7 maja 2010

Nowy konkurs w Selkar.pl

Zapraszam do udziału w konkursie zorganizowanym przez Selkar.pl wraz z wydawnictwem Nasza Księgarnia. Do wygrania dwa egzemplarze książki Małgorzaty Gutowskiej-
-Adamczyk "Cukiernia Pod Amorem", tom pierwszy: Zajezierscy.

Szczegóły konkursu tutaj. 


Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła?
W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów. Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie. Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów.
Informacje o książce pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia

Blog książki "Cukiernia Pod Amorem" 

3 maja 2010

Pejzaż w kolorze ochry. Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr

Ta historia mogłaby być o mnie i mojej anonimowej sąsiadce. Codziennie mijam ją na spacerze, starszą kobietę z twarzą bez wyrazu, z pustym wzrokiem, który zdaje się przywoływać jedyną pocieszycielkę – samotność.  "Tajemnice muszą być dobrze strzeżone. (...) Samotność. Ceną jest samotność" [s. 30]. Co miałaby mi do powiedzenia, gdybym odważyła się przekroczyć tę niewidoczną, ale odczuwalną barierę anonimowości, gdybym wykonała taki gest, jaki uczyniła wobec swojej sąsiadki bohaterka powieści Lindy Olsson "Niech wieje dobry wiatr"? Jakie sekrety odsłoniłaby przede mną: duszący zapach konwalii czy słodki smak poziomek? 

Dominantą kompozycyjną tej powieści jest motyw lustra i odbicia. Został on wpleciony w historię spotkania dwóch kobiet, starej, samotnej Astrid Mattson, zwanej we wsi wiedźmą, i młodej – samotnej – Veroniki Bergman,  początkującej pisarki, która wynajmuje skromną willę w sąsiedztwie domostwa Astrid. Wraz z bohaterkami przenosimy się do Västra Sängeby, niewielkiej szwedzkiej wsi, do której przyjeżdża młoda kobieta, pragnąc zaszyć się w wiejskiej głuszy, by napisać swoją drugą książkę i otrząsnąć się po stracie ukochanego mężczyzny. Motyw lustra uobecnia się także w kompozycji powieści; są tutaj rozdziały spisane w formie narracji bohaterek, które przeplatają się ze sobą, przenikając się w przejmującym dialogu dwóch  zranionych serc: Astrid i Veroniki.

Astrid jest jak jej dom: "Był organiczną częścią jej samej i kształty tej przestrzeni wrosły w jej ciało: poruszała się w niej bez wysiłku, nie zapalając świateł. (...) Rzadko wyglądała przez okna: widok stracił wszelkie znaczenie" [s. 14]. Obojętność i alienacja... oto bastiony Astrid. Zaintrygowało mnie i poruszyło jej życie na uboczu i status wiejskiej dziwaczki, na który zasłużyła sobie, wybierając dobrowolne wyobcowanie, banicję, los pustelnicy. W kolejnych odsłonach asymetrycznie splecionych ze sobą losów  bohaterek obserwujemy rodzącą się między kobietami subtelną więź. Niemożliwe staje się realne. Wystarczył jeden gest.  I żarliwa, bezinteresowna otwartość Veroniki.  Cierpliwe, płynące gdzieś z głębi jej delikatności przełamywanie nieufności, lęku przed drugim człowiekiem. Ogromne wyczucie, intuicja i takt. Oswajanie, ale dalekie od zniewalania. Jest w tym jakaś wzruszająca naturalność i głęboka potrzeba, jakaś konieczność, tak jakby nie mogło być inaczej. Nieoczekiwane spotkanie dwóch światów, dwóch samotności, z którego obie kobiety czerpią inspirację, pocieszenie, ukojenie. Staje się ono początkiem podróży w głąb własnych traumatycznych przeżyć, podróży wyzwalającej tragiczne wspomnienia i oczyszczającej. Astrid w liście pożegnalnym do Veroniki będzie mogła napisać: "Poznałaś mnie jak nikt inny na świecie. Przez bardzo długi czas czerpałam ulgę z tego, że nic nie miałam. Nikogo. Teraz jednak wiem, że nie jesteśmy stworzeni, aby żyć w ten sposób. (...) Niektórym moje życie może się wydawać tragiczne. Stracone. Ja tego tak nie widzę. Ty dałaś mi nową perspektywę. Wyciągnęłaś mnie z powrotem na światło dzienne, otworzyłaś mi oczy. Dzięki tobie lód stajał" [s. 204].

