic, więc nie ma ich również w książkach tego gatunku.  To ciekawi i przyciąga, a wiemy przecież, że apetyt w miarę jedzenia tylko rośnie…Nie ma tu chyba żadnego innego, zawiłego wytłumaczenia. Dorzucę, że probierzem rosnącej popularności fantasy jak najbardziej jest też trend rozrastających się serwisów plotkarskich, które, przynajmniej ja, śmiało zaliczam do jednego z gatunków fantasy (śmiech).

O, dobrze, że zahaczamy o te serwisy. Gdzie się nie obrócić, tam larum, że ludzie nie czytają, a winę za ten stan ponosi w dużej mierze właśnie technologia. Przyznam, że wśród moich moich znajomych nie ma takich, którzy nie czytają, więc zastanawiam się jak jest naprawdę. Może po prostu czytamy inaczej?
Bzdura z tym nieczytaniem. Oczywiście, że ludzie czytają! Wystarczy wsiąść do nowojorskiego metra i zobaczyć, ile osób czyta. I to, uwaga, książki papierowe. Nie przesadzajmy więc, że nie czytają. Problem jest, tylko gdzie indziej. Oczywiście, że zawsze warto promować czytelnictwo, tylko czy robimy tak jak umiemy najlepiej? Nie trafiają do mnie akcje w stylu „Jestem jednym z 37”, czyli jednym z należącym do 37 procentów Polaków, którzy przeczytali przynajmniej jedną książkę w przeciągu ostatniego roku. Jesteś? Świetnie! Ale co teraz? Przyznać ci medal, czy co? Czytasz dla siebie, nie dla procentów, albo żeby się pochwalić. Albo wyzwania w stylu: „Przeczytam w tym roku 367 książek”. Serio? Nawet rok nie ma tylu dni. Więc co to ma być? Wyścig Rajd Paryż – Dakar? Jeśli chcemy promować czytelnictwo, więcej sensu miałyby dla mnie akcje pod hasłem: Przeczytaj jedną książkę, a sensowną. Przeczytaj pół i wynieś coś z tego. Przeczytaj taką, która coś ci zrobi. Z tych samych powodów nie zachwyca mnie fanpage o nazwie: „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”. Ktoś, kto przeczytał miliard książek i nic z tego nie wyniósł, może iść z kimś do łóżka, ale na pewno nie ze mną. Znów - co ma wynikać z tego hasła, bo nie rozumiem? Wiem, że teraz usłyszę, że lepiej robić akcje z bzdurnymi hasłami, niż wcale. Nie byłabym tego taka pewna. Czy naprawdę rodzice chcieliby, żeby takie hasło zachęcały ich dzieci do czytania? Co ma zrobić trzynastolatek z hasłem „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”? Że jak się przejdzie z książką pod pachą, to będzie miał szalone powodzenie u dziewczyn? O to w życiu chodzi? Żeby mieć szalone powodzenie u płci przeciwnej? A może niech przeczyta jakąś sensowną książkę i poleci ją koleżance. Jeśli koleżanka będzie sensowna, to ją pożyczy, a potem podyskutują o niej na przerwie. A za iks lat pójdą do łóżka. Ze sobą i z książką. Wracając jednak do meritum. Nie, nie podnosiłabym larum, że nie czytają. Podnosiłabym larum, że czytają i nic z tego nie wynika. To jest problem.

