8 czerwca 2016

Wieczór hinduski. Na marginesie książki Pauliny Wilk "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii"

Dyskusyjny Klub Książki działający przy Filii MBP w Zambrowie przyciąga coraz więcej chętnych. Z roku na rok przybywa uczestników, ciągle się rozwijamy i inspirujemy siebie nawzajem. Sięgamy po coraz ambitniejsze tytuły, na przykład po literaturę faktu, a zasmakowawszy w dobrej książce, ze zdziwieniem stwierdzamy: „Jak nam się mogły podobać babskie czytadła?!”, co nie znaczy, że i taka twórczość nie odgrywa ważnej roli. Nieśmiało zaczynamy pisać i odnosimy na tym polu małe sukcesy, o czym świadczy Recenzja Roku 2015 w Instytucie Książki autorstwa naszej klubowiczki Zyty Brysacz, która nigdy wcześniej nie pisała i nie podejrzewała siebie o takie zdolności. Spotykamy się nie tylko w klubie DKK, lecz także na innych wydarzeniach organizowanych w bibliotece i związanych z literaturą. Ona nas połączyła, ale to, co jest spoiwem naszej grupy, to poczucie przynależności do pewnej wspólnoty, jaką stanowią ludzie podzielający te same pasje, preferujący podobny styl spędzania wolnego czasu oraz zaspokajania potrzeb społecznych i kulturalnych, podobnie jak w powieści zatytułowanej „Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”, która była naszą pierwszą książką omawianą w klubie. Kiedy obserwuję naszą grupę, z niedowierzeniem stwierdzam, że australijscy naukowcy mają rację, mimo że do wielu rewelacji nowej psychologii zazwyczaj odnoszę się sceptycznie. Najnowsze badania udowodniły bowiem, że kluby książki (i inne podobne aktywności) sprawiają, że ludzie żyją dłużej. Nasz klub jest dowodem na to, że osoby, które uczestniczą w spotkaniach DKK, żyją pełnią życia oraz zarażają innych pogodą ducha, pozytywną energią i otwartością na nowe wyzwania.

Takim wyzwaniem była lektura reportażu Pauliny Wilk „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”. Początkowo docierały do mnie niezbyt pocieszające strzępy pierwszych wrażeń czytelniczych. Trudna książka, trudny temat, mnóstwo faktów, przytłaczające realia, ciężko się czyta, okrutna rzeczywistość, zbyt dużo cierpienia. Nadmiar nędzy, ubóstwa, brzydoty. Postanowiłam, że wybór lektury na kolejnie spotkanie padnie na literaturę piękną, na coś lżejszego, przystępnego, z wartką akcją i szczęśliwym zakończeniem. Na coś pokrzepiającego. Tak dla odmiany. Ale dyskusja podczas spotkania DKK rozwiała moje wątpliwości. Okazało się, że reportaż Pauliny Wilk wywarł na wszystkich ogromne wrażenie. Odebraliśmy tę książkę bardzo emocjonalnie z kilku względów. Poruszyła nas egzotyką obyczajów, odmiennością norm społecznych i realiów panujących w Indiach, tak odległych od naszej europejskiej kultury, urzekła przepychem orientu, bogactwem barw, aromatów i smaków, niesamowitą dynamiką życia i niewyobrażalną potęgą trwania w najbardziej chyba prowizorycznych warunkach, o jakich zdarzyło mi się przeczytać. Lektura okazała się bolesną podróżą do świata, w którym cierpienie jest tak powszechne jak u nas przechadzka po zakupy, obojętność na ludzką wegetację w niehumanitarnych warunkach na nikim nie robi już wrażenia, będąc elementem codziennego krajobrazu i sposobem na przetrwanie. Bród i smród są w Indiach na porządku dziennym. Religijność Hindusów jest jeszcze bardziej powierzchowna niż nasz polski katolicyzm, a różnorodność bóstw i wyznań może przyprawić niejednego Europejczyka o prawdziwy zawrót głowy. Najbardziej zabolała nas sytuacja kobiet, które w społeczeństwie kastowym i przywiązanym do tradycji nie mają tak naprawdę żadnych praw, godząc się na aranżowane małżeństwa, przedmiotowe traktowanie, a nawet ryzyko utraty życia za sprawą konwenansu, który usprawiedliwia morderstwa na tle posagu, akty przemocy wobec kobiet i dziewczynek teoretycznie zakazane od połowy XX wieku, ale wciąż praktykowane i powszechnie akceptowane.

Byliśmy zafascynowani i przerażeni zarazem. Z jednej strony żadne z nas nie chciałoby żyć w tak okrutnym, nieludzkim świecie, a z drugiej strony ta opowieść – mimo ogromu cierpienia, jakim epatuje hinduska rzeczywistość – urzekła nas i zahipnotyzowała. I to bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy masochistami. Sprawił to język Pauliny Wilk. Misternie, plastycznie, sensualnie i obrazowo odtworzona rzeczywistość stanęła nam przed oczami jak żywa. Czuliśmy smród panujący na ulicach Kalkuty, która jest jedną wielką kloaką chorób, śmierci, agonii i fekaliów, fetor zmieszany z zapachem orientalnych, pikantnych i aromatycznych potraw unoszącym się nad przeludnionym miastem, pulsującym od nieustannego ruchu ludzkiego mrowiska, pełnym ulicznych straganów wyrastających wprost pod nogami przechodniów i prowizorycznych konstrukcji, które wbrew prawom grawitacji trwają i rozmnażają się na przekór potędze śmierci i chorób dziesiątkujących nędzarzy. Nasza artystka malarka, emerytka o wielu talentach, zauważyła, że  nie tyle czytała tę książkę, ile ją oglądała obrazami. Tak wielką moc mają słowa, które Paulina Wilk z ogromną wrażliwością i maestrią nanizała na sugestywną, żywą tkankę snutej przez siebie narracji. Ta opowieść zagarnia czytelnika bezwarunkowo. Jak się okazało, są wobec niej bezbronni nawet najwięksi antagoniści, preferujący literaturę łatwą i przyjemną.

Po lekturze oprócz gorzkiego smaku cierpienia, ciężaru smutku i wewnętrznego rozedrgania od emocji pozostał w naszych sercach niewytłumaczalny niedosyt. Postanowiliśmy nie rozstawać się jeszcze z Indiami. Wpadliśmy na pomysł, aby zorganizować Wieczór Hinduski w DKK, również po to, by odrobinę rozjaśnić mroczne kulisy ślubów zawieranych w Indiach i zakończyć jakimś kolorowym akcentem naszą literacką podróż do Indii. Zaprosiliśmy miłośników Indii i kina hinduskiego na wieczorny seans DKK. Wspólnie obejrzeliśmy olśniewający wizualnie hinduski film pt. „Monsunowe wesele” Miry Nair, pachnący indyjskim kadzidłem i mieniący się kolorami Orientu, obsypany nagrodami, m.in. na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Przygotowaliśmy hinduskie przekąski, przebraliśmy się w sari, panowie zobowiązali się przynieść dhoti lub lungi, elementy tradycyjnego stroju hinduskiego. Oprócz dyskusji o książkach i filmach nawiązujących do realiów Indii mieliśmy okazję degustować przygotowane samodzielnie potrawy hinduskie oraz posłuchać muzyki hinduskiej.


Pomysł tak bardzo przypadł nam do gustu, że postanowiliśmy zrealizować cykl spotkań tematycznych: po wakacjach zamierzamy podyskutować o książkach Harukiego Murakamiego i zorganizować Wieczór Japoński w DKK. Potem będą kolejne książki, kolejni autorzy z różnych stron świata i kolejne wieczory etniczne. Od jutra zaczynam poszukiwać na Allegro japońskiego kimona, aby uczestniczyć w zapowiedzianym wieczorze w pełnym japońskim entourage’u

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Carta Blanca 2011

15 marca 2014

Bez pieprzyka. "Ja" Yanna Martela


Skuszona subtelną, metaforyczną strukturą "Życia Pi" sięgnęłam po kolejną powieść autora w oczekiwaniu na fascynującą ucztę literacką, która pozwoli mi zagłębić się w meandry ludzkiej duszy. Jakież było moje rozczarowanie... Czy to możliwe, by ten sam autor mógł napisać tak ekscytującą książkę jak "Życie Pi" i tak miałką, drażniącą i infantylną namiastkę literatury jak powieść "Ja"? 

Rzadko mi się to zdarza, ale tej książki po prostu nie doczytałam. Nie przeczę, że kilka fragmentów mnie zafrapowało: zaskakujące pytania zadawane przez dziecko dorosłym, próbującym sprostać dziecięcej dociekliwości i fascynacji światem, opis relacji międzyludzkich w elitarnych placówkach edukacyjnych, obraz środowiska dyplomacji i poziom życia ludzi pracujących w ambasadach i ministerstwach w różnych krajach, możliwość poznawania rozmaitych kultur i języków. Chyba zbyt wiele oczekiwałam od wątku zderzenia szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa z pustką osierocenia po śmierci obojga rodziców – zabrakło mi tutaj głębi, tak jakby katastrofy lotnicze były udziałem bliskich każdego dziecka mającego rodziców piastujących tak eksponowane stanowiska. Eksperymenty seksualne w dziedzinie masturbacji, które towarzyszą bohaterowi od okresu dorastania poprzez całą fabułę powieści, fiksacja na punkcie własnej seksualności, uczynienie zeń najważniejszej sfery istnienia – to wszystko wydało mi się zbyt sztuczne i zarazem monotonne, ustępując miejsca zdecydowanie bardziej autentycznej fabule osławionego "Kompleksu Portnoya" Philipa Rotha. 

Całkowicie pozbawiona motywacji jest według mnie przemiana bohatera w kobietę. Od tego momentu narracja zupełnie traci na dynamice i opowiadanie staje się płaskie i nużące jak deska do prasowania, na której od lat wymiatam tym samym żelazkiem według tego samego scenariusza, automatycznie i bez wnikania w mechanizm prasowania. Nie odkryłam w książce niczego zdumiewającego, co wytrąciłoby mnie z rutyny podążania za mało porywającym tokiem opowieści.  Zapewne dotąd nie byłam świadoma, że prasowanie to także sztuka, mało tego, nie przypuszczałam nawet, iż jej symbolika odwołuje się do mojego libido i tłumionych fantazji erotycznych. 

Powieść "Ja" polecam czytelnikom złaknionym doznań seksualnych ukazanych w różnych konfiguracjach: ja – ja, ja – kobieta, ja – mężczyzna. Samotny seks. Seks w konwencji hetero. Seks homo. Seks bi. Możliwe, że moja percepcja jest po prostu zbyt hermetyczna i zamknięta na tak rozległe eksperymenty z własną tożsamością. Czy jest to opowieść o wędrówce w głąb własnej duszy? Jeśli nawet, to pozbawiona literackiej finezji, która z dziwacznej historii o poszukiwaniu seksualnego spełnienia uczyniłaby książkę z kluczem, z duszą, a jeśli nawet nie, to przynajmniej powieść z pieprzykiem. 

3 lutego 2014

Dom zły (Gro Dahle, Svein Nyhus "Zły Pan")

Dawniej złym panem straszono niegrzeczne dzieci. Dobre dziecko nie musiało się obawiać złego pana, bo ten „porywał” tylko krnąbrne maluchy. Uosabiał zagrożenie czyhające na zewnątrz, któremu można było zapobiec. Wystarczyło obłaskawić złego pana obietnicą, że będzie się grzecznym. Kiedy jednak zły pan jest kimś z najbliższego otoczenia dziecka, zwłaszcza jeśli jest rodzicem – żadne zaklęcia i obietnice nie zdają egzaminu. Dziecko staje się coraz bardziej milczące i zastraszone. Zły pan na zawsze odbiera mu poczucie bezpieczeństwa, burzy wiarę w ład świata, w drugiego człowieka, a przede wszystkim wiarę w siebie. Dziecko maltretowane przez ojca być może nigdy nie odnajdzie swojego miejsca w życiu, a słowo dom będzie mu się kojarzyć z traumą i gehenną dorastania. O tragicznym dzieciństwie w cieniu ojca tyrana opowiada wstrząsająca książka norweskiego małżeństwa Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Książka dla dzieci, ale poruszająca trudną tematykę, wobec której nierzadko nawet dorośli czują się bezradni. 

„Zły Pan” to rewers książki zatytułowanej „Tato” autorstwa Sveina Nyhusa (polskie wydanie 2008 rok, Ene Due Rabe), z wymowną szatą graficzną, której dopełnieniem jest oszczędna w środkach wyrazu opowieść o dziecięcych fantazjach. Obie książki łączy podobna szata graficzna z postacią ojca przypominającą mitycznego giganta, tyle że w „Tacie” hiperbolizacja sylwetki ojca służy jego idealizacji, a w „Złym Panu” – demonizacji, monstrualizacji obrazu rodzica jako sprawcy przemocy.

Przejmujące ilustracje Sveina Nyhusa splecione z poetycką opowieścią o przemocy domowej przedstawionej z perspektywy dziecka mocno oddziałują na emocje. „Zły Pan” ukazuje ten bolesny temat w antybaśniowej poetyce. Monstrualna, przytłaczająca sylwetka ojca osacza i paraliżuje, potęgując uczucie narastającej traumy i zagrożenia. Czytelnikowi udzielają się emocje przeżywane przez Boja.  Chłopiec rejestruje najdrobniejsze przejawy narastającej złości ojca, która czai się tuż pod skórą jego olbrzymich dłoni i przejmuje nad nim kontrolę. Boj czuje się winny i jest gotów zrobić wszystko, byleby nie dopuścić do wybuchu gniewu ojca. Jest wyczulony na nagłe zmiany nastrojów taty, który w jednej chwili z uśmiechniętego rodzica przeobraża się w groźne monstrum, nieobliczalne i odbierające dziecku poczucie bezpieczeństwa. Boj nie rozumie, co się dzieje z tatą. Nie rozumie, dlaczego mama jest taka bezradna. Świat dorosłych wydaje się chłopcu irracjonalny jak koszmar z najgorszych snów. Tyle że wszystko dzieje się naprawdę, tuż obok chłopca, osaczając go i przepełniając trwogą. Tę fizyczność zła, namacalność i grozę sytuacji urealniają ilustracje, na których ojciec Boja upodabnia się do monstrualnego potwora o gargantuicznie wielkich łapach, olbrzymiejących z minuty na minutę niczym opętane gniewem bestie. Równie wymowna jest twarz ojca, która przeobraża się w odrażającą maskę złości. Zły Pan to tłumiona agresja, która nagle wymyka się ojcu spod kontroli. Zły Pan to ktoś silniejszy od taty, ktoś, kto ma nad nim władzę. Ktoś, kto wspina się po kręgosłupie taty, napręża jego szyję, przenika pod jego żebra. Wewnętrzne zmagania ojca Boj postrzega niczym walkę tytanów.

Konwencja okrutnej baśni, w którą została ujęta opowieść o przeżyciach chłopca, odgrywa tu ważną, terapeutyczną rolę. Zły Pan to siła potężniejsza od taty, mamy, Boja. Zły Pan to upostaciowione zło. Cała trójka jest wobec niego bezsilna. W ten sposób chłopiec usiłuje wytłumaczyć sobie to, co dzieje się w jego domu. Opowieść snuta z perspektywy Boja odsłania świadomość dziecka, które znalazło się w epicentrum przemocy. Wybuch ojca jest jak pożar, który trawi wszystko, co napotka na swojej drodze. Zły Pan pali się w jego płomieniach. Kiedy zostają po nim jedynie zgarbione plecy ojca, Boja ogarnia współczucie i żal. Zły Pan „pełznie ciasnymi tunelami i chowa się w zamkniętej piwnicy”. Tata płacze. Biedne tatusiątko. Boj czuje, że powinien o tym komuś powiedzieć, ale zarazem obawia się, że zachowa się nielojalnie wobec rodziców, którzy w jego wyobrażeniu są zbyt słabi, by pokonać Złego Pana. Równie słaby i nietrwały jest ich dom, cienki jak papier, kruchy jak szkło. Całą trójkę łączy „tajemnicza tajemnica”. Boj nieustannie się boi. Boi się taty, boi się dźwięków, ciągle nasłuchuje, czy coś nie obudzi Złego Pana. Stan osaczenia, w jakim pogrąża się chłopiec, oddaje metafora zamkniętych drzwi. „Są zamknięte, jedne za drugimi, cały długi rząd. Cały Boj jest zamknięty tysiącem zamkniętych drzwi”. Ten obraz wyraża nie tylko poczucie zagrożenia, ale też chęć ucieczki i potrzebę opowiedzenia komuś o tym, co czuje chłopiec. Tyle tylko że Boj nie może tego zrobić. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Boj czuje się nie tylko jak ofiara, ale też jak winowajca. Ucieczkę przed traumą odnajduje w fantazjach. W marzeniach bawi się z białym psem sąsiadki, która jest jedyną pozytywną postacią w tej czarnej baśni. Podczas zabawy opowiada o swoich przeżyciach. „Pies ma takie duże, miękkie uszy. I słucha nimi tak cierpliwie, aż klej na wargach Boja traci moc i słowa zaczynają wymykać się z ust”. W tej opowieści o smutnym dzieciństwie dramatyzm splata się z poetyckością, okrucieństwo z liryzmem. Przejmującego smutku nie sposób przecież wyrazić inaczej niż za pomocą języka poezji. „Boj opowiada psu. Opowiada krzakom i ptakom, trawie i drzewu. Drzewo słucha każdym jednym liściem i wznosi Boja ku wiatrowi, ku chmurom, ku niebu. – Podaj dalej – szepcze drzewo na wietrze. – Powiedz o tym. Powiedz”. Boj przecież nie może tego zrobić. Ale może o tym napisać komuś, kogo spotyka w swoich marzeniach. I Boj pisze list do Króla, uruchamiając ciąg zdarzeń ujętych w baśniowe metafory. Baśń musi mieć szczęśliwe zakończenie. Dosłowność byłaby dla dziecka trudna do przyjęcia. A zatem rozwiązanie zyskuje iście baśniową motywację. Zjawia się Król, który zabiera tatę do swojego królestwa. Dorośli zinterpretują ten obraz dosłownie: tata otrzymuje pomoc psychologiczną. Król to terapeuta, który pomoże tacie pokonać demony i uwolnić się od Złego Pana. Ostatnia ilustracja ukazuje uśmiechniętego tatę i radosnego Boja pogrążonych we wspólnej zabawie. Mały czytelnik doznaje ulgi. Pokonuje napięcie, które nagromadziło się podczas lektury książki. Wyzwala się z negatywnych emocji. Baśń o Złym Panu pozwala mu uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.

„Zły Pan” to książka bolesna, ale niosąca nadzieję. W Norwegii została wydana w ramach projektu „Świadek przemocy” i jest stosowana jako pomoc terapeutyczna dla dzieci, które doświadczyły przemocy w domu. Publikacja powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń i doczekała się ekranizacji w postaci krótkometrażowego filmu animowanego. To ważna książka, pokazująca piekło przemocy rodzinnej i jej psychologiczne skutki. Wymowne jest w tym kontekście zdanie wypowiedziane przez Boja na początku książki, kiedy jego tata wraca z pracy. Malec spogląda na ciężkie spracowane dłonie ojca, na jego imponującą posturę, i z dumą myśli: „Kiedyś będę może taki jak on”.  Ojca jednak denerwuje byle błahostka i wkrótce chłopiec czuje, że duma ustępuje miejsca przerażeniu i panice. Książka uzmysławia, że jeśli nie przerwie się milczenia, nie zareaguje, nie wyzwoli z kręgu przemocy, jej ofiara z czasem staje się winowajcą, a jako osoba dorosła zaczyna powielać zachowania rodzica i wchodzić w rolę oprawcy. Sama staje się Złym Panem.










Gro Dahle, Svein Nyhus, „Zły Pan”, Wydawnictwo Ene Due Rabe 2013 

25 listopada 2013

Na wschód od Edenu [Piotr Brysacz "Patrząc na Wschód. Przestrzeń. Człowiek. Mistycyzm"]

Recenzję dedykuję mojemu mężowi Grzegorzowi

Nigdy nie byłam w stepie, tundrę znam jedynie z programów przyrodniczych, a tajga kojarzy mi się po części z bajką, po części z gehenną kazamatów. Z miejsc, które odwiedziłam, najbardziej wschodni wydaje mi się Supraśl za Białymstokiem, mała urokliwa miejscowość usytuowana na pograniczu dwóch światów: Wschodu i Zachodu, świata łacińskiego i kultury bizantyjskiej. Jeśli kogoś fascynuje życie na styku, na pograniczu, na wieży Babel, powinien pojechać na Podlasie, na wschód od stolicy, a jeszcze lepiej – daleko w głąb Rosji. Jeśli jednak nie może się wyprawić w tak odległe rejony, niech koniecznie sięgnie po wydaną w październiku książkę Piotra Brysacza, będącą zbiorem wywiadów z pisarzami i podróżnikami zapatrzonymi we Wschód.

Gdzieś wyczytałam, że niektóre grupy etniczne na Wschodzie są praktycznie na wymarciu. W ostatnim spisie ludności przeprowadzonym w Rosji uwzględniono między innymi czterech Kereków, pięciu Kajtagców oraz sześciu Czamałałów. Jest też kilkanaście grup nieprzekraczających dwudziestu osób. Trochę to smutne. Książka "Patrząc na Wschód" przesiąknięta jest nie tylko nostalgią za odchodzącym światem ludów dalekiej Rosji, ale też barwną i żywą narracją o Rosji współczesnej, która mimo postępującej europeizacji zachowała swoje niepowtarzalne, pierwotne oblicze i unikatowy charakter. 


Książka „Patrząc na Wschód” to wyzwanie dla wyobraźni. W trakcie lektury przeżywałam natężenie wschodnich krajobrazów, przestrzeni, duchowości, mentalności, tamtejszych realiów. Dawka tego, co w opowieściach rozmówców Piotra Brysacza składa się na świat Wschodu, jest zwielokrotniona poprzez zderzenie kilkunastu sposobów doświadczania tamtej rzeczywistości. Jest wyzwaniem również w sensie mentalnym. Muszę się na nowo zdefiniować ze swoją tożsamością, kompleksami, które po lekturze mniej uwierają, bo ów Wschód, często postrzegany jako coś gorszego, zaściankowego, jako prowincja Europy, czyściec leżący na wschód od Edenu, ukazuje nagle inne twarze, których nie byłam świadoma, swoją inność, która na pewno nie jest gorsza, choćby przez kontrast z syfilizacją Zachodu, o której tak zajmująco filozofuje Mariusz Wilk, od dwudziestu lat mieszkaniec Karelii na dalekiej Północy, wagabunda, erudyta, pisarz i mędrzec. Uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę niewiele wiem o Wschodzie. Z dzieciństwa wyniosłam niechęć do tego, co „ruskie”, Wschód bowiem w tamtych czasach kojarzył mi się pejoratywnie. A oto okazuje się, że Wschód ma wiele twarzy. Można go ukazywać na rozmaite sposoby: jako przestrzeń nieoswojoną, nieokiełznaną, ale pociągającą, egzotyczną, mozaikową, bo utkaną z wielokulturowości, jako przeciwwagę zachodniego konsumpcjonizmu, świat bliższy naturze, sprzężony z surowością przyrody, bardziej pierwotny, nieucywilizowany, autentyczny. Przywykliśmy spoglądać na Wschód przez siatkę uprzedzeń. Trudno jest uciec od politycznych zaszłości, które determinują nasze postrzeganie Rosji jako imperium ekspansji, zagrożenia, dominacji, totalitaryzmu, jako „inny świat”, „nieludzką ziemię”, przesiąkniętą krwią i łzami zesłańców, skażoną stereotypem ruskiej dziczy. Książka Piotra Brysacza prowokuje do sięgnięcia głębiej, pod naskórkowość stereotypów. Wyzwala też impuls do przeczytania reportaży na temat Rosji autorstwa rozmówców, których Piotr pytał o Wschód, o wschodnią duszę, o to, gdzie przebiega granica między Wschodem i Zachodem, o polskość, na którą spogląda się ze Wschodu, o rosyjskość i ruskość postrzeganą na różne sposoby: przez nas, Polaków, ale też przez reprezentantów nacji, które wchłonęła Rosja sowiecka. Pytał o skłonność ludzi Wschodu do mistycyzmu, która przybiera różne oblicza: kultów religijnych, szamanizmu, sekciarstwa, wiary w objawienia samozwańczych proroków, w uzdrowicieli, jasnowidzów. Pytał o krajobrazy wyrastające z nicości i bieli w bezkresnej panoramie dalekiej Północy, wobec otchłani których człowiek może się pojednać z pierwotną, surową przyrodą, schodząc do samego jądra życia, ale też poczuć pragnienie, by szukać Boga i próbować odnaleźć samego siebie. 


Książkę Piotra Brysacza czyta się na zasadzie lektury otwartej, która nie kończy się wraz z dotarciem do ostatniej strony, ona tak naprawdę dopiero się zaczyna. W mojej świadomości nakładają się na siebie rozmaite topografie i mapy Wschodu, przesuwają się granice, jedne ulegają unicestwieniu, inne uwyraźnieniu. Pod obstrzałem pytań znalazły się stereotypy, które odnoszą się do postrzegania tego, co znajduje się po prawej stronie mapy. „Patrząc na Wschód” to książka magiczna, refleksyjna, dociekliwa, prowokująca nie tylko do odnalezienia w sobie wschodniej tropy, która wiedzie nas ku „białej gorączce”. Obcując z ludźmi wrośniętymi w pejzaż rozciągający się umownie po prawej stronie mapy, wsłuchując się w ich opowieści o Rosji, o Kaukazie, o Syberii, o Jakucji, o dalekiej Północy, możemy podjąć próbę dookreślenia własnej tożsamości, własnych horyzontów, co uwypukla trafny podtytuł książki: przestrzeń, człowiek, mistycyzm... Na Zachodzie mistycyzm wypierany jest przez konsumpcjonizm, na Wschodzie, gdzie nie ma tak rozwiniętej komercjalizacji życia, jego realia są bardziej surowe, pierwotne, sprzyjają otwartości na to, co duchowe, pozamaterialne. 


Biało-barwna, wielokulturowa peregrynacja na prawą stronę mapy, szlakiem bohaterów książki, wydobywa z letargu kilka istotnych pytań, na które często pozostajemy głusi w świecie zachodniej rzeczywistości rozpiętej między produkcją i konsumpcją dóbr materialnych. Jak smakuje czerstwy rosyjski chleb, ten prawdziwy, nie z hipermarketu, tak prawdziwy, jak prawdziwi są ludzie z Północy i jak prawdziwe jest tamto życie? Jaki zapach wypełnia surowy w swej prostocie czum, dom, w jakim się mieszka w tajdze? Jakie to uczucie: siedzieć przy ognisku i otulać się skórą renifera, rozgrzewając w cieple bijącym z paleniska dłonie skostniałe na pięćdziesięciostopniowym mrozie? Co jest prawdą, a co iluzją? Co bardziej unieszczęśliwia: niedosyt czy nadmiar rzeczy? Czym jest droga? Czym jest dom? Co jest istotą życia? I jaki horyzont jest mi bliższy: zachodni czy wschodni. Duch czy materia? Być czy mieć?

Piotr Brysacz, Patrząc na Wschód, Fundacja Sąsiedzi 2013

19 marca 2013

Czarny murzyn z ognistej Afryki. "Kawa" Božidara Jezernika

W minioną sobotę, 16 marca, Dyskusyjny Klub Książki obchodził jubileusz powstania. W marcu mija bowiem rok od inauguracyjnego spotkania DKK dla dorosłych. Dla uczczenia rocznicy istnienia klub książki zorganizował dyskusję literacką w Cafe Muza. Spotkaniu towarzyszyła muzyka z motywem kawy, filiżanki i kawiarni, nierzadko inspirowana lekturą książki zatytułowanej „Kawa” autorstwa słoweńskiego antropologa Božidara Jezernika, bohaterki sobotniej dyskusji literackiej. 

Najważniejszy kawowy motyw muzyczny przewijający się zarówno na kartach eseju Jezernika, jak i rozbrzmiewający w tle spotkania został zaczerpnięty z nieznanej szerszej publiczności żartobliwej „Kantaty o kawie” Jana Sebastiana Bacha. Aby dopełnić kawowej i literackiej uczty, podczas spotkania DKK zorganizowano degustację wyśmienitej, szlachetnej kawy, którą na różne sposoby przyrządzał dla uczestników spotkania gość specjalny, właściciel sklepu Świeżo Palona. W ruch poszły rozmaite kawowe akcesoria: młynek żarnowy, który pozwala wydobyć z kawy najpełniejszy smak, AeroPress, dripper. 
Ponoć tylko ręczne mielenie kawy pozwala na zachowanie jej niepowtarzalnego aromatu, stąd przyrządzanie naparu z kolejnych gatunków kaw zamieniło się w prawdziwy rytuał, a gość specjalny uwijał się przy barze niczym kahwedżibasza, o którym można przeczytać w książce Jezernika. 
Kenia, Zimbabwe, Malawi czy Salwador to nie tylko nazwy egzotycznych krain, do których w swej opowieści o kawie zabiera czytelników autor książki, ale też nazwy kaw, których mieli okazję spróbować członkowie DKK. Rozcierając w palcach startą skórkę pomarańczy lub cytryny i wąchając ich zapach bądź próbując odrobiny gorzkiej czekolady, migdałów czy suszonych jabłek, można się było przekonać, jaki zapach i smak najlepiej eksponuje walory kawy łagodnej, o niskiej kwaskowatości i lekkim owocowym aromacie, a jaki pasuje do kawy mocnej, wytrawnej, o wyrazistym smaku i głębokim aromacie. 
W kawiarnianej atmosferze przy filiżance znakomicie przyrządzonej kawy uczestnicy spotkania zgłębiali tajniki „piekielnego naparu”, konfrontując swoje wrażenia z opowieścią autora książki pt. „Kawa”. Jeśli któryś z gości zdradzał się ze swoją niechęcią do kawy, jej amatorzy przytaczali co ciekawsze anegdotki z książki Jeziernika, próbując nakłonić oponenta do skosztowania „czarnego murzyna z ognistej Afryki”. Jak przekonuje autor, powołując się na liczne teksty źródłowe, barwne legendy, traktaty o kawie i relacje podróżników odwiedzających kraje Arabii Felix, kawa to napój o wyjątkowych właściwościach. Świadczą o tym fascynujące opowieści. Oto kilka z nich. Pewnego razu, gdy prorok Mahomet poczuł się bardzo zmęczony i wyczerpany, na rozkaz Wszechmogącego zjawił się archanioł Gabriel i przyniósł nieznany napój, który był tak czarny, jak czarny jest kamień wbudowany w narożnik Kaaby w Mekce. Jego nazwa brzmiała kahwa lub kahve, to, co orzeźwia, to, co wzmacnia. Mahomet, kiedy wypił ten cudowny napój, poczuł się na tyle silny, by zwalić z konia czterdziestu mężów i posiąść czterdzieści kobiet. W Turcji kawa jest tak ważna w interesach jak same interesy. Jest napojem narodowym, traktuje się ją bardzo serio. We Francji w XVIII wieku kawa uchodziła za intelektualną pożywkę. Słowa kawa i oświecenie były praktycznie synonimami. Niejaka Elizabeth Durieux wypijała każdego dnia czterdzieści filiżanek kawy do sto czternastego roku życia. W Skandynawii pije się ją tuż przed pójściem do łóżka – by lepiej spać. 

Z okazji rocznicy istnienia DKK uczestnicy spotkania spróbowali też po kawałku specjalnie przygotowanego na tę okoliczność tortu udekorowanego emblematem DKK. 
Jak się okazuje, książki nie tylko poszerzają horyzonty oraz zaspokajają potrzeby intelektualne i duchowe, ale też pozwalają na integrację ludzi o podobnych zainteresowaniach, podzielających zamiłowanie do czytania i dyskutowania o literaturze, co jest szczególnie inspirujące w czasach, kiedy czytelnictwo ponoć upada. Dyskusyjne Kluby Książki wskazują raczej na coś zupełnie przeciwnego.








2 lutego 2013

Dyskusyjny Klub Książki versus Klub Filmowy [na marginesie powieści Gilmoura]

Kto by pomyślał! Idąc na spotkanie DKK i kłócąc się w myślach z Davidem Gilmourem, autorem i narratorem "Klubu filmowego", nie przypuszczałam nawet, dokąd zaprowadzi nas dyskusja nad powieścią. Czy ukłon w stronę sztuki filmowej nie zostanie odczytany jako zdrada? Książka kontra film. Sztuka słowa versus kinematografia. Okazało się jednak, że idea koegzystencji i przenikania się sztuk znalazła swoje uwiarygodnienie w naszej małej książkowej społeczności. Po spotkaniu postanowiliśmy rozszerzyć naszą aktywność o założenie klubu filmowego. Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Ha! Czyż to nie dowód na to, że ta książka zasługuje na uwagę? 

Powieściowy "Klub filmowy", jeśli nawet nie porwał wszystkich walorami literackimi, dramaturgią i głębią psychologicznej analizy, zauroczył nas swą idée fixe. Udzieliła nam się magia kina. Możliwe, że czuliśmy niedosyt. Były momenty w książce, kiedy brakowało nam pełniejszego wglądu w problematykę filmów oglądanych przez Jessego i Davida. Niektóre zostały zaledwie muśnięte, rozbudzając nasze apetyty na ich obejrzenie. Ale czyż dzięki temu książka nie zyskała na atrakcyjności? Czasem, tak jak to czynił David w trakcie dyskusji z Jessem, lepiej nie zdradzać za wiele, nie mówić za dużo, w porę ugryźć się w język, by nie przytłaczać własną erudycją, lecz pozwolić przemówić emocjom swojego adwersarza. Po ostatnim spotkaniu DKK chciałoby się powiedzieć o powieści Gilmoura: to kawał dobrej literatury, ale zamiast tego ciśnie mi się na usta: to kawał dobrego kina. Filmowa retrospektywa. Podróż do źródeł kinematografii. 
W recenzji zatytułowanej "Czterysta batów", napisanej tuż po ukazaniu się powieści, dałam upust emocjom wywołanym lekturą. Moja uwaga skupiła się na aspektach wychowawczych, które obok tematyki filmowej stanowią główną problematykę książki. Niektórzy z pewnością stwierdzą sardonicznie: przecież ta książka jest antywychowawcza i niepedagogiczna. David nie jest wzorowym ojcem, to antyrodzic – parafrazując słynnego "antychrysta". No bo jak to! Przecież sam proponuje nastolatkowi, by rzucił szkołę. No dobrze, ale takiej empatii i wyczucia chwili można mu pozazdrościć. We właściwym momencie, zanim będzie za późno, rzuca tonącemu koło ratunkowe. Pozwala mu na poufałość i kumpelskie rozmowy. O czym? O seksie, dragach, kobietach, piciu, wagarowaniu, kontestacji, uczuciowych drogach i bezdrożach, damsko-męskich klęskach i podbojach. Ale dlaczego nie? Może właśnie w tym szaleństwie jest metoda... Jeśli David trzymałby się kurczowo stereotypu nobliwego, surowego rodzica będącego ostoją moralności, zamiast pokonywać bariery dzielące ojca i nastoletniego syna oraz krok po kroku zbliżać się do jego świata, czułby się coraz bardziej z niego wykluczany. Zaskoczyła mnie szczerość w ich wzajemnych relacjach, zauroczyły szacunek, akceptacja i zaufanie. Nawet jeśli postawa Davida jednych zirytuje i zbulwersuje, innym może zaimponować. W naszej dyskusyjnej grupie zdania były podzielone. Na mnie wybór Davida podziałał inspirująco. Uświadomiłam sobie, że hipokryzja to niebezpieczna metoda wychowawcza, która w wielu rodzinach zniszczyła relacje między nastolatkami i rodzicami. Przecież nikt nie jest doskonały. Niejeden dorosły, cieszący się w swoim środowisku uznaniem i estymą, ma poza sobą młodość chmurną i durną. Jeśli stać go na odwagę, by być sobą w relacji z dorastającym dzieckiem i nie kreować się na kogoś lepszego, niż się jest w rzeczywistości, to można mu jedynie pogratulować autentyzmu i  pokory wobec siebie, ale też wobec nastolatka. 

"Bo ja w twoim wieku..." Któż z nas nie był raczony w dzieciństwie podobnymi paralelami, które młodym ludziom podcinają skrzydła i sprawiają, że czują się głupsi, gorsi, bezwartościowi. David stawia na bycie sobą i prawo do popełniania błędów. Poświęca Jessemu cały swój czas. Dając mu wolność, zawierza mu bezgranicznie. Czy Jesse zdaje sobie z tego sprawę? Czy jest świadomy, że w sytuacji, w jakiej się znalazł, staje się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za ojca? Dojrzewanie to pasmo błędów i klęsk. Tak jak rodzicielstwo. Ale najważniejsze jest zaufanie. Nawet jeśli chwilami wydaje się, że nawzajem siebie zawiedliśmy. I rodzic syna, i syn rodzica. Czy istnieje wychowanie bez porażek? Chyba tylko w teorii. Z takich porażek krystalizuje się bowiem wzajemna relacja. Zdolność do wybaczania, akceptowania – i zdolność do skruchy, do ponoszenia konsekwencji, wyciągania wniosków. Porażki stają się próbą charakteru.  Właśnie na tym polega zwycięstwo Davida jako ojca. Dał sobie i Jessemu prawo do popełniania błędów. Akceptacja siebie nawzajem, z bagażem ułomności i słabości, ale też umiejętność przebaczania, godzenia się ze sobą i ze światem, scementowały ich relacje. Ale to nie wszystko. Młody człowiek oprócz bezwarunkowej akceptacji ze strony ojca otrzymuje jeszcze coś bezcennego. David zdaje się na intuicję, na rodzicielski instynkt i miłość do syna. Nie chce wywierać na niego presji. Wzdraga się przed zastraszaniem go, zmuszaniem do czegokolwiek. Zdaje sobie sprawę, że takie działania mają charakter doraźny i mogą być tragiczne w skutkach. Zamiast desperacji szuka w sobie miłości do dziecka. Zamiast poddawać się uczuciu rozczarowania, poszukuje alternatywy. Rozwiązania problemu, a nie jego eskalacji. Z godną pozazdroszczenia odwagą pozwala synowi dokonać samodzielnego wyboru. Ale nie pozostawia go samego z tą decyzją. Proponuje mu edukację filmową. Najgorszym rozwiązaniem byłaby bowiem bezczynność. Jako krytyk filmowy i dziennikarz może zaoferować Jessemu swoją pasję, wiedzę i doświadczenie. Jesse może rzucić szkołę, ale musi zgodzić się oglądać z ojcem trzy wybrane przez niego filmy tygodniowo, przyjąć jego warunki i wziąć na siebie odpowiedzialność za dotrzymanie słowa. 
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Aż trudno w to uwierzyć. I co poniektórzy dali temu wyraz. Ktoś zakwestionował rzetelność w ukazywaniu faktów. Możliwe, że zostały podkoloryzowane. Podbarwione dobrymi intencjami. Myślę jednak, że nie to jest najistotniejsze. Bez względu na to, czy wszystko to prawda czy fałsz, ta historia wywołuje emocje. Prowokuje do dyskusji. Czasem zmusza do zweryfikowania własnych metod wychowawczych, do odnalezienia w sobie iskierki pokory. David wbrew pozorom nie jest antywzorcem rodzica. Sądzę, że można się od niego wiele nauczyć. Jak nie przedobrzyć. Nie powiedzieć za dużo o jedno słowo. Jak przyznać się do porażki i nie stracić do siebie szacunku, jak się nie poddawać, mimo poczucia, że wszystko zawiodło, i trzymać się raz obranego kierunku, który prowadzi do celu, nawet jeśli momentami się błądzi. A przede wszystkim – że warto zaryzykować. Że czasem trzeba postąpić zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, nie rozum. I że z roku na rok nasze dzieci są coraz doroślejsze i coraz bardziej niezależne, ale jeśli było się zawsze z nimi, a nie przeciwko nim, to bez względu na okoliczności one odpłacą nam szczerą miłością, lojalnością i wdzięcznością. I to jest piękne! I za to cenię Davida, "Klub filmowy" i jego pomysł na edukację syna. Edukację w szerokim znaczeniu. Filmową, duchową, intelektualną, artystyczną – i koniec końców życiową. To była trudna, ale motywująca lekcja dojrzewania. Warto było ją przeżyć razem z Jessem.


David Gilmour, Klub filmowy, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Dobra Literatura 2011





19 stycznia 2013

O kronikarzu, jego studni, ptaku proroku i czerwonym kapeluszu [Haruki Murakami, "Kronika ptaka nakręcacza"]


Maligna. Halucynacje. Delirium. Postępująca izolacja od realnej rzeczywistości... Jeśli zależy ci za zachowaniu status quo i niczym niezmąconej beztroski – poczucia komfortu i błogostanu – strzeż się „Kroniki ptaka nakręcacza”. Po lekturze tej najdziwniejszej z powieści autora, jakie być może do tej pory przeczytałeś, nie pozostanie ci bowiem nic innego, jak wybrać się na poszukiwanie wyschniętej studni i wzorem bohatera zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem oraz stanąć oko w oko z najgłębszą otchłanią własnej świadomości. A jeśli jeszcze zapuścisz się w jej najintymniejsze zakamarki, przygotuj się na to, że nic w twoim życiu nie będzie już takie, jak było. Z równowagi może cię wyprowadzić dzwonek telefonu. Możliwe, że po drugiej stronie odezwie się tajemnicza kobieta, której niespodziewany telefon do Tōru Okady wywołał lawinę absurdalnych sytuacji, rozrastających się niczym tunele w podziemnym labiryncie. Jeśli przypadkiem zajdziesz do pobliskiej kafejki na kawę, może ciebie zaskoczyć towarzystwo Japonki w czerwonym plastikowym kapeluszu, która przysiądzie się do twojego stolika, by w enigmatycznych słowach zakomunikować ci o czymś, co się niebawem wydarzy w twoim życiu, wprawiając w ruch przędzę przeznaczenia. Kreacja Malty Kanō, obdarzonej darem przepowiadania przyszłości, oraz postać jej siostry Krety tworzą ekstrawagancką wariację na temat roli, jaką w kulturze europejskiej odgrywały boginie przeznaczenia czuwające nad porządkiem świata. Tyle że w powieści Murakamiego porządek świata zostaje zachwiany, wymykając się jakimkolwiek próbom obłaskawienia losu – oswojenia nieoswajalnego – podejmowanym przez bohatera. Wymowne są imiona sióstr Kanō: Malta i Kreta. Nazwy odsyłające do wysp usytuowanych w basenie Morza Śródziemnego stanowią trop wskazujący na źródło, z którego można czerpać inspirację, zastanawiając się, w co Murakami gra z czytelnikiem. Oto rekwizyty, w które wyposażył pisarz obie siostry: Malta nosi czerwony, plastikowy kapelusz, z kolei ubrania i makijaż Krety przywołują styl lat 60. Czyżby czerwony plastikowy kapelusz Malty symbolizował ekspansję kultury masowej, podobnie jak sztuczne rzęsy Krety, jej fryzura i ubrania w stylu Jacqueline Kennedy? Jaką rolę odgrywa w powieści pan Honda, którego postać Murakami kreuje na współczesnego  Terezjasza? Ongiś odsłonił on przed Edypem jego przeznaczenie, a im bardziej mitologiczny bohater chciał uniknąć spełnienia się tragicznej przepowiedni, tym bardziej zbliżał się do jej urealnienia. Od losu bowiem nie ma ucieczki. Zdaje sobie z tego  sprawę Tōru Okada, który stawia mu czoło, brnąc coraz dalej w labirynt niedorzeczności i dążąc do konfrontacji ze swoim przeznaczeniem. Bo jeśli nie uczyniłby tego, los i tak prędzej czy później zadrwiłby z niego okrutnie. 

Znalezienie klucza do powieści Murakamiego nie jest łatwe, odnoszę wręcz wrażenie, że „Kronika…” jest książką niepoddającą się jednoznacznym interpretacjom. Murakami snuje swoją abstrakcyjną opowieść, wprowadzając coraz to nowe postacie, jeszcze bardziej irracjonalne niż wykreowane wcześniej, i tworząc coraz to bardziej absurdalne scenariusze zdarzeń. Kiedy absurd osiąga apogeum i wydaje się, że lada moment znajdziemy motywację dla zaistniałych zdarzeń, trop się urywa i wracamy do punktu wyjścia. Im bardziej bohater nie rozumie rzeczywistości, wobec której postawił go ślepy los, tym silniejsze odczuwa pragnienie, by się z nią zmierzyć, by ją sobie podporządkować, a im bardziej okazuje się ona nieoswajalna, z tym większą determinacją Okada usiłuje przezwyciężyć poczucie absurdu, na jakie skazuje go rozszalała sprężyna zdarzeń. 

„Kronika ptaka nakręcacza” to najbardziej europejsko-amerykańska z powieści japońskich, jakie trafiły dotąd w moje ręce. Bohater słucha muzyki europejskich i amerykańskich kompozytorów i jaazmanów: m.in. Rossiniego, Beethovena, Bacha,  Percy’ego Faitha, Milesa Davisa, Albeta Aylera czy Cecila Taylora, czyta europejskich i amerykańskich pisarzy, ze szczególnym upodobaniem do Kafki i Hemingwaya, ogląda amerykańskie filmy. Europejskie korzenie zdradzają liczne aluzje mitologiczne, zaczerpnięte z kultury śródziemnomorskiej i budujące warstwę filozoficzną powieści. Przemieszanie japońskich realiów życia i motywów zaczerpniętych z filozofii egzystencjalnej oraz mitologii greckiej tworzy literacką multimozaikę, która jednych może zauroczyć, u innych z kolei wzbudzić jedynie sceptyczny uśmiech politowania. Na potrzeby surrealistycznego świata, wykreowanego w „Kronice…”, Murakami w zaskakujący sposób dekonstruuje starożytne mity i archetypy. Dla laika te aluzje mogą pozostać nieczytelne, co może skutkować wzruszeniem ramion zniechęconego czytelnika i zbesztaniem w myślach autora nieszczęsnej „Kroniki…”. A może jednak warto dać mu szansę? Może ta paranoiczna, surrealistyczna, kafkowska w swej absurdalności historia ma jakiś sens? Dla mnie ważnym sygnałem do podjęcia gry, w którą Murakami gra z czytelnikiem, była narzucająca się analogia między narratorem „Kroniki…” i bohaterami powołanymi do istnienia przez mistrzów literatury europejskiej: Różewicza, Kafkę, Camusa. Zanim Tōru Okada zostaje wytrącony z jałowego rytmu dotychczasowej egzystencji, w swej bierności przypomina  bohatera „Kartoteki”. Jest tak samo jak on bezbarwny, szary i zwyczajny. Z chwilą jednak, gdy w jego codzienność wkracza rzeczywistość niczym z  sennego koszmaru, mężczyzna podejmuje walkę z osaczającym go absurdem, tak jak uczynił to Józef K., którego świadomość w zetknięciu z łańcuchem niewytłumaczalnych sytuacji nagle zaczyna się budzić z letargu, a on chce zrozumieć, dlaczego dzieje się to, co się  dzieje, i kto uruchomił machinę zdarzeń, w obliczu których porywa go nieznana mu dotąd motywacja do działania. Tak naprawdę nie jest w stanie zgłębić istoty tego, co go spotyka, może jedynie to zaakceptować i pogodzić się z faktem, że jest igraszką w rękach siły znacznie potężniejszej niż on. Wędrówka Tōru Okady, błądzącego pomiędzy jawą i snem w poszukiwaniu zaginionej żony, przypomina również historię mitologicznego Orfeusza. W takim kontekście opowieść o schodzeniu bohatera do studni, by dotrzeć tam, dokąd nie ma dostępu nasza racjonalność, nabiera sensu. Tak jak nabiera sensu mozolna wspinaczka Syzyfa uginającego się pod ciężarem olbrzymiego głazu, jaką podejmuje ten mitologiczny bohater, próbując przechytrzyć bogów – mimo że po kilku nieudanych próbach zyskuje świadomość, że jego trud jest jałowy i z góry skazany na klęskę. A jednak nie pozostaje mu nic innego, jak trwać przy swoim kamieniu w poczuciu dramatycznej konieczności podejmowania ciągle od nowa tytanicznego wysiłku, by przezwyciężyć ironię losu, oswoić to, czego nie da się oswoić, uwolnić się od absurdu, od którego nie można się uwolnić. 

Tōru Okada ze swoją nierzeczywistą historią może zostać odebrany przez wielu czytelników jedynie jako bohater niedorzecznej książki Murakamiego. Ale jeśli damy się porwać iluminacyjnej strukturze opowieści i zejdziemy na samo dno wyschniętej studni, która otwiera nas na zupełnie inną perspektywę postrzegania rzeczywistości, po zakończeniu lektury znajdziemy się w miejscu, do którego nie dotarlibyśmy bez Tōru Okady, nasłuchującego ostrego głosu tajemniczego ptaka nakręcacza. Rutyna usypia świadomość, z kolei stanięcie oko w oko z nieprzewidywalnością i nieoswajalnością świata sprawia, że budzą się w nas te głębiny naszej świadomości, na które dotąd pozostawaliśmy głusi. Może warto doświadczyć tej dziwnej podróży wraz z bohaterem Murakamiego, by nagle odkryć w sobie zupełnie nieznane krajobrazy.




Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, tłum. A. Zilińska-Elliott, Muza 2012

10 stycznia 2013

Było sobie miasteczko [J.K. Rowling, "Trafny wybór"]

Jeśli chciałbyś zamieszkać w małym, uroczym, angielskim miasteczku, możliwe, że wybrałbyś Pagford. To miejsce w sam raz dla kogoś, kto ceni sobie spokój i miłych sąsiadów. Zapewne wprowadzisz się do jednej z eleganckich wilii przy Church Row, stromej uliczce, przy której stoją najdroższe domy, będące ucieleśnieniem wiktoriańskiej solidności i komfortu. Nieopodal wznosi się śliczny neogotycki kościółek, usadowiony na rynku z pięknym widokiem na ruiny starego opactwa. Nieco dalej znajduje się klub golfowy i klubowa restauracja. Tylko dla członków klubu. Brzmi kusząco? Mając do dyspozycji tyle atrakcji, zarezerwowanych dla ludzi z klasą, możesz poczuć się pełnowartościowym członkiem społeczności Pagford. Witaj w klubie! Jeśli gardzisz szkolnictwem publicznym – zwłaszcza że państwowa szkoła średnia Winterdown mieści się na przedmieściach brzydkiego osiedla Fields zamieszkałego w większości przez rodziny patologiczne – możesz posłać swoje dzieci do prywatnego liceum. W końcu komfort i poczucie luksusu to coś, co się należy tobie i twojej rodzinie. A Pagford to nie jakieś tam Fields. 

Jeśli bliskie są tobie takie kategorie myślenia, wśród nowych sąsiadów poczujesz się jak ryba w wodzie.  Będziesz mógł bez poczucia dyskomfortu pławić się w obłudzie, hipokryzji, biorąc za dobrą monetę błysk samozadowolenia, który rozświetla oblicza tej „lepszej” części mieszkańców Pagford. Kochasz pozory? Dwoistość moralna to twoja mantra? Zapraszamy do Pagford. A jeśli jeszcze odnajdziesz w sobie ambicję, by ubiegać się o miejsce w radzie miasta, trafiłeś na doskonały moment. Właśnie odszedł jeden z włodarzy, niejaki Barry Fairbrother. Ale bądź czujny. Na wolny wakat ostrzy pazurki kilku innych pagfordczyków. Śmierć Barry’ego, podobnie jak przepowiednie czarownic w „Makbecie”, obudziły w niektórych mieszkańcach niebezpieczne ambicje, do tej pory uśpione. Poczucie władzy. Co takiego kryje się w jego mrokach, że nagle w zetknięciu z nimi w ludziach budzą się demony? 

Jeśli jednak gardzisz mentalnością pagfordczyków, poczujesz dreszcz zniesmaczenia. Pewnie myślisz, że jesteś kimś lepszym, że drzemią w tobie pokłady bezinteresownej potrzeby zrobienia czegoś dobrego dla społeczności miasteczka. Możliwe. OK. Nie mam prawa ciebie oceniać, chociaż w tym małym światku, w którym z taką nieskrępowaną swobodą rządzą pozory, można się pogubić. Urocze małe Pagford, jak każde małe miasteczko, ma swoje ciemne strony. Dumni pagfordczycy udają, że one nie istnieją. A może nie udają... może hipokryzja wżarła się w ich dusze tak głęboko, że autentycznie są przekonani, iż wszystko, co ich dotyczy, jest tylko dobre i godne, a to, co brzydkie i paskudne, odnosi się do Fields. A przecież tam mieszkają inne rodziny, pozostawiona sama sobie młodzież, zwichnięci ludzie, ci najbardziej doświadczeni przez życie, wobec których los nie był tak łaskawy jak wobec mieszkańców dobrej dzielnicy w Pagford. Zmagają się z patologiami, alkoholizmem, narkomanią, prostytucją... 

Śmierć Barry’ego ujawnia antagonizmy, które dzielą radę miasta. Barry, pochodzący z biednego Fields, jest przykładem człowieka, któremu się udało. Odniósł sukces. Spełnił swoje marzenia. Stał się szanowanym, zamożnym obywatelem, który wyrwał się ze środowiska podcinającego skrzydła młodym ludziom i skazującego ich na degrengoladę. Mało tego. Nie obrósł w piórka, nie odciął się od swojej przeszłości, nie zapominał o swoich korzeniach. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Wielu innych zamożnych mieszkańców chełpiących się posiadaniem willi w dobrej dzielnicy i luksusowego auta nie przyznaje się do swojego dzieciństwa spędzonego w biednym osiedlu na przedmieściach. Barry jest inny. Jego społecznikowskie zapędy drażnią część radnych, którzy próbują odciąć się od Fields, pozbyć się problemu, zamiast szukać sposobów jego rozwiązania. Jeśli Fields zostanie administracyjnie odcięte od Pagford i włączone do biednego Yarvil, z budżetu miasta znikną środki na pomoc narkomanom i rodzinom patologicznym zamieszkującym Fields. To już nie będzie problem Pagford.  Kto będzie finansował ośrodek pomocy społecznej... Co się stanie z ludźmi, których próbują resocjalizować pracownicy socjalni... 

Bogaci i biedni. Żyją obok siebie, ale na zupełnie innych archipelagach. Pozornie nic ich nie łączy, a dzieli mur obojętności i pogardy. Patrząc na mieszkańców Fields, pagfordczyk może sycić się poczuciem swojej wyższości. Jest kimś lepszym. Ma wszystko. Ma szacunek, bo posiada pieniądze, władzę, prestiż. Ale ileż w tym zaślepienia, pychy, egoizmu i samozadowolenia, od którego aż mdli postronnego obserwatora, dostrzegającego, że właśnie ci bogaci są odpowiedzialni za rzeczywistość, w której żyjemy. Oni mogą więcej. Ale wygodniej jest zamknąć się we własnym światku i udawać, że problemy świata mnie nie dotyczą. Przymykać oczy na wynaturzenia, które dzieją się gdzieś poza murami naszego domu. Czyżby? Sytuacja wcale nie wygląda tak pięknie, jakby się mogło wydawać. Śmierć Barry’ego staje się początkiem niespodziewanych wydarzeń, w efekcie których na światło dzienne wychodzą różne ciemne sprawki. Okazuje się, że każdy ma coś na sumieniu. W każdej rodzinie, nawet tej jak z reklamy, kryje się jakiś mroczny, wstydliwy cień. Ale lepiej jest go nie dostrzegać, udawać, że nie istnieje, albo po prostu trwać w nieświadomości, skupiając się na sobie, i to do tego stopnia, że rani się najbliższych. W dobrych rodzinach dzieją się złe rzeczy. Córka bezkompromisowej pani doktor, wrażliwa i odrzucona Sukhvinder, nie akceptując swojej inności, ulgę znajduje w samookaleczaniu się. Jej samotność jest rozpaczliwa, ale rodzice, oboje lekarze, niczego nie dostrzegają. Fats, przybrany syn dyrektora szkoły i szkolnej pedagog, czerpie satysfakcję ze znęcania się nad innymi. To daje mu poczucie siły. Pozwala uniknąć kompromitacji, a dla nastolatka kompromitacja to najgorsze piętno. Swoją słabość skrywa pod maską przemocy. Z kolei matkę, doświadczoną pedagog, przytłaczają zarówno problemy rodzinne i wieczne konflikty ze zbuntowanym nastolatkiem, jak i problemy zawodowe. Przerażające są jej bezsilność, bezradność, brak działania, tak w domu, jak i w szkole, gdzie jej podopieczni to głównie młodzi ludzie z Fields. Pracownicy socjalni z ośrodka wsparcia również wydają się opieszali w swoich działaniach, a procedury są ważniejsze niż żywy człowiek. A wystarczy okazać ludzkie zainteresowanie, autentyczną życzliwość i wiarę w drugiego człowieka, by coś drgnęło. Tak jak uczynił to Barry. To jedyna pozytywna postać w tej książce. Pojawia się na kilku pierwszych stronach, by w prologu zejść ze sceny i swoją niespodziewaną śmiercią zasiać zamęt w Pagford. Świat dorosłych ukazany w powieści to w pewnym sensie świat mugoli z „Harry’ego Pottera”, a kreacja Barry’ego Faithbrothera jest nacechowana symbolicznie: to dorosły czarodziej, ale daleki od  konwencji fantasy, obdarzony magią dziecięcej autentyczności, charyzmą i wiarą w ludzi młodych oraz w siłę marzeń. To piękna znacząca postać, drogowskaz dla rodziców, nauczycieli, pracowników socjalnych, pedagogów, radnych i wszystkich ludzi, na których spoczywa odpowiedzialność za przyszłość młodego pokolenia, a co za tym idzie za losy świata.

W powieści Rowling mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, którego autorka wykreowała w przekonujący i realistyczny sposób. To małomiasteczkowa społeczność, z jej przywarami, małostkowością, egoizmem,  snobizmem, samouwielbieniem. Jednocześnie udało jej się z tej społeczności wyodrębnić poszczególne postacie, pokazać motywy ich działań, psychologiczne mechanizmy ich zachowań, uczuciowe deficyty i niedostatki, które stają się motorem ich frustracji, rozczarowań, a w końcu życiowych dramatów. Szczególne miejsce zajmują w powieści młodzi ludzie, którym autorka poświęciła wiele uwagi. Stworzyła wiarygodnych bohaterów, którzy stają się nam bliscy jak żywi ludzie. Zaglądamy pod podszewkę ich tęsknot, lęków, obsesji, by ulec podszeptom współczucia, przerażenia, czasem doznać ulgi, czasem odnaleźć wątłą iskierkę nadziei, która tli się w zakończeniu książki. Aby mogła zaistnieć, musiało dojść do tragedii, której można było uniknąć, gdyby inni pagfordczycy potrafili zauważyć drugiego człowieka, wznieść się ponad własne problemy, animozje, uprzedzenia, egoizm. Stajemy się świadkami wstrząsających wydarzeń, ku którym autorka prowadzi nas niczym w tragedii antycznej. Na końcu doznajemy katharsis,  ale też otrzymujemy surową lekcję. Ja także jestem odpowiedzialny. Każdy z nas każdego dnia dokonuje różnych wyborów. Dlatego też od nas tak wiele zależy. Ważne, by były to trafne wybory.

J.K. Rowling, Trafny wybór, przeł. A. Gralak, Znak 2012



10 grudnia 2012

Hipnotyzująca siła wyrazu [Elfriede Jelinek "Amatorki"]


"Amatorki" zaspokoją oczekiwania najbardziej wybrednych książkowych kaskaderów, którzy uwielbiają prozę niepokorną, zaczepną, soczystą, skrzącą się od wyrafinowanej ironii i paradoksów. To książka ostra jak brzytwa i bezkompromisowa jak sama Jelinek. Przyprawiła mnie o istny gejzer emocji: od niezgody, irytacji,  zniecierpliwienia po olśnienie i podziw dla chirurgicznej precyzji, z jaką pisarka obnaża nasze ubezwłasnowolnienie przez konwencję, rolę społeczną, kostium, banał, kalkomanię. Cóż takiego zirytowało jednego z niemieckich krytyków literackich, że ośmielił się publicznie zdyskredytować  twórczość autorki, nazywając ją "pozbawioną talentu wariatką"?

Czego jak czego, ale autorce "Amatorek" na pewno nie można odmówić talentu. W niemałe zdumienie wprawia czytelnika niemal każdy aspekt tej literackiej ekwilibrystyki: nowatorska narracja oraz charakterystyczny, pełen połamańców język, który harmonizuje z kreacjami bohaterów. Wszystkie elementy genialnie ze sobą współbrzmią. "Przejrzysta kompozycja powieści, wyrafinowana architektura fabuły i języka oraz błyskotliwy opis czynią z tego utworu najbardziej rygorystycznie skomponowaną książkę autorki" [Marlies Janz]. I mimo że od jej debiutu minęło kilkadziesiąt lat, powieść noblistki wciąż zaskakuje hipnotyzującą siłą wyrazu, "muzycznym strumieniem głosów i kontrgłosów" [Thomas Steinfeld]. 
  
Jelinek nie kokietuje czytelnika, choć jego czujność może uśpić quasi-sielankowy początek. Szybko się jednak przekonujemy, że idylliczny krajobraz rozkwitający