24 listopada 2019

Eliza Sarnacka-Mahoney: Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ... Wywiad z pisarką Kariną Bonowicz

Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ – czyli jak się pisze fantasy dla młodzieży, czy ludzie dziś wciąż czytają i dlaczego akcje promujące czytelnictwo są niekiedy bez sensu




Z CZYTANIA POWINNO COŚ WYNIKAĆ – czyli jak się pisze fantasy dla młodzieży, czy ludzie dziś wciąż czytają i dlaczego akcje promujące czytelnictwo są niekiedy bez sensu. 

Eliza Sarnacka-Mahoney: Jak pisze się o czarach, magii i diable w Polsce, gdzie wartości konserwatywne i chrześcijańskie są tak ważne, a ostatnio coraz ważniejsze?
Karina Bonowicz: Nie mam pojęcia, bo akurat pierwszy tom „Gdzie diabeł mówi dobranoc” pisałam w Szwajcarii. Ale jeśli chodzi o to, jak się ma diabeł do konserwatyzmu, to chyba każdy chociaż raz w życiu miał w ręku Biblię, w której znajdziemy i diabła, i magię i wszelkiej maści zbrodnie i perwersje, więc tak naprawdę to jest największa „konkurencja” dla wszystkich „diabelskich” powieści. Biblii, jeśli chodzi o częstotliwość występowania diabła na centymetr kwadratowy strony, żadna inna książka nie dorówna (śmiech).

Co takiego ma w sobie fantastyka, że sięgnęłaś po nią jako autorka? Twoje poprzednie powieści były z gatunku obyczajowych. 
Generalnie każda książka, którą się pisze – oprócz literatury faktu, oczywiście – jest tak naprawdę trochę fantastyką, bo autor najpierw zastanawia się, „co by było, gdyby…” a później puszcza wodze fantazji. I dlatego dzięki pisaniu można, będąc już osobą dorosłą, długo i bezkarnie bujać w obłokach i wymyślać niestworzone historie (śmiech). Ale jeśli chodzi o miłość do gatunku fantasy, to zaczęło się od powieści „Lew, czarownica i stara szafa” Clive’a S. Lewisa, po przeczytaniu której przez bardzo długi czas szukałam – jak pewnie wielu z nas – ukrytego w szafie przejścia do Narni. Oczywiście w szafie nigdy nie było żadnego tajemnego przejścia. Przynajmniej w mojej. Ale Lewis otworzył drzwi do innej krainy – krainy nieograniczonej fantazji. I to jest chyba najlepsze w powieściach z tego gatunku: tutaj fantazja – w przeciwieństwie do powieści obyczajowych – może być nieograniczona i nikt nie może zarzucić autorowi, że przesadza. Zawsze bardziej, niż kreowanie nowego uniwersum fascynowało mnie przenikanie się światów; ten moment, kiedy nadprzyrodzone elementy pojawiają się w otaczającej nas rzeczywistości i zaczynają w nią ingerować albo – przeciwnie – współistnieć z nią. Dlatego i u mnie pojawił się kolejny pomysł na „co by było, gdyby…”, czyli co by było, gdyby była raz dziewczyna, która umiała czarować… I tak powstały już dwa tomy – jeden w sprzedaży, drugi ukaże się niebawem, trzeci jest w trakcie pisania – o Alicji, która dowiaduje się, że potrafi to i owo, na przykład podpalić papierosa, strzelając palcami, aż lecą iskry. Myślę, że każdy z nas lubi sobie pofantazjować, co by było, gdybym… na przykład posiadała jakieś magiczne umiejętności. Jak można by było ich użyć wobec złośliwego szefa albo niemiłej koleżanki… Widzicie to? Prawda, że kuszące? (śmiech)

I to jeszcze jak! Ciekawe, że w Ameryce fantastyka jest w mainstreamie, szczególnie literatury dla młodzieży, już od dawna. Jak myślisz dlaczego w Polsce ten gatunek dopiero teraz idzie tak prężną falą?
W Polsce też od dawna czytano fantastykę, tyle że zagraniczną. Tak naprawdę dopiero Andrzej Sapkowski z „Wiedźminem” wywindował fantasy w hierarchii gatunkowej i otworzył furtkę innym autorom tego gatunku. Bo wcześniej zarówno fantastyka, jak i kryminał traktowane były po macoszemu. Teraz przeżywają renesans. A dlaczego coraz częściej sięgamy po polską fantastykę? Bo jest jej coraz więcej. A jest jej coraz więcej, bo po nią coraz chętniej sięgamy. To samo z kryminałami. Kiedyś wstydem było czytanie, skądinąd świetnych, kryminałów Agathy Christie, dziś wstydem jest nie czytać kryminałów w ogóle. Oczywiście, jak zawsze, ilość nie zawsze przekłada się na jakość, ale jedno jest pewne: jest w czym wybierać. Chociaż czasem bardzo trudno dokopać się w całej stercie książek zalegających w koszach w supermarketach do tej najciekawszej. To samo dotyczy fantastyki.

To bardzo śmiała teza, ale czy nie wydaje ci się, że to właśnie fantastyka ma szanse w przyszłości, i to niedalekiej, wręcz zapanować nad rynkiem książki?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość literatury w ogóle. Może zatoczymy koło i książek będzie się wydawało mniej, za to będą bardziej selekcjonowane? Albo odwrotnie – zostaniemy zalani jeszcze większą ich liczbą, a za chwilę pojawią się zestawy „Mały pisarz”, gdzie każdy będzie mógł nie tylko napisać, ale i wydać książkę, a tym samym zostać pisarzem.

To zapytam inaczej: fantastyka rośnie w siłę, bo zaspokaja jakiś rodzaj czytelniczego głodu, którego nie zaspakajają inne gatunki. Jaki?
Od zarania dziejów ludzie wymyślali historie, żeby objaśniać sobie świat, ubarwiając go przy okazji. Teraz z kolei chcą wybiec w przyszłość i trochę przewidzieć, jak ten świat może wyglądać, dlatego fantazjują o przyszłości. Fantazja ludzka nie zna granic, więc nie ma ich również w książkach tego gatunku.  To ciekawi i przyciąga, a wiemy przecież, że apetyt w miarę jedzenia tylko rośnie…Nie ma tu chyba żadnego innego, zawiłego wytłumaczenia. Dorzucę, że probierzem rosnącej popularności fantasy jak najbardziej jest też trend rozrastających się serwisów plotkarskich, które, przynajmniej ja, śmiało zaliczam do jednego z gatunków fantasy (śmiech).