 A jaka książka ostatnio coś Ci zrobiła?
„Dziennik końca świata” Wojciecha Bonowicza. Przejechałam przez nią trzy stacje metra. A wiadomo, że przejechać w Nowym Jorku trzy stacje, to jak w Polsce spóźnić się na pociąg i czekać na kolejny. Siedziałam w paskudny deszczowy czwartek w metrze i miałam wszystkiego dość. I nagle czytam, że Wojciech Bonowicz za Hrabalem powtarza, że świat jest straszny, ale on postanowił, że jest piękny. Strasznie – nomen omen – mnie to uderzyło. A przecież doskonale znałam to powiedzenie Hrabala, które – jak mi wyjaśnił Mariusz Szczygieł – tak naprawdę należy do jego wuja Pepina, a Hrabal je po prostu ukradł. A potem znów czytam, że kiedy nie ma już ratunku, pozostaje słowo. I z niego buduje się świat na nowo. I zrobiło mi się w ten obrzydliwy deszczowy czwartek lepiej. Okazało się, że nie chodzi ani o czwartek, ani o to, że pada. Że nie to czyni czwartek paskudnym. Tylko ja robię czwartek albo podłym, albo pięknym. I o to w książce chodzi. Żeby ona coś robiła czytelnikowi. Jak ktoś mi pisze: pani Karino, zrobiła mi pani dzień albo: uśmiechnęłam się dzięki pani po raz pierwszy dzisiaj, to wiem, że moja książka coś robi, a nie jest to przecież traktat filozoficzny. Więc taki jest cel czytania. Żeby coś dawało. Jak nic nie daje, to możemy i wagon książek przeczytać i niczego to nie zmieni.

To wróćmy do Twojej najnowszej powieści. Przyznałaś się już do tego w innych wywiadach, że aż Cię trochę zaskoczyło, jak bardzo książka przypadła czytelnikom do gustu – dowodem na to m.in. mnóstwo zapytań kiedy następne tomy! Zdradź nam więc, co dla autora piszącego fantastykę dla współczesnego nastolatka jest największym wyzwaniem?
Żeby uczynić zadość wszystkim spragnionym romansu nastolatkom, nie wprowadzając wątku romansowego (śmiech). Uniknąć zarówno oczekiwanego (z nadzieją albo z niechęcią) trójkąta miłosnego, jak i w ogóle jakiegokolwiek romansu. O dziwo, udało się.  Efekt był taki, że ci, którzy go nie chcieli, byli zadowoleni, że go nie ma, a ci, którzy na niego czekali, uznali, że na pewno i tak będzie, tylko stopniuję napięcie (śmiech).

I to wszystko? Chyba nie. A co z mitologią słowiańską, za którą też zebrałaś pochwały? I która jest coraz chętniej i szerzej wykorzystywana przez polskich twórców? Co Ciebie, jako autorkę, w niej tak pociąga?
I dobrze, że jest wykorzystywana, bo jest naprawdę szalenie interesująca i mam nadzieję, że ekranizacja „Wiedźmina” na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego, jaka by ona nie była, zwróci oczy wszystkich na naszą mitologię, bo jest tego warta. Chociaż dla mnie akurat jest jedynie inspiracją do wykreowania zupełnie nowego bestiariusza. Dlatego muszę zawieść wszystkich tych, którzy oczekują drugiej „Religii Słowian” Szyjewskiego. Nawiązania do rodzimej mitologii są, ale więcej tam mojej fantazji niż fantazji Słowian. Niesamowicie inspirujące są dla mnie zarówno polskie, jak i bałkańskie czy rosyjskie i ukraińskie zespoły folkowe, które ożywiają tradycyjną muzykę ludową razem z niezwykle interesującymi tekstami, będącymi tak naprawdę całymi niezwykłymi historiami. Dlatego też mottem do pierwszej części mojej trylogii diabelskiej stała się linijka z „Baby w piekle” Kapeli ze Wsi Warszawa: „A w nidziele, nidziele poszło dziewcę po ziele, po ziele (… ) Przyszedł do niej jakiś pon, był to z piekła som szaton”. Przecież na podstawie tej jednej linijki można już całą historię opowiedzieć! I mnie najlepsze pomysły przychodzą podczas słuchania Percivala, Leśnego Licha, Żywiołaka, Joryj Kłoc czy wspomnianej Kapeli ze Wsi Warszawa. Ta muzyka to czysta magia.