Opowieść Lindy Olsson przypomina mi "pejzaż namalowany akwarelą" [s. 164],  przesycony "zmęczonym światłem w kolorze ochry" [s. 76]. Jest on kreowany za pomocą subtelnej, poetyckiej narracji, cudownie wyczulonej na meandry samotności, narracji przejmującej jak rzewna muzyka skrzypiec i melancholijne dźwięki fortepianu, splecione w nastrojowej sonacie Brahmsa, sonacie trzeciej d-moll, która rozbrzmiewa gdzieś w tle tej historii. Rozgrywa się ona na kilku planach: fabularnym, który jest ledwie zarysowaną kreską, oraz na planie emocji, uczuć, psychiki. Ten wewnętrzny pejzaż zdecydowanie wysuwa się w powieści na plan pierwszy. Zanurzamy się weń  z bolesną fascynacją, dając się porwać introspekcjom ulotnym jak japońskie haiku i hipnotyzującym jak krajobrazy impresjonistów. Jest w tej historii smutek utraconej niewinności, drżenie zranionej duszy, szorstkość bezradnej, niemej skargi zdławionej u zarania dzieciństwa. Jest trujący smak traumatycznych wyborów, których moralny ciężar nie daje się jednoznacznie zaklasyfikować, zmuszając czytelnika  do nieustannego balansowania między odruchem potępienia bohaterki  a próbą zrozumienia motywacji, jakie popchnęły ją do straszliwego czynu: dlaczego to zrobiła? W geście miłości(?), litości(?), nienawiści(?), szaleństwa(?), czy w imię  innej, niezrozumiałej dla odbiorcy wyższej logiki, jaką się kierowała? Olsson nie rozstrzyga, nie ocenia, nie moralizuje. Jedynie opowiada, a właściwie maluje swoją opowieść, z wyczuciem proporcji rzucając na płótno zarysy bolesnych emocji,  utraconych złudzeń i odnalezionych marzeń, nadając im właściwą głębię, deseń i perspektywę. 

 Ta książka to nie jest proza. To poezja pisana prozą. Poetycki charakter nadają książce symboliczne motywy: lejtmotyw poziomek, uosabiający utraconą niewinność dzieciństwa oraz tęsknotę za miłością, jej słodkim, delikatnym smakiem. Motyw konwalii, ucieleśniający konwenans, zniewolenie, cierpienie i śmierć (metaforycznie: śmierć duchową). Poziomki odgrywają również rolę aluzji intertekstualnych: przywołują dzieło Ingmara Bergmana "Tam, gdzie rosną poziomki", które koresponduje z motywem brutalnie zbrukanego dzieciństwa Astrid. Poezja drzemie w języku, w melodyjnej frazie narracji, w sposobie wyłuskiwania z materii słowa dźwięków, smaków, zapachów, kolorów. W tworzeniu nastroju. W wyczuleniu na ulotną strukturę chwili. W budowaniu psychologicznej tkanki wypełniającej interakcje między kobietami, kiedy dialog Astrid i Veroniki rozgrywa się bez słów, w ciszy. Kiedy ich dłonie się dotykają. Kiedy spotykają się ich spojrzenia. Kiedy ich myśli tulą się do siebie w instynktownym porozumieniu dusz. Kiedy Veronika opowiada o miłości swojego życia. Kiedy Astrid snuje opowieść o cierpieniu i nienawiści. Poezją jest także przesycona kompozycja powieści, kiedy jak murmurando na początku każdego rozdziału pojawia się cytat z poezji, najpierw kilka wersów w języku szwedzkim, a potem w tłumaczeniu Urszuli Szczepańskiej. Urzekła mnie melodia języka szwedzkiego zwłaszcza we fragmentach wierszy Kerin Boye. Poezja jest tutaj jak cicerone. Staje się przewodnikiem. Tropem. Obietnicą. 

I taką niezwykłą obietnicą jest cała powieść. W moim odczuciu – obietnicą spełnioną. A zatem... Niech wieje dobry wiatr. Niech sypie biały śnieg [s. 203]...

Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr, tłum. Urszula Szczepańska, Inna Strona 2008

Tę impresyjną recenzję dedykuję Lirael – za inspirację, za bycie siostrzaną duszą, za to, że dzięki niej mogłam przeczytać tę książkę i napisać recenzję, która dla mnie stała się modlitwą zachwytu. Dziękuję, Lirael...

1 maja 2010

Wszystkie drogi prowadzą do księgarni. Plus skromny stosik z zakładką

Jedni kochają konie, inni ptaki, jeszcze inni zwierzęta różne. Ja natomiast od dziecka namiętnie pragnąłem posiadać książki.
Julian Apostata, Listy, 107

Kiedy byłam nastolatką, całe kieszonkowe wydawałam na książki. Mało tego,  wysyłana przez mamę na zakupy do pobliskiego sklepu spożywczego, natychmiast po wyjściu z domu zapominałam o praktycznym celu mojej wyprawy i dawałam się prowadzić wewnętrznemu kompasowi na ulicę, przy której mieściła się księgarnia. W jej objęciach czułam się  jak w jakimś magicznym, odległym od przyziemnych spraw świecie, a z każdej półki uwodziły mnie rzędy książek o kolorowych grzbietach, obiecując niezwykłą przygodę w świecie imaginacji. Objuczona kilkoma nowymi nabytkami, z ciężkim sercem, ale lekkim portfelem, wracałam do domu, opóźniając jak najdłużej moment spotkania z mamą. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Żeby uwolnić się od złowrogich rozmyślań na temat konsekwencji, jakie niechybnie przyjdzie mi ponieść po dotarciu na miejsce, snułam wizje swojej przyszłości, wyobrażając sobie, że a to jestem pisarką, a to księgarzem, a to bibliotekarką, za każdym razem widząc siebie oczami wyobraźni w otoczeniu książek, które tyle dla mnie znaczyły. O skutkach namiętnych książkowych zakupów nie będę się rozwodzić, dodam jedynie, że wszystkie moje obietnice poprawy, składane w poczuciu winy i skruchy przed zatroskanym obliczem mamy, pękały jak bańka mydlana, gdy tylko okazja czyniła ze mnie książkożercę. W końcu mama przestała posyłać mnie na zakupy, a swoją namiętność do książek musiałam koić w takich miejscach, jak biblioteki i czytelnie, żałując, że nie mogę ukochanych lektur zatrzymać na zawsze. 
Kiedy byłam studentką, musiałam dokonywać dramatycznych wyborów: książka albo kolacja (lub obiad!), książka albo kino, książka albo teatr... Z braku funduszy, ze świadomością, że stypendium i finansowe wsparcie rodziców musi mi wystarczyć na opłacenie akademika, na życie i na porywy ducha, pokrzepiałam się lekturą książek wypożyczanych z biblioteki tudzież czytanych łapczywie podczas wizyt w księgarni, które przeobrażały się w swoisty rytuał, godny takiej oto refleksji:
Mnie bardzo buduje, gdy widzę w księgarniach, że młodzież siedzi sobie na jakimś plecaku, na ziemi, pod regałami. I czyta książki, bo nie ma na nie pieniędzy. I być może siedzi tam także dlatego, że ma nadzieję na spotkanie kogoś, kto też będzie tak siedział z książką, i okaże się, że to jest właśnie ta druga połówka jabłka. I potem będą opowiadać wnukom, że miłość swojego życia spotkali w księgarni [Magda Umer].
Na studiach odkryłam magię antykwariatów. Tutaj panował inny klimat niż w księgarni. Przesycony zapachem starych, wysłużonych kartek, pięknych, choć zniszczonych książek czule strzeżonych przez antykwariusza, ze wzrokiem ukrytym za szkłami okularów, mającego baczenie na wszystko, co się dzieje w jego książkowym bastionie. 
Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią [Carlos Ruiz Zafón "Cień wiatru (Cmentarz Zapomnianych książek)].
Polubiłam intymną atmosferę takich miejsc, tym bardziej że dzisiejsze księgarnie coraz częściej przypominają supermarkety, co potwierdzają również inni: jakiś czas temu na blogu Kasi.eire rozgorzała bardzo ciekawa dyskusja na temat ulubionych księgarń, zarówno tych realnych, jak i wirtualnych. Z wypowiedzi Kasi oraz komentarzy  do jej notatki można wysnuć wniosek, że trudno o taką księgarnię, która spełniałaby oczekiwania większości zdeklarowanych miłośników książek. Padały rozmaite zarzuty: najczęściej dotyczyły one nieprofesjonalizmu osób pracujących w księgarniach,  ich niekomunikatywności i niekompetencji oraz bezosobowego charakteru współczesnych księgarń, którym bliżej do domów towarowych niż do miejsc sprzyjającym molom książkowym spragnionym kontaktu z prawdziwymi pasjonatami.
Kiedy przeczytałam powieść "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna, zakochałam się w obrazie księgarenki, prowadzonej przez ojca głównego bohatera. Zawsze marzyłam, żeby znaleźć się w takim miejscu. W otoczeniu książek, gromadzonych z pasją przez właściciela księgarni, traktowanych z największym pietyzmem i miłością. Dla mnie ojciec Daniela to ideał księgarza. Podejrzewam, że księgarń z prawdziwego zdarzenia jest coraz mniej, o ile w ogóle się jeszcze takie zachowały w dobie coraz liczniejszych księgarni wysyłkowych. 
A jeśli mowa o księgarniach internetowych, pierwszą taką księgarnią, którą się zachłysnęłam, był Merlin.pl. Do czasu. Kilkakrotnie zraziłam się tym, że na przesyłkę czekałam ponad tydzień. Zdarzyła się i taka sytuacja, że zamówiłam książkę, czekałam tydzień na przesyłkę, po czym otrzymałam informację, że zamówionej książki nie ma w danym momencie i trzeba na nią jeszcze poczekać. Nie ukrywam, że mój entuzjazm nieco ostygł. Empik.com – na ile zdążyłam się zorientować – również każe dość długo oczekiwać klientom na przesyłkę. A ja nie lubię czekać na książki! Tak długo!? Pod tym względem jestem niepoprawnie niecierpliwa. 
Przypadkowo odkryłam księgarnię, która zaskoczyła mnie błyskawiczną dostawą zamówionych książek: Selkar.pl. Dwa dni. Tyle najdłużej oczekiwałam na przesyłkę. Innym atutem tej księgarni są znacznie niższe ceny. Można zaoszczędzić nawet do 8–10 złotych na książce. Moja współpraca z tą księgarnią zaczęła się od konkursu na najciekawszą recenzję miesiąca. Można wygrać bon na książki w wysokości 100 złotych. Wydaje mi się, że nagroda jest dość atrakcyjna. A to nie wszystkie konkursy. Obecnie trwają trzy konkursy oprócz już wspomnianego wcześniej (na najlepszą recenzje miesiąca): 
Szczegóły konkursów na stronie księgarni Selkar.pl.

Jestem ciekawa Waszych  przemyśleń dotyczących księgarni. Czy macie jakieś swoje ulubione książkowe zakątki?

I jeszcze obiecany stosik, który zawdzięczam księgarni Selkar.pl, BiblioNETce, Zakamarkom i wydawnictwu Świat Książki, a to za sprawą zwycięstw w kilku konkursach na najlepsze recenzje:


 
1) Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści", Znak
2) Annie Barrows, Mary Ann Shaffer "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych   Obierek", Świat Książki
3) Michal Viewegh "Aniołowie dnia powszedniego", Prószyński i S-ka
4) Linda Olsson "Niech wieje dobry wiatr", Inna Strona
5) Ulf Stark "Czy umiesz gwizdać, Joanno?, Zakamarki
6) Astrid Lindgren "Dzień Dziecka w Bullerbyn", Zakamarki
7) Pija Lindenbaum "Igor i lalki", Zakamarki

Ukoronowaniem stosiku jest przeurocza, stylowa zakładka do książek, haftowana własnoręcznie przez Aeljot. Agnieszko, bardzo, bardzo dziękuję!!!

30 kwietnia 2010

Nowe wyzwanie literackie. Kraje nordyckie

Nigdy nie brałam udziału w żadnym z wyzwań literackich, których jest sporo w blogosferze wśród blogerów tworzących blogi książkowe. A zatem debiutuję! Kraje nordyckie jako wyzwanie literackie skusiły mnie z kilku względów. Od czasu, kiedy zostałam mamą, czytam swojej latorośli sporo książek dla dzieci napisanych przez Skandynawów. I nie ukrywam, że zostałam uwiedziona. Skandynawska literatura dla dzieci podbiła moje, i nie tylko moje, bo Tatiankowe także, serducho. To przeciwwaga dla cukierkowej, disnejowskiej stylistyki. Myślę, że warto promować te wartościowe, mądre i napisane z szacunkiem dla wrażliwości i wyobraźni dziecka książki.
Co mnie jeszcze zmotywowało do przystąpienia do tego wyzwania? Moja miłość do Knuta Hamsuna. Kto czytał jego powieść "Głód", zrozumie, co mam na myśli. Mało tego. Jestem pod urokiem powieści Lindy Olsson "Niech wieje dobry wiatr". Nie pochłaniam jej natychmiast, choć nie jest to powieść obszerna. Delektuję się nią jak najwspanialszą ambrozją, nie pozwalając, by radość czytania dobiegła końca. Wspaniała książka! Chciałabym o niej napisać w ramach tego literackiego wyzwania. 

Zasady uczestnictwa:
  1. Wyzwanie trwa od 1 maja do 30 listopada 2010 r.
  2. Do wyzwania można przyłączyć się w dowolnym terminie.
  3. Lista lektur jest tylko propozycją mającą ułatwić wybór, każdy może przeczytać taki tytuł, jaki go interesuje.
  4. Czytane książki mogą być w dowolnym języku, jedynie recenzja musi być napisana w języku polskim :).
  5. Powieści mogą być stworzone przez autorów pochodzących z tamtych stron lub też mogą jedynie nawiązywać tematyką do Krajów nordyckich. Przewodniki, albumy także się liczą.
  6. Czytamy przynajmniej po jednej książce z "głównych" państw, czyli: Danii, Szwecji, Norwegii, Islandii i Finlandii.
  7. Recenzje umieszczamy albo na blogu wyzwania, albo też na swoim, na blogu wyzwaniowym podając jedynie link do wpisu.
Moja lista lektur w ramach wyzwania literackiego  
Kraje nordyckie:
Dania: 
Tove Ditlevsen "Twarze"
Estonia: 
Jaan Kross "Immatrykulacja Michelsona"
Finlandia:
Elina Hirvonen "Przypomnij sobie"  
Islandia:
Sjón "Skugga Baldur"
Norwegia: 
Ailo Gaup "Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna"
Szwecja: 
Linda Olsson "Niech wieje dobry wiatr" 
Majgull Axelsson "Kwietniowa czarownica"
Ulf Stark "Jak tata pokazał mi wszechświat", "Czy umiesz gwizdać, Joanno?"
Pija Lindenbaum "Igor i lalki"

A zatem do dzieła. Książki, przybywajcie, niech wyzwaniu stanie się zadość!

29 kwietnia 2010

Blogiem a prawdą. Norma i uzus

Twardy (językowy) orzech do zgryzienia, czyli dziadek do orzechów poszukiwany...

Ponieważ od jakiegoś czasu funkcjonuję w świecie blogów i wiele razy zostałam skarcona za używanie w dopełniaczu i bierniku formy bloga, postanowiłam podrążyć nieco temat odmiany tego wdzięcznie brzmiącego, acz kłopotliwego w stosowaniu słówka.  Wszakże na stronie bloga (blogu) nie może zabraknąć choćby krótkiej refleksji językowej poświęconej kontrowersjom narosłym wokół blogowariacji deklinacyjnych. Skąd tyle wątpliwości? Wynikają one poniekąd z tego, że w najnowszych słownikach języka polskiego PWN brakuje ostatecznej odmiany tego wyrazu. Autorzy słowników wstrzymują się przed jej kategoryzacją. Najnowszy słownik ortograficzny języka polskiego PWN w ogóle nie zawiera tego hasła (Słownik ortograficzny języka polskiego PWN online). W Słowniku języka polskiego PWN online mamy jedynie enigmatyczne wyjaśnienie: blog "dziennik prowadzony przez internautę na stronach WWW" – nie ma żadnej informacji dotyczącej końcówek deklinacyjnych tego rzeczownika. Zajrzyjmy do słownika poprawnej polszczyzny... szukam. Szukam... nie ma, niestety, tego wyrazu (Słownik poprawnej polszczyzny PWN pod red. Andrzeja Markowskiego). O czym to świadczy? Na pewno nie o ignorancji językowej językoznawców, którzy przygotowali tak obszerne kompendium wiadomości związanych z poprawnością językową. Ostateczna wersja deklinacyjna wyrazu blog jest dopiero w fazie krystalizowania się. Według zasad poprawnościowych blog jako rzeczownik męski nieżywotny powinien w dopełniaczu przybrać formę blogu, w bierniku blog (analogicznie dom – domu, notes – notesu). Jak się jednak okazuje, w użyciu językowym,  zwłaszcza w środowisku informatycznym, zadomowiła się potoczna odmiana  tego rzeczownika, która odwzorowuje deklinację  charakterystyczną dla rzeczowników męskozwierzęcych (pies – psa, wilk – wilka), stąd blog ma dopełniacz bloga, równy biernikowi. 

W poradniku "Nowe słowa" (Wydawnictwo Hachette Livre, 2007) Jerzy Bralczyk tak oto komentuje niejednoznaczność deklinacyjną wyrazu blog:
Piszący je (blogi – moje uzupełnienie) charakteryzują się prowokacyjnie swobodnym traktowaniem reguł gramatycznych i ortograficznych. Mówią też bloga, nie blogu, odrywając blog od monologu i dialogu.
W wydawnictwie informatycznym, z którym współpracuję jako redaktor i korektor, wspólnie z redakcją doszliśmy do porozumienia, że w publikacjach będziemy stosować formę bardziej rozpowszechnioną, potoczną, czyli bloga, a nie blogu. Tę samą regułę stosujemy w odniesieniu do takich pojęć, jak HTML: w słowniku ortograficznym mamy w dopełniaczu HTML-u, jednak w publikacjach zapisujemy HTML-a, sugerując się tendencją dominującą w metajęzyku informatycznym.

Ciekawą odpowiedź na moje (i nie tylko moje) językowe wątpliwości, jakie wywołuje odmiana tego wyrazu, znalazłam w Poradni językowej PWN:
Wydawałoby się, że blog powinien się odmieniać jak log (dziennik pokładowy): logu i blogu. Choć taka forma jest rzeczywiście używana, wyszukiwarki internetowe pokazują, że częściej piszemy bloga. Może dzieje się tak przez analogię do e-maila i SMS-a, które należą do tego samego co blog kręgu pojęć związanych z nowoczesną komunikacją językową. Prawdopodobnie blog trafi do słowników jako rzeczownik dwurodzajowy, żywotno-nieżywotny. To, że nie oznacza istoty żywej, nie ma większego znaczenia. W polszczyźnie jest wiele rzeczowników żywotnych rodzajowo, a nieżywotnych znaczeniowo – w Innym słowniku języka polskiego PWN naliczyliśmy ich ponad 1000.
Mirosław Bańko
Co bardziej dociekliwym polecam również dyskusję w serwisie GoldenLine na forum grupy Korektorzy.

W świetle powyższych wyjaśnień czuję się rozgrzeszona ze stosowania w dopełniaczu i bierniku formy bloga. W tym przypadku uzus okazał się silniejszy niż norma.

Dopisek z 5 marca 2011:
Mamy już oficjalną, słownikową wersję odmiany wyrazu BLOG:
blog -ga, B.= D. a. M., -giem; -gów
 

20 kwietnia 2010

I pięknie, i śmiesznie (Ulf Stark, Jak tata pokazał mi wszechświat)

Tata doskonały. Znam takich ojców z niektórych książek i filmów. Guido Orefice z filmu "Życie jest piękne" Roberta Benigniego, który wraz ze swym synkiem trafia z transportem Żydów do Auschwitz i próbuje ocalić chłopca, opowiadając mu historię o tym, że pobyt w obozie zagłady jest grą, a zwycięzca, który uzyska tysiąc punktów, w nagrodę otrzyma czołg. Pragnie oszczędzić mu traumatycznych przeżyć, zneutralizować strach i uchronić go przed okrucieństwem holokaustu, ale przede wszystkim chce ocalić mu życie.  Opowiadając chłopcu o regułach funkcjonowania w obozie w kategoriach zawodów i walki o zwycięstwo, posługuje się językiem, który przemawia do wyobraźni i emocji dziecka. Nieludzki świat zostaje oswojony poprzez humor i dziecięcą wyobraźnię, nie tracąc nic ze swego tragizmu w oczach widza. 
Tata doskonały pojawia się w książce Georga Maaga "Ogród. Dobra opowieść na wielki smutek". W oczach Walentynki tata urasta do roli czarodzieja, którego fascynujące opowieści o życiu w ogrodzie (symbolizującym piękno wszechświata) sprawiają, że staje się on dla dziewczynki arkadią. Kiedy tata umiera, ogród ulega zagładzie, odzwierciedlając cierpienie i smutek bohaterki niepotrafiącej zaakceptować rozstania z ukochanym rodzicem i wspaniałym przyjacielem. 
Książkę Ulfa Starka "Jak tata pokazał mi wszechświat"  czytałam w kontekście powyższych opowieści. Z jednej strony tata jawi się tutaj jako autorytet, który pragnie wtajemniczyć syna w tajniki otaczającego go wszechświata.  Zapowiada się niezwykła przygoda, kiedy tata oznajmia chłopcu, że pokaże mu wszechświat. Ale z drugiej strony pojawiają się wątpliwości. Piękna kosmosu nie da się poznać w ciągu jednego wieczoru. Już na początku opowieści zostają zderzone ze sobą dwa spojrzenia na świat i dwie postawy wobec wspólnego przedsięwzięcia: spontaniczny zachwyt dziecka, jego nieokiełznana, wymykająca się ramom rozumu i regułkom naukowym ciekawość świata oraz  pragmatyzm taty, który zaplanował wycieczkę i stara się ściśle tego planu trzymać. Postawił sobie za cel pokazać dziecku wszechświat i dąży ku niemu z pragmatyczną konsekwencją dorosłych. W  książce Exupéry’ego Mały Książę mówi: "Dorośli są zakochani w cyfrach. Jeżeli opowiadacie im o nowym przyjacielu, nigdy nie spytają o rzeczy najważniejsze. Nigdy nie usłyszycie: Jaki jest dźwięk jego głosu? W co lubi się bawić? Czy zbiera motyle?. Oni spytają was: Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec? Wówczas dopiero sądzą, że coś wiedzą o waszym przyjacielu".  Kiedy mały bohater książki Ulfa Starka pyta tatę, jak zimno jest we wszechświecie, słyszy precyzyjną odpowiedź: "263 stopnie mrozu".  Nie cytuję jej jedynie dlatego, by udowodnić, że tata Ulfa to typowy dorosły. To byłoby uproszczenie i spłycenie przesłania tej opowieści. Obaj mężczyźni: mały i duży, są bardzo ze sobą związani, widać, że łączy ich przyjaźń i więź emocjonalna. Wędrują na łąkę za miastem, trzymając się za ręce. Niejeden chłopiec chciałby mieć takiego tatę, który wraca z pracy i zamiast zasiąść przed telewizorem, zabiera syna na ekspedycję badawczą. Na męską przygodę.  Tata niemal cały czas zadziera głowę do góry i wpatruje się w niebo. Syn rozgląda się wokół. Dostrzega tyle ciekawych rzeczy, których tata nawet nie raczy zauważyć, gdyż wydają się mu takie banalne i zwyczajne, niegodne zainteresowania. Doskonale oddają te rozbieżności znakomite ilustracje Evy Eriksson: tata patrzy przed siebie albo w górę, na gwiazdy, pociąga go magia rzeczy odległych,  wzniosłych, zagubionych w makrokosmosie, chłopiec z kolei  rozgląda się wokół, fascynuje go dosłownie wszystko, również to, co znajduje się blisko, tuż pod nogami, najdrobniejszy element mikrokosmosu. Przyziemność też jest godna zbadania. Mały odkrywca zachwyca się źdźbłem trawy kołysanym na wietrze, pełznącym ślimakiem przyczepionym do kamienia, zaintrygowany przygląda się, jak rośnie oset na łące.
Przyziemność i wzniosłość. Tata z uniesieniem opowiada chłopcu o gwiazdach, sypie nazwami jak z rękawa, a chłopiec chłonie piękno rzeczy małych, ale niezwykłych. Kiedy tata się orientuje, że Ulf patrzy pod nogi, zwraca mu uwagę: "Masz patrzeć w górę!". Ale chłopcu wydaje się, że wszystkie gwiazdy zlewają się ze sobą. Żeby nie wydać się głupim, przytakuje tacie w jego zachwytach i uniesieniach. Ale tata zostaje szybko sprowadzony na ziemię. Wzniosłość zostaje zderzona z przyziemnością. Sacrum z profanum. Tata nie patrzył pod nogi i za karę wdepnął w... kupę. Dostało mu się za bujanie w obłokach. Taki duży, a taki niemądry. Oczywiście cała scena została potraktowana z przymrużeniem oka, ujawniając przy tym drugie dno opowieści. A po powrocie do domu chłopiec, zapytany przez mamę, jak było na wyprawie, odpowiada: "I pięknie, i śmiesznie". Dzieci wiedzą i rozumieją więcej, niż nam, dorosłym, się wydaje...
Książka została wyróżniona przez Komitet Ochrony Praw Dziecka.

wydawnictwo Zakamarki