O, dobrze, że zahaczamy o te serwisy. Gdzie się nie obrócić, tam larum, że ludzie nie czytają, a winę za ten stan ponosi w dużej mierze właśnie technologia. Przyznam, że wśród moich moich znajomych nie ma takich, którzy nie czytają, więc zastanawiam się jak jest naprawdę. Może po prostu czytamy inaczej?
Bzdura z tym nieczytaniem. Oczywiście, że ludzie czytają! Wystarczy wsiąść do nowojorskiego metra i zobaczyć, ile osób czyta. I to, uwaga, książki papierowe. Nie przesadzajmy więc, że nie czytają. Problem jest, tylko gdzie indziej. Oczywiście, że zawsze warto promować czytelnictwo, tylko czy robimy tak jak umiemy najlepiej? Nie trafiają do mnie akcje w stylu „Jestem jednym z 37”, czyli jednym z należącym do 37 procentów Polaków, którzy przeczytali przynajmniej jedną książkę w przeciągu ostatniego roku. Jesteś? Świetnie! Ale co teraz? Przyznać ci medal, czy co? Czytasz dla siebie, nie dla procentów, albo żeby się pochwalić. Albo wyzwania w stylu: „Przeczytam w tym roku 367 książek”. Serio? Nawet rok nie ma tylu dni. Więc co to ma być? Wyścig Rajd Paryż – Dakar? Jeśli chcemy promować czytelnictwo, więcej sensu miałyby dla mnie akcje pod hasłem: Przeczytaj jedną książkę, a sensowną. Przeczytaj pół i wynieś coś z tego. Przeczytaj taką, która coś ci zrobi. Z tych samych powodów nie zachwyca mnie fanpage o nazwie: „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”. Ktoś, kto przeczytał miliard książek i nic z tego nie wyniósł, może iść z kimś do łóżka, ale na pewno nie ze mną. Znów - co ma wynikać z tego hasła, bo nie rozumiem? Wiem, że teraz usłyszę, że lepiej robić akcje z bzdurnymi hasłami, niż wcale. Nie byłabym tego taka pewna. Czy naprawdę rodzice chcieliby, żeby takie hasło zachęcały ich dzieci do czytania? Co ma zrobić trzynastolatek z hasłem „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”? Że jak się przejdzie z książką pod pachą, to będzie miał szalone powodzenie u dziewczyn? O to w życiu chodzi? Żeby mieć szalone powodzenie u płci przeciwnej? A może niech przeczyta jakąś sensowną książkę i poleci ją koleżance. Jeśli koleżanka będzie sensowna, to ją pożyczy, a potem podyskutują o niej na przerwie. A za iks lat pójdą do łóżka. Ze sobą i z książką. Wracając jednak do meritum. Nie, nie podnosiłabym larum, że nie czytają. Podnosiłabym larum, że czytają i nic z tego nie wynika. To jest problem.

 A jaka książka ostatnio coś Ci zrobiła?
„Dziennik końca świata” Wojciecha Bonowicza. Przejechałam przez nią trzy stacje metra. A wiadomo, że przejechać w Nowym Jorku trzy stacje, to jak w Polsce spóźnić się na pociąg i czekać na kolejny. Siedziałam w paskudny deszczowy czwartek w metrze i miałam wszystkiego dość. I nagle czytam, że Wojciech Bonowicz za Hrabalem powtarza, że świat jest straszny, ale on postanowił, że jest piękny. Strasznie – nomen omen – mnie to uderzyło. A przecież doskonale znałam to powiedzenie Hrabala, które – jak mi wyjaśnił Mariusz Szczygieł – tak naprawdę należy do jego wuja Pepina, a Hrabal je po prostu ukradł. A potem znów czytam, że kiedy nie ma już ratunku, pozostaje słowo. I z niego buduje się świat na nowo. I zrobiło mi się w ten obrzydliwy deszczowy czwartek lepiej. Okazało się, że nie chodzi ani o czwartek, ani o to, że pada. Że nie to czyni czwartek paskudnym. Tylko ja robię czwartek albo podłym, albo pięknym. I o to w książce chodzi. Żeby ona coś robiła czytelnikowi. Jak ktoś mi pisze: pani Karino, zrobiła mi pani dzień albo: uśmiechnęłam się dzięki pani po raz pierwszy dzisiaj, to wiem, że moja książka coś robi, a nie jest to przecież traktat filozoficzny. Więc taki jest cel czytania. Żeby coś dawało. Jak nic nie daje, to możemy i wagon książek przeczytać i niczego to nie zmieni.

To wróćmy do Twojej najnowszej powieści. Przyznałaś się już do tego w innych wywiadach, że aż Cię trochę zaskoczyło, jak bardzo książka przypadła czytelnikom do gustu – dowodem na to m.in. mnóstwo zapytań kiedy następne tomy! Zdradź nam więc, co dla autora piszącego fantastykę dla współczesnego nastolatka jest największym wyzwaniem?
Żeby uczynić zadość wszystkim spragnionym romansu nastolatkom, nie wprowadzając wątku romansowego (śmiech). Uniknąć zarówno oczekiwanego (z nadzieją albo z niechęcią) trójkąta miłosnego, jak i w ogóle jakiegokolwiek romansu. O dziwo, udało się.  Efekt był taki, że ci, którzy go nie chcieli, byli zadowoleni, że go nie ma, a ci, którzy na niego czekali, uznali, że na pewno i tak będzie, tylko stopniuję napięcie (śmiech).

I to wszystko? Chyba nie. A co z mitologią słowiańską, za którą też zebrałaś pochwały? I która jest coraz chętniej i szerzej wykorzystywana przez polskich twórców? Co Ciebie, jako autorkę, w niej tak pociąga?
I dobrze, że jest wykorzystywana, bo jest naprawdę szalenie interesująca i mam nadzieję, że ekranizacja „Wiedźmina” na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego, jaka by ona nie była, zwróci oczy wszystkich na naszą mitologię, bo jest tego warta. Chociaż dla mnie akurat jest jedynie inspiracją do wykreowania zupełnie nowego bestiariusza. Dlatego muszę zawieść wszystkich tych, którzy oczekują drugiej „Religii Słowian” Szyjewskiego. Nawiązania do rodzimej mitologii są, ale więcej tam mojej fantazji niż fantazji Słowian. Niesamowicie inspirujące są dla mnie zarówno polskie, jak i bałkańskie czy rosyjskie i ukraińskie zespoły folkowe, które ożywiają tradycyjną muzykę ludową razem z niezwykle interesującymi tekstami, będącymi tak naprawdę całymi niezwykłymi historiami. Dlatego też mottem do pierwszej części mojej trylogii diabelskiej stała się linijka z „Baby w piekle” Kapeli ze Wsi Warszawa: „A w nidziele, nidziele poszło dziewcę po ziele, po ziele (… ) Przyszedł do niej jakiś pon, był to z piekła som szaton”. Przecież na podstawie tej jednej linijki można już całą historię opowiedzieć! I mnie najlepsze pomysły przychodzą podczas słuchania Percivala, Leśnego Licha, Żywiołaka, Joryj Kłoc czy wspomnianej Kapeli ze Wsi Warszawa. Ta muzyka to czysta magia.

Więc jednak przyznajesz to, za sukcesem u czytelnika stoi nie tylko praca pisarza, ale i magia! Co uważasz za największe wyzwanie dla autora w dzisiejszym świecie?
Wpaść w ręce czytelnika. To jest coś, czego absolutnie nie było za moich czasów. Wiem, że brzmię teraz jak własna babka, ale naprawdę myślałam, że takie rzeczy będę mówić dużo później. Kiedyś książki nie kupiło się w supermarkecie za pięć złotych. I nie, nie mam nic przeciwko temu, że na straganach wystawionych przed Strand Book Store mogę kupić Szekspira za dolara. Chodzi o to, że kiedyś książka rzeczywiście miała wartość a księgarz to był ktoś, kogo się słuchało jak autorytetu, bo wiedział, co mówi. Jak książka była w księgarni, to znaczyło, że przeszła tę krętą i wyboistą drogę od wydawcy do czytelnika i była rzeczywiście wyselekcjonowana. Dzisiaj idę do polskiej księgarni w NY, widzę mydło i powidło i wychodzę z niczym, bo jak rzuca mi się w oczy, że Olga Tokarczuk stoi na wystawie obok erotycznej serii wydanej z błędami ortograficznymi i informacją na okładce, że „autorka” jest hobbystycznie kucharzem i hipnotyzerem, a tak w ogóle to uwielbia seks, to myślę sobie, że pora umierać. Za moich czasów, a przypominam, że nie mam 87 lat, coś takiego nigdy nie miałoby racji bytu, a już na pewno nie nazwano by tego książką, a panią, która to napisała, pisarką. I to jest przerażające. Więc tak, jest to wyzwanie, żeby – mając coś sensownego do powiedzenia – trafić do rąk czytelnika. Bo czytelnik zanim przekopie się do Olgi Tokarczuk przez przykrywającą ją porno-serię autorstwa pani, która szczyci się tym, że nie umie pisać (fakt) a „książkę” napisała, bo chciało jej się – pozwolę sobie zamiast cytatu użyć eufemizmu – uprawiać seks, to już zapomni, gdzie chciał się dokopać. I to jest smutne. 

Życzę Ci więc, byś nie przestała „wpadać” w ręce czytelników, a sobie i wszystkim czytelnikom, abyśmy czytali tak, by książka zawsze coś nam robiła! Dziękuję za rozmowę!

 ---
Karina Bonowicz. Kobieta pisząca. Aktorsko niespełniona. Muzycznie wykluczona. Uzależniona od kawy, coca-coli i czarnego humoru. Nie znosi fasolki po bretońsku. Wielbicielka skandynawskiego chłodu i upiornej fantazji braci Grimm. Dziennikarka, pisarka i scenarzystka. Pomysłodawczyni akcji „Przyłapani z polską książką”. Współpracuje m.in. z nowojorskim portalem polonijnym Dobra Polska Szkoła. Jej ostatnia powieść to „Księżyc jest pierwszym umarłym”, która otwiera trylogię fantasy „Gdzie diabeł mówi dobranoc”. „Księżyc jest pierwszym umarłym”, która otwiera trylogię fantasy „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, to fascynująca mieszanina słowiańskich wierzeń, prastarych demonów, niesamowitych eliksirów   i współczesności. 

Według legendy wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, gdyż ludzie lękali się ich czarów. Rozeszli się w cztery strony świata, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności i tak wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu... Ich potomkowie przez wieki odczuwali skutki tego paktu i bezskutecznie próbowali się z niego wywikłać. Czy przedstawicielom kolejnego pokolenia uda się wreszcie wrócić do normalności? Jakie przeszkody będą musieli wcześniej pokonać? Z jakimi przeciwnikami się zmierzyć? Jakich sojuszników pozyskać? Małe miasteczko na odludziu stanie się sceną niezwykłych wydarzeń.

Po niespodziewanej śmierci rodziców siedemnastoletnia Alicja trafia pod opiekę ciotki, która mieszka w posępnym miasteczku na Podkarpaciu o mrocznej nazwie Czarcisław. Niezbyt zachwycona wyjazdem z Warszawy dziewczyna nie czuje się dobrze w nowym miejscu, najwyraźniej pełnym dziwaków i kryjącym jakieś ponure sekrety. Zagubiona nastolatka krok po kroku odkrywa, że nikt tu nie jest tym, za kogo się podaje. Sama też musi zmierzyć się z brzemieniem swojej prawdziwej natury i wykonać niebezpieczne zadanie (opis: Wydawnictwo Initium).

30 listopada 2017

W odmętach życia [Aneta Zamojska: Uśmiech J.]

O tym, jak nieprzewidywalny bywa los, boleśnie przekonała się główna bohaterka najnowszej powieści Anety Zamojskiej. Zawikłana, pełna dramatyzmu historia Marty zdaje się sugerować, że człowiek nie jest kowalem własnej egzystencji, a jego istnienie przypomina żywot marionetki z fraszki Jana Kochanowskiego, która nie ma wpływu na własny los, kukiełki kierowanej niezależną od niej, fatalistyczną siłą.

Aneta Zamojska udowadnia, że powieść dla kobiet nie musi ociekać lukrem. W historii bohaterki przeglądamy się jak w lustrze, odnajdujemy odpryski własnych przemyśleń i doznań, własnych traum i życiowych zakrętów. Razem z nią pogrążamy się w depresji, spadamy na dno rozpaczy, rozpamiętujemy klęski, dokonujemy rachunku zysków i strat, i gnani impulsem, silniejszym niż pragnienie śmierci, wciąż z nową energią i nadzieją zrywamy się do życia, wracamy na wyżłobione przez los koleiny trwania, nie zatracając się bez reszty w żałobie, rozgoryczeniu i żalu. Uśmiech J. to książka niepokojąca, zanurzona w odmętach życia, przenikająca autentyzmem, pełna zaskakujących zwrotów wydarzeń, niedopowiedzeń i tajemnic, angażująca czytelnika do ostatniej strony. Autorka niczego nie rozstrzyga, nie stawia kropki nad i. Otwarte zakończenie pozwala czytelnikom snuć własną wersję wydarzeń.

Pełne dramatyzmu perypetie Marty prowokują do zadania sobie wielu nurtujących pytań, na które trudno udzielić rozstrzygających odpowiedzi. Kto – lub co – pisze scenariusz naszego życia? Czy mamy wpływ na to, jak się ono potoczy? Czy potrafimy odnaleźć sens w dramatycznych doświadczeniach i stawić czoła ironii losu? Czy będziemy w stanie się zbuntować? A może naszym powołaniem jest zaakceptować swój los? Pogodzić się z przeznaczeniem, choć wszystko w nas krzyczy, żeby zaprotestować, powiedzieć: dość! Czy w obliczu klęski jesteśmy w stanie zapanować nad instynktem samozagłady, odnaleźć utraconą nadzieję, podnieść się i żyć, choćby ze względu na najbliższych? Czym jest nasze życie? Do czego zobowiązuje? Ponoć nic nie dzieje się przypadkowo – czy zatem jesteśmy w stanie doszukać się celu w tym, co nas spotyka, przyjąć z pokorą i spokojem swój los, choćby jego okrucieństwo odbierało nam wiarę w siebie, w przyszłość, w najbliższego nam człowieka? Ku czemu wiodą nas trudne doświadczenia, które nam zsyła? Czy wszystkie życiowe próby dzieją się po coś? Czy coś się za nimi kryje? Czy jesteśmy w stanie odszyfrować przesłanie, jakie za sobą niosą? A może za ich fasadą są tylko nicość, pustka, absurd? Czy znajdziemy w sobie odwagę, by się z nimi zmierzyć? Czy po prostu się poddamy, nie podejmiemy kolejnego wyzwania, wycofamy się z gry, jaką jest nasze życie? Zakończymy ją w połowie…

Uśmiech J. skłania czytelnika do przewartościowania takich życiowych paradygmatów, jak przeznaczenie, miłość, szczęście, prawda. Na ile to ty jesteś kreatorem własnego życia? A może twój los jest splotem pozbawionych znaczenia okoliczności? Czy to, co ciebie spotyka, to przypadek bez znaczenia, i czy jesteś w stanie odnaleźć sens w tym, co staje się twoim udziałem?

21 listopada 2017

Życie to (nie) bajka... Arek Borowik: Wnętrza wypalone lodem


Intrygująca, błyskotliwa, przewrotna, uzależniająca. Tak najkrócej można określić prozę Arka Borowika, który powołał do istnienia niejakiego Strawińskiego, bohatera dwóch powieści szkatułkowych: „Z góry widać tylko nic” oraz „Wnętrza wypalone lodem”. Obie książki Arka Borowika czerpią ze znanych baśniowych motywów, w zaskakujący i oryginalny sposób zaszyfrowanych w opowiadaniach o współczesnej rzeczywistości, a ich odkodowywanie dostarcza czytelnikowi niewyobrażalnej frajdy i przydaje lekturze dodatkowego, elektryzującego smaczku.

Szkatułkowa struktura narracji została skonstruowana na wzór „Baśni tysiąca i jednej nocy”, przywodząc na myśl misterną szachownicę opowieści snutych przez Szeherezadę, walczącą w ten sposób o ocalenie. Strawiński w pewnym sensie również walczy o ocalenie. Może nie tyle o uratowanie życia, ile o ocalenie siebie, swojej indywidualności i namiastki wolności, tak trudnej do zachowania w korporacyjnym superorganizmie, w którym ludźmi rządzą zera. „Artur Marszałek, pracujący w firmie od trzech lat, dochrapał się stopnia starszego lidera seniora koordynującego dyrektora kreatywnego ósmego (ostatniego) stopnia na prawach specjalisty do spraw opracowywania strategii struktury. Strawiński musiał przyznać, że Marszałek robi zawrotną karierę. Można się było tego spodziewać po tym, jak drugiego dnia po przyjęciu kupił talię kart i nauczył się grać w wojnę. Gra w wojnę była wielką namiętnością samego Wiktora Jędrzeja Maksymiuka, który twierdził, że jest to najlepsza alegoria życia. Często widywano ich dyskutujących o wyższości siódemki nad czwórką”. Pozornie wydaje się, że mamy do czynienia z poczciwym idiotą, który niewinnym opowiadaniem wymyślonych historii zabawia współczesnego sułtana ‒ prezesa korporacji. „Okazało się, że popełnił błąd. W dodatku musiał to być wielki błąd, ponieważ tym razem został wezwany na rozmowę nie ze zwykłym starszym liderem seniorem koordynującym dyrektorem kreatywnym ósmego stopnia na prawach specjalisty do spraw opracowywania strategii struktury, ale z samym prezesem. Z Wiktorem Jędrzejem Maksymiukiem… Prezes czekał na niego w przeszklonym pokoiku, który pracownicy nazywali pokojem zwierzeń. Strawiński minął się w drzwiach z sekretarką, co mogło oznaczać, że sprawa jest poważna i ma charakter poufny albo że sprawa jest nieistotna i nikt nie musi robić z niej oficjalnej notatki”. Jednak opowieści snute przez Strawińskiego służą nie tylko rozrywce i zabiciu biurowej nudy. To reinterpretacje znanych baśni i motywów, w których na nowo ożywają ponadczasowe archetypy, sięgające do jądra ludzkich namiętności, obsesji, pragnień i lęków. Stare jak świat, we współczesnych kostiumach i dzisiejszych dekoracjach nie straciły nic ze swojej aktualności. Wystarczy uważnie się rozejrzeć, by dostrzec gdzieś obok zagubionego Kaja, któremu wpadł do oka kawałek lodu, kochającą Gerdę gotową na największe poświęcenie dla dobra chłopca, wyniosłą, cyniczną i zapatrzoną w siebie Królową Śniegu, która nie przebiera w środkach, by osiągnąć swój cel, umierającą z zimna i samotności „dziewczynkę z zapałkami”, czyli starą przegraną kobietę, nad którą litują się nieliczni, co wrażliwsi przechodnie, reszta zaś mija ją obojętnie, śpiesząc do domu na wieczerzę wigilijną, do swoich choinek, prezentów i świąt przy suto zastawionych stołach. Wątki baśniowe przeplatają się z literackimi i biblijnymi: ostatni dzień życia „dziewczynki z zapałkami” przypomina wieczór duchów z Dickensowskiej „Opowieści wigilijnej”, a dwie walczące o miłość chłopca kobiety w epilogu opowieści stają się dwiema matkami z biblijnej historii o królu Salomonie.

Borowik jest mistrzem suspensu. „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” ‒ mawiał niekwestionowany mistrz dreszczowców Alfred Hitchcock. Podobnie Borowik trzyma czytelnika do końca w napięciu, nie pozwalając mu ani na moment odetchnąć. To porównanie do sztuki filmowej nie jest przypadkowe. Borowik tworzy plastyczną, żywą i dynamiczną akcję, z wprawą żongluje sekwencjami zdarzeń, można wręcz odnieść wrażenie, że siedzimy w kinie i oglądamy fascynujący film, który klatka za klatką wciąga nas w swoje żywioły. I mimo że przecież znamy przywołane przez autora archetypy z dziecięcych baśni i szkolnych lektur, nie możemy oderwać się od fabuły, bo z każdą kolejną stroną wciąż jesteśmy zaskakiwani. Ci, którzy znają Arka Borowika,  zapewne mogli się tego spodziewać. Polski scenarzysta, aktor, satyryk, perkusista, dziennikarz sportowy, pisarz, zasłynął jako współtwórca  „Dziennika Telewizyjnego” Jacka Fedorowicza i radiowej „Rodziny Poszepszyńskich”. W 2006 r. napisał scenariusz do filmu „Jasne, błękitne okna” w reż. B. Lindy. W 2010 roku podjął współpracę w polskim studiem CD Projekt RED jako współtwórca scenariusza i dialogów do gier „Wiedźmin 2: Zabójcy królów” oraz „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Za tę ostatnią otrzymał wraz z zespołem scenariuszowym liczne nagrody, m.in. Golden Joystick. Był też nominowany do Nagrody Writers Guild of America za najlepszy scenariusz gry wideo. W latach 2015–2016 współtworzył scenariusze do dodatków: „Wiedźmin 3: Serca z kamienia” oraz „Wiedźmin 3: Krew i wino”.

Podobnie jak pierwsza powieść Borowika „Z góry widać tylko nic”, również jej kontynuacja ‒ „Wnętrza wypalone lodem” ‒ daje się odczytać nie tylko jako współczesna parabola – przypowieść z morałem – lecz także jako satyra na absurdalną, budzącą trwogę i śmiech korporacyjną machinę, w której trzewiach tkwi, niczym bezwolny trybik, współczesny everyman, Strawiński, na poły heroicznie, na poły komicznie szukający sposobu na jej obłaskawienie. Z jednej strony sprawia wrażenie podporządkowanego i pozbawionego ambicji szeregowego pracownika wielkiego bezimiennego biura, z drugiej – jego postawa przypomina poczynania dobrego wojaka Szwejka, który ukrywając się pod maską dobrodusznego i głupawego idioty, wyszydza absurdy wojenno-biurokratycznej machiny, dzięki czemu udaje mu się zachować godność i niezależność. Trudno jednoznacznie orzec, czy Strawiński jest człowiekiem poważnym, czy lekkoduchem, czy mówi i postępuje serio, czy żartuje. W tym właśnie objawia się nietuzinkowość tego bohatera. Można przypuszczać, że Strawiński cierpi na chorobę psychosomatyczną, która przybiera różne objawy. W pierwszej części bohater zmaga się z obezwładniającą sennością, która nasila się, ilekroć przychodzi do pracy, gdzie natychmiast zasypia pod biurkiem, w sąsiedztwie plątaniny kabli i przewodów. W drugiej części Strawiński niedomaga z powodu dojmującego poczucia zimna, które nie pozwala mu normalnie funkcjonować i każe przypuszczać, że obie przypadłości są zawoalowaną formą awersji, jaką wzbudza w bohaterze miejsce, w którym musi codziennie pracować przez osiem godzin. Za każdym razem ogarniająca go słabość staje się przyczyną zagrażającej mu dymisji, kiedy zniecierpliwiony szef w końcu znajduje pretekst, by wyrzucić z pracy niesubordynowanego pracownika. Na ratunek przychodzi Strawińskiemu jego dar snucia fascynujących opowieści, które na tyle daleko absorbują prezesa korporacji, że za każdym razem godzi się, by Strawiński pozostał w firmie.

Wnętrza wypalone lodem” to gatunkowy przekładaniec. Borowik z cudowną lekkością miesza ze sobą różne formy gatunkowe i bawi się konwencjami. Odnajdziemy w książce elementy wielu popularnych gatunków literackich: powieść drogi, dreszczowiec, thriller psychologiczny, kryminał, powieść surrealistyczną, moralitet. Borowik uwodzi czytelnika brawurą, z jaką łączy najróżniejsze wątki i tropy literackie, konwencje i aluzje literackie. Czyni to z godną pozazdroszczenia swadą i niczym nieskrępowaną wyobraźnią, prowokując czytelnika do przyjrzenia się w wykreowanej rzeczywistości jak w krzywym zwierciadle. Można tę książkę czytać na wiele sposób: jako grę konwencjami, grę z czytelnikiem, groteskę, zabawę w rozmaite cytaty kulturowe, popis sztuki montażu, przypowieść o zawiłościach ludzkiego losu czy przewrotną czarną baśń dla dorosłych, wobec której czytelnik czuje się bezbronny niczym sułtan wobec Szeherezady. Tytuł zniewala czytelnika swoją paradoksalną sprzecznością, ale po lekturze okazuje się, że to nie tylko zręczna gra słów i konceptualna łamigłówka. Wielokrotnie udzielał mi się nieobliczalny rollercoaster skrajnych doznań, jakimi nasycona jest książka Arka Borowika, od lodowatego oddechu  smutku, pustki i samotności,  po rozpalający wnętrza żar namiętności, które trawią bohaterów i wiodą ich albo na zatracenie, albo ku zwycięstwu. Ale ja lubię w literaturze taki aliaż silnych emocji i mocnej dawki adrenaliny. To utwierdza mnie w przekonaniu, że mój związek z Borowikiem – relacja oddanego czytelnika z pisarzem – będzie trwał w najlepsze. Z niecierpliwością zatem czekam na kolejne książki autora.



9 lipca 2017

Na kłopoty... Carnegie. "Jak przestać się martwić i zacząć żyć"

Poznaj samego siebie

Nie jestem amatorką poradników i książek z dziedziny rozwoju osobistego, niemniej bliskie mi są takie wartości, jak potrzeba pracy nad sobą, samodoskonalenie i chęć poznawania samego siebie. Być może właśnie dlatego z ciekawością sięgnęłam po klasyka z kręgu literatury motywacyjnej, debiutując jako czytelniczka tego typu przewodników. Przyznaję, że dałam się porwać narracji obfitującej w wiele budujących przykładów zaczerpniętych z życia podziwianych przez ludzkość przywódców, myślicieli, polityków i artystów, ale też zwykłych ludzi, którzy będąc na dnie, znaleźli w sobie siłę i determinację, by przezwyciężyć życiowy kryzys oraz odnaleźć wolę walki z własnymi ograniczeniami, często na przekór niesprzyjającym okolicznościom i wbrew negatywnym nawykom  myślowym zakorzenionym w ich umysłach. Bywa, że trudne okoliczności stawiają nas pod ścianą i zmuszają do całkowitego przewartościowania dotychczasowej postawy. A to z kolei prowokuje do pracy nad sobą i przyjrzenia się sobie wnikliwiej i dogłębniej. Jak mawiał Sokrates, a za nim niemiecki pisarz Hermann Hesse, człowiek wzrasta, dokonując systematycznej introspekcji i poznając samego siebie.

Jakość twoich myśli to jakość twojego życia

Zaprezentowane historie mobilizują do pracy nad jakością swoich myśli. Carnegie niejednokrotnie zresztą przekonuje, że jakość naszego życia zależy bezpośrednio od naszej mentalności, od sposobu naszego myślenia i nastawienia. Nikogo chyba nie zaskoczę, jeśli dodam, że utożsamiam się z tą tezą i wiele razy doświadczyłam jej na własnym przykładzie. Pozytywne myślenie i konstruktywne nastawienie niejednokrotnie pomagały mi przetrwać życiowe zakręty. A takich nie brakowało w moim życiu...

Zamartwianie się jest jak nałóg. Należy z nim zerwać

Dale Carnegie uwiadamia, że zamartwianie się to nałóg, od którego można się uzależnić jak od palenia papierosów. Ten destrukcyjny nawyk odbiera nam spokój, radość życia, wpędza w bezsenność i nierzadko prowadzi do utraty zdrowia. Ludzie uzależnieni od zamartwiania się są coraz bardziej zmęczeni, żyją w ciągłym napięciu, pełni obaw i lęków, sparaliżowani bezsilnością i frustracją. Carnegie w młodości również wpadł w szpony tego zgubnego nałogu, dlatego doskonale wie, jak niszczycielski wpływ na ludzkie życie ma tendencja do poddawania się czarnym myślom.  "W 1909 roku byłem najnieszczęśliwszym facetem w Nowym Jorku. [...] Nienawidziłem swojej pracy. Nienawidziłem życia w małym, pełnym karaluchów mieszkaniu na 56. Zachodniej. Nienawidziłem tanich restauracji, w których się stołowałem. Też było w nich pełno karaluchów". Zamiast pogrążać się w poczuciu beznadziei oraz tracić energię na zamartwianie się i rozpamiętywanie życiowych porażek, postanowił zrobić coś konkretnego: rzucił pracę, której nienawidził, i podjął studia. Zdecydował się zostać nauczycielem. Jego życie zmieniło się diametralnie. Decyzja zaważyła na całej egzystencji autora. Zaowocowała m.in. tym, że z biegiem czasu został mentorem, mówcą i pisarzem, a jego poradniki sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Jeden odważny, być może ryzykowny krok, jedna radykalna zmiana, i z czasem okazuje się, że warto postawić wszystko na jedną kartę. Przełamać obawy przed zmianą, która sprawi, że porzucimy strefę komfortu, tylko pozornie bezpieczną i napawającą złudnym poczuciem bezpieczeństwa. W rzeczywistości życie pod presją niechcianego, ale oswojonego "tu i teraz" napełnia nasze istnienie frustracją i beznadzieją, doprowadzając do depresji, a w najgorszym przypadku nawet do śmierci.

Przestań się martwić rzeczami, na które nie masz wpływu [Epiktet]

Nie teoria, nie przynudzanie, nie moralizowanie, lecz konkretne przykłady. To największa zaleta tej książki. Nie jest łatwo uwolnić się od zmartwień. I wiedzą o tym tysiące ludzi. Carnegie przemawia do naszej wewnętrznej motywacji, powołując się na historie osób, które zanim osiągnęły sukces, a nierzadko popularność i sławę, musiały odbić się od dna i przewartościować dotychczasowe myślenie. O konieczności zerwania z nałogiem zamartwiania się przekonali się m.in. sir William Osler [zanim został słynnym profesorem w Królewskiej Katedrze Medycyny w Oxfordzie], generał Grant, Frank Bettger [zanim stał się najsłynniejszym agentem ubezpieczeniowym w Ameryce], Winston Churchill, Beniamin Franklin, Abraham Lincoln, Eleanor Roosevelt, Rudyard Kipling, Jonathan Swift, Henry Ford,  John D. Rockefeller, Georg Gershwin, Charlie Chaplin, Emerson i wielu, wielu innych ludzi, których autor poznał osobiście i którzy podzielili się z nim swoimi historiami. Większość z nich, zanim uwolniła się od zmartwień, przejmowała się drobiazgami oraz zamartwiała rzeczami, na które nie miała wpływu.

Złota recepta na zmartwienia

Każda z przywołanych w książce postaci stosowała się do sprawdzonej przez siebie metody na pozbycie się zmartwień. Poszukiwanie złotej recepty wymusiło na nich samo życie. Niszcząc ciało i umysł niepokojem, frustracją, nienawiścią, niechęcią i strachem, doprowadzili swoje istnienie do punktu zwrotnego, w którym mogli albo ostatecznie ulec autodestrukcji, albo radykalnie uwolnić się od negatywnego nawyku niszczącego ich życie. Z reguły na właściwą drogę naprowadzał ich impuls wywołany spotkaniem z inspirującym człowiekiem bądź otarcie się o samobójstwo lub śmierć z wyczerpania. Punkt krytyczny zmieniał perspektywę. Co łączy wszystkie przywołane metody walki z zamartwianiem się? Można je sprowadzić do jednej ponadczasowej recepty, której poszczególne zalecenia czytelnik znajdzie na końcu każdego rozdziału książki:
1. Żyj odgrodzony od przeszłości i przyszłości. Nie przejmuj się tym, co będzie. Po prostu żyj od poranka do zmierzchu.
2. Kiedy dopadną cię kłopoty, wypróbuj niezawodną formułę:  Przemyśl, jakie mogą być najgorsze konsekwencje tego, co się wydarzyło. Przygotuj się psychicznie na ich przyjęcie. Potem spokojnie próbuj to, co się da, ocalić od najgorszego, które twój umysł już przecież przyjął.
3. Nie zapomnij, że zdrowie jest najwyższą ceną, jaką możesz zapłacić za zmartwienia. Ci, którzy nie potrafią walczyć ze zmartwieniem, umierają młodo. 
4. Oto zestaw pytań, na jakie musisz sobie odpowiedzieć: Czym właściwie się martwię? Co mogę zrobić w tej sprawie? Co zamierzam zrobić? Kiedy zamierzam zacząć to robić? 
5. Zajmij się czymś. Człowiek zmartwiony musi dać się pochłonąć pracy, inaczej uschnie z depresji. Działanie jest jedną z najlepszych terapii, jakie kiedykolwiek wymyślono na zmartwienia.
 6. Nie pozwól, by martwiły cię drobiazgi, którymi w ogóle nie powinniśmy zaprzątać sobie głowy. Życie jest za krótkie, aby było małe. Nie pozwól, aby drobiazgi, te małe robaki toczące nasze umysły, zniszczyły twoje szczęście.
7. Przyjrzyj się  faktom. Spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie: Na ile prawdopodobne jest, że to, czym się martwię, kiedykolwiek się wydarzy? 
8. Musisz pogodzić się z tym, co nieuniknione. Przyjąć to i zaakceptować. Jeśli wiesz, że zupełnie nie masz wpływu na sytuację, powiedz sobie: Tak jest i nie może być inaczej.
9. Co się stało, to się nie odstanie. Nie próbuj piłować wiórów.  
10.  Myśl i działaj radośnie, a będziesz radosny.
11. Nie próbuj wyrównywać rachunków z wrogami, ponieważ siebie samego skrzywdzisz znacznie bardziej niż ich. Nigdy nie trać nawet minuty na myślenie o ludziach, których nie lubisz.
12. Zamiast zamartwiać się niewdzięcznością, nie oczekuj jej. Jedyna droga do szczęścia prowadzi nie przez zasługiwanie na wdzięczność, lecz przez dawanie dla samej radości dawania. Pamiętaj, że wdzięczność należy hodować. Jeśli chcemy, aby nasze dzieci potrafiły okazywać wdzięczność, musimy je tego nauczyć. 
13.  Licz woje błogosławieństwa, nie kłopoty.
14. Nie naśladuj innych. Poznaj siebie i bądź sobą. 
15. Kiedy los podsuwa ci sęk, upiecz z niego sękacz. 
16. Zainteresuj się pomaganiem innym, by zapomnieć o sobie. Codziennie zrób dobry uczynek, który rozjaśni czyjąś twarz uśmiechem. Dziel się tym, co masz, z innymi.

Jak nie przejmować się krytyką

Najbardziej przemówiły do mojej świadomości rady dotyczące radzenia sobie z krytyką. Dlaczego? Ponieważ mam z tym problem. Lęk przed krytyką innych często powstrzymuje mnie przed zrobieniem lub powiedzeniem tego, na co mam ochotę i z czym się utożsamiam. Wiem, że to sprawia, iż moje życie jest połowiczne. Wiele decyzji podejmuję pod presją takiego właśnie mechanizmu: Nie chcę, żeby było jej/jemu przykro. Ale co z moim samopoczuciem? Przecież to ja potem czuję się nieszczęśliwa i jestem na siebie zła. I nikt nie zawraca sobie głowy tym, co się ze mną dzieje i co czuję. Dale Carnegie, powołując się na historie prawdziwych ludzi, proponuje takim osobom jak ja pewne sprawdzone rozwiązanie. Warto wiedzieć, że:
1. Złośliwa krytyka jest często ukrytym komplementem. Nierzadko oznacza, że wzbudzasz zazdrość. Pamiętaj, że nikt nie kopie tylko zdechłego psa!
2. Staraj się robić wszystko najlepiej, jak potrafisz, a potem rozłóż nad sobą parasol: ci, którym to potrzebne, niech cię potem opluwają.
3. Zapisuj wszystkie głupstwa, które popełniłeś, aby umożliwić sobie samokrytykę. Ponieważ sen o własnej doskonałości musisz od razu umieścić na tej liście, poproś innych o szczerą, uczciwą, obiektywną i konstruktywną krytykę. 

Nie bądź starym zrzędą

Przyjemnie jest czytać poradniki, trudniej się do nich stosować. Na pewno dodają skrzydeł i napełniają pozytywną energią. To doskonała lektura dla tych, którzy szukają motywacji do działania, światełka w tunelu i odstresowania po ciężkim dniu. A jeśli komuś nie uda się wcielić w życie żadnej ze wskazówek wyczytanych u Carnegiego, może zapamięta chociaż jedną banalną refleksję, np. taką jak ta:
Martwiłem się bardzo, że nie mam butów, dopóki nie spotkałem na ulicy człowieka bez nóg. 
Może dzięki kilku złotym myślom zaczerpniętym z banalnego poradnika zdeklarowany malkontent nie stanie się kiedyś starym zrzędą.

Dale Carnegie, Jak przestać się martwić i zacząć żyć, Studio EMKA 2005

22 kwietnia 2017

Stwarzaj swoich bliskich, a nie niszcz...

Porozumienie bez przemocy” to filozofia, do której nieustannie wracam, która jest autentyczną księgą życia. To lektura obowiązkowa. Źródło wewnętrznej siły nie tylko dla pokaleczonych, poturbowanych, zmanipulowanych, pognębionych i walczących o zachowanie poczucia godności i wartości. O zapomnianym języku serca. O świadomej, dojrzałej komunikacji, nastawionej na zrozumienie, a nie na niszczenie, osądzanie, manipulowanie, bez pancerza uprzedzeń, błędnych nawyków myślowych, stereotypów mentalnych, egocentryzmu, z szacunkiem dla odmienności drugiego człowieka i jego granic. Czy jest to możliwe? Porozumiewanie się bez przemocy należy przyswajać od dzieciństwa, ale tak naprawdę nigdy nie jest za późno, by porzucić styl oparty na osądzaniu, szufladkowaniu, napastliwości, etykietowaniu, wzbudzaniu poczucia winy, obrażaniu, atakowaniu, poniżaniu, ranieniu, co zazwyczaj wynika z niezrozumienia dla odmienności, niezgody na inność, nieakceptowania tego, że każdy ma prawo do swoich poglądów na świat, choćby były one całkowicie odmienne od moich. To działa jak uzależnienie. Płytka, irracjonalna reakcja. Płytkie osądzenie. Rzucenie złego słowa. Wygłoszenie złośliwości. Zatwierdzenie werdyktu. Tak oto odgradzamy się od drugiego człowieka. Od takiego mechanizmu można się uzależnić. To działa jak narkotyk. Druga strona jest bezsilna wobec tego uzależnienia. Wobec tej psychologicznej używki. Ta używka, ten znieczulacz [bo złość i złośliwość znieczulają] to mechanizm obronny zagłuszający nieumiejętność odnalezienia się w relacji z kimś, kto jest diametralnie inny, kto nas tą innością złości, bo nie przystaje do naszych wąskich wyobrażeń i schematów myślowych. Patrzymy na kogoś, ale nie widzimy go. Słuchamy kogoś, ale nie słyszymy. Nie widzimy drugiego człowieka takim, jakim jest naprawdę. Widzimy i słyszymy swoje osądy, poddajemy się bezwiednie swoim uprzedzeniom. Tak jak w wierszu Różewicza „List do ludożerców”. Ja, mój, moje. Nie uświadomiono nam, jak wyzwolić się z tego ograniczającego nas sposobu reagowania na inność. A jednak głuchota wewnętrzna i ślepota wewnętrzna są uleczalne tak przekonuje książka. Tylko od nas samych zależy, co zrobimy z nawykami myślowymi ograniczającymi budowanie konstruktywnych relacji. 

„Język żyrafy” wielokrotnie pozwalał mi się podnosić. I iść dalej. Bez zatracania się w stylu komunikacji opartej na „języku szakala”. Na języku ludożercy. Sekret tkwi w naszych reakcjach na inność drugiego człowieka. Jak ja reaguję? Złością, nawykowym wybuchem krzyku i oskarżaniem kogoś, kto ma inne zdanie, czuje inaczej, żyje inaczej? Czy zrozumieniem, szacunkiem dla jego odmienności, mimo że nie zgadzam się z jego zdaniem, myślę inaczej – i mam do tego prawo, tak jak on ma prawo myśleć inaczej? Jeśli tego nie rozumiem, automatycznie neguję czyjąś inność. Wpadam w błędne koło automatyzmu. A tylko ja sama mogę je przerwać, zadając sobie pytania: Czy umiem uszanować jego granice? Czy stać mnie na wysłuchanie, na cierpliwość, na życzliwość, na dojrzałą reakcję pozbawioną piętnowania, upokarzania, dyskredytowania? Czy umiem rozmawiać z zachowaniem szacunku mimo różnicy poglądów, nie raniąc rozmówcy i nie atakując go? Czy jestem świadoma, że to ja jestem odpowiedzialna za swoje reakcje, a nie mój rozmówca? To ja decyduję, jak zareaguję: podążę bezwiednie za nawykiem i dam upust ślepej, irracjonalnej złości, paląc, tratując i niszcząc relacje – czy przeciwnie: wysłucham, spróbuję zrozumieć, uznam czyjeś prawo do odmiennych poglądów? Dla tej drugiej strony z kolei moje poglądy są odmienne. Bez tej świadomości nie ma możliwości budowania i tworzenia relacji. Nawykowo wpadając w zacietrzewienie, impulsywną złość, która działa jak mechanizm, jak wypracowany latami automatyzm, niszczymy, burzymy i miażdżymy więzi, o które warto się zatroszczyć. Odpychamy od siebie – a nie przyciągamy. Stawiamy barykady, a nie mosty. 

Każdy ma swoje granice. W swoich granicach ma też prawo do swoich myśli, uczuć, poglądów i potrzeb. Czy konstruktywnego reagowania na innych ludzi można się nauczyć? Sztuka porozumiewania się bez przemocy jest możliwa do opanowania dla ludzi świadomych, chcących nad sobą pracować. Krytykując innych, wcale nie powodujemy tego, że się zmienią. Zwykle jedyne, co udaje nam się osiągnąć, to trwała uraza. Krytykować, potępiać i narzekać potrafi każde dziecko. Ale żeby zrozumieć i otworzyć się na czyjąś inność – potrzeba charakteru, samokontroli, cierpliwości i opanowania. 


Zamiast więc potępiać ludzi, próbujmy ich zrozumieć. Zamiast krytykować, zastanówmy się, dlaczego wyznają takie, a nie inne poglądy. Jakie przeżycia ich do tego skłaniają? Jakie doświadczenia, obserwacje i jakie refleksje na temat otaczającego świata ukształtowały ich osobowość? Możliwe, że będąc na ich miejscu, myślałabym tak samo

Książka o języku żyrafy to pokrzepiająca, otwierająca oczy i serce lektura.



1 lutego 2017

Książki zamiast terapii [Nina George "Lawendowy pokój"]



Każde spotkanie z nową książką jest jak podróż w nieznane. Za każdym razem jest to inna wyprawa. Załoga pozostaje ta sama, ale z każdą kolejną książką podążamy inną drogą i innym środkiem transportu – bywa, że lektura przypomina jazdę rozpędzonym pociągiem nad przepaścią, innym razem to niespieszna przejażdżka stylową dorożką wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów utkanych z narracyjnej mapy słów, wrażeń, przenikających się obrazów i refleksji. Każda kolejna lektura to nowe przeżycia, inne pejzaże, inny nastrój, odmienne emocje.

„Lawendowy pokój” wzbudził we mnie ambiwalentne doznania. Tytuł książki i jej okładkowa recenzja zapowiadały smaczny literacki kąsek dla wielbicieli słowa pisanego. Z ogromnymi nadziejami i apetytem na ekstatyczne literackie uniesienia przystąpiłam do lektury. Powieść zdawała się współgrać z nostalgicznym nastrojem charakterystycznym dla schyłku lata, a początek snutej przez autorkę historii zapowiadał się obiecująco: czytelnik wyrwany z uścisku szarej rzeczywistości trafia do pływającej księgarni na barce o nazwie „Apteka Literacka”, która przyprawia miłośników książek o szybsze bicie serca. Zawsze marzyłam, by znaleźć się w takim miejscu. Poznać księgarza, który leczy za pomocą lektury. Dawkuje książki niczym lekarstwo. Odpowiednio dobranymi historiami literackimi leczy ludzkie dusze, ludzkie zranienia, wydobywa czytelnika z otchłani nieszczęścia, cierpienia, mroku. I rzeczywiście początek książki zapowiadał się ciekawie, ale im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym wzmagał się mój niedosyt. Moje zastrzeżenia wzbudziła niekonsekwencja autorki. Powieść o książkach i  księgarzu – lekarzu dusz w pewnym momencie zaczęła ocierać się o kicz. Szczególnie zirytowało mnie zakończenie powieści: przewidywalne, łzawe, całkowicie odbiegające od konwencji, w jakiej utrzymany był intrygujący początek fabuły. Melodramatyczne dialogi i sytuacje przyćmiły w moich oczach atuty powieści. Fabuła okazała się zbyt zagmatwana, raziły sztucznie zagęszczone wątki i niewiarygodne sytuacje, a otoczka momentami cukierkowego sentymentalizmu sprawiła, że kreacja głównego bohatera straciła na autentyczności. Jean Perdu, budzący sympatię księgarz i wielbiciel dobrej literatury, który zaskarbił sobie moje względy w pierwszych rozdziałach książki, wraz z rozwojem fabuły zaczął mnie irytować. Sceny łóżkowe ociekające uczuciowością nie pasowały do bohatera, który początkowo został wykreowany na samotnika zamkniętego w świecie książek, trawionego przez bolesne wspomnienia, żal, gorycz i rozpamiętywanie straty. Pomysł na powieść był świetny, ale całość traciła na uroku za sprawą budzących zastrzeżenia dysonansów i niespójności, które zaważyły na ostatecznej opinii o lekturze.

Można się sprzeczać na temat roli literatury. Na zarzut, że powieść jest alogiczna i nieprawdziwa, zapewne padnie – skądinąd słuszne – stwierdzenie, że zadaniem literatury nie jest kopiowanie rzeczywistości, lecz opowiadanie o meandrach i paroksyzmach ludzkiej duszy, o ludzkich namiętnościach i ukrytych głęboko w podświadomości niewyartykułowanych tęsknotach, lękach i nadziejach nawet za pośrednictwem całkowicie odbiegającej od realiów fabuły. Lekarz dusz uzdrawiający za pomocą książek sam potrzebuje uleczenia. Tak zapowiada się początek lektury. Bardzo lubię książki o metamorfozach duszy, o przełamywaniu wewnętrznych ograniczeń i pokonywaniu życiowego impasu, jednak dla mnie ważna jest prawda psychologiczna.  A tej – mimo żywej akcji, zaskakujących rozwiązań fabularnych, wątku romansowego, motywu podróży, tej dosłownej i tej metaforycznej, duchowej – brakowało w powieści. Natłok rozmaitych konwencji zastosowanych w utworze – romans, powieść drogi, powieść sentymentalna, powieść z kluczem, powieść filozoficzna itd. – negatywnie odbił się na konstrukcji książki. Zabrakło w niej „błogosławionej prostoty”. Czytelnik zmaga się z wrażeniem, że w powieści jest wszystkiego za dużo. Zamiast „kropki nad i” lepszym rozwiązaniem są niedopowiedzenia, gra z czytelnikiem, szczypta niejednoznaczności okraszona garścią niuansów, pozostawienie przestrzeni dla wyobraźni czytelnika.

Żeby nie pogrążać się w zbytnim krytycyzmie i zadośćuczynić oczekiwaniom zwolenników „Lawendowego pokoju”, warto przywołać atuty książki, których będą bronić moi antagoniści. Czym może sobie zaskarbić uznanie czytelników autorka powieści? Chociażby tym, że jej bohater, właściciel Apteki Literackiej, księgarz i lekarz dusz pan Perdu, mógłby  zapisać im „Lawendowy pokój” jako receptę na bezbarwną codzienność, zatracenie się w rutynie – a jak mawiał  Gabriel García Márquez, „rutyna jest jak rdza”… A zatem jeśli brakuje wam impulsu do zmiany, motywacji do wyrwania się z kolein przewidywalności i monotonii życia, jeśli paraliżuje was strach przed zmianą, przed opuszczeniem dobrze znanej, ale nudnej i martwej strefy komfortu, jeśli boicie się życia toczącego się za progiem oswojonej i uporządkowanej, niezmiennej i powtarzalnej egzystencji wtłoczonej w ramy rutyny – sięgnijcie po „Lawendowy pokój”. Zróbcie coś innego, niż robiliście do tej pory. Niech to będzie coś drobnego, niekoniecznie tak spektakularna zmiana, na jaką odważył się bohater książki. Może zamiast narzekać na świat i ludzi, uśmiechnijcie się do przypadkowego przechodnia. Zajrzyjcie mu w oczy i przekonajcie się, co go trapi lub uszczęśliwia. Wstańcie z kanapy. Odrzucie pilota od telewizora. Otrzepcie kurz z kolan. Wyjdźcie z domu. „Podróż tysiąca mil zaczyna się od pierwszego kroku” [Konfucjusz].