Więc jednak przyznajesz to, za sukcesem u czytelnika stoi nie tylko praca pisarza, ale i magia! Co uważasz za największe wyzwanie dla autora w dzisiejszym świecie?
Wpaść w ręce czytelnika. To jest coś, czego absolutnie nie było za moich czasów. Wiem, że brzmię teraz jak własna babka, ale naprawdę myślałam, że takie rzeczy będę mówić dużo później. Kiedyś książki nie kupiło się w supermarkecie za pięć złotych. I nie, nie mam nic przeciwko temu, że na straganach wystawionych przed Strand Book Store mogę kupić Szekspira za dolara. Chodzi o to, że kiedyś książka rzeczywiście miała wartość a księgarz to był ktoś, kogo się słuchało jak autorytetu, bo wiedział, co mówi. Jak książka była w księgarni, to znaczyło, że przeszła tę krętą i wyboistą drogę od wydawcy do czytelnika i była rzeczywiście wyselekcjonowana. Dzisiaj idę do polskiej księgarni w NY, widzę mydło i powidło i wychodzę z niczym, bo jak rzuca mi się w oczy, że Olga Tokarczuk stoi na wystawie obok erotycznej serii wydanej z błędami ortograficznymi i informacją na okładce, że „autorka” jest hobbystycznie kucharzem i hipnotyzerem, a tak w ogóle to uwielbia seks, to myślę sobie, że pora umierać. Za moich czasów, a przypominam, że nie mam 87 lat, coś takiego nigdy nie miałoby racji bytu, a już na pewno nie nazwano by tego książką, a panią, która to napisała, pisarką. I to jest przerażające. Więc tak, jest to wyzwanie, żeby – mając coś sensownego do powiedzenia – trafić do rąk czytelnika. Bo czytelnik zanim przekopie się do Olgi Tokarczuk przez przykrywającą ją porno-serię autorstwa pani, która szczyci się tym, że nie umie pisać (fakt) a „książkę” napisała, bo chciało jej się – pozwolę sobie zamiast cytatu użyć eufemizmu – uprawiać seks, to już zapomni, gdzie chciał się dokopać. I to jest smutne. 

Życzę Ci więc, byś nie przestała „wpadać” w ręce czytelników, a sobie i wszystkim czytelnikom, abyśmy czytali tak, by książka zawsze coś nam robiła! Dziękuję za rozmowę!

 ---
Karina Bonowicz. Kobieta pisząca. Aktorsko niespełniona. Muzycznie wykluczona. Uzależniona od kawy, coca-coli i czarnego humoru. Nie znosi fasolki po bretońsku. Wielbicielka skandynawskiego chłodu i upiornej fantazji braci Grimm. Dziennikarka, pisarka i scenarzystka. Pomysłodawczyni akcji „Przyłapani z polską książką”. Współpracuje m.in. z nowojorskim portalem polonijnym Dobra Polska Szkoła. Jej ostatnia powieść to „Księżyc jest pierwszym umarłym”, która otwiera trylogię fantasy „Gdzie diabeł mówi dobranoc”. „Księżyc jest pierwszym umarłym”, która otwiera trylogię fantasy „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, to fascynująca mieszanina słowiańskich wierzeń, prastarych demonów, niesamowitych eliksirów   i współczesności. 

Według legendy wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, gdyż ludzie lękali się ich czarów. Rozeszli się w cztery strony świata, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności i tak wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu... Ich potomkowie przez wieki odczuwali skutki tego paktu i bezskutecznie próbowali się z niego wywikłać. Czy przedstawicielom kolejnego pokolenia uda się wreszcie wrócić do normalności? Jakie przeszkody będą musieli wcześniej pokonać? Z jakimi przeciwnikami się zmierzyć? Jakich sojuszników pozyskać? Małe miasteczko na odludziu stanie się sceną niezwykłych wydarzeń.

Po niespodziewanej śmierci rodziców siedemnastoletnia Alicja trafia pod opiekę ciotki, która mieszka w posępnym miasteczku na Podkarpaciu o mrocznej nazwie Czarcisław. Niezbyt zachwycona wyjazdem z Warszawy dziewczyna nie czuje się dobrze w nowym miejscu, najwyraźniej pełnym dziwaków i kryjącym jakieś ponure sekrety. Zagubiona nastolatka krok po kroku odkrywa, że nikt tu nie jest tym, za kogo się podaje. Sama też musi zmierzyć się z brzemieniem swojej prawdziwej natury i wykonać niebezpieczne zadanie (opis: Wydawnictwo Initium).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za komentarz. :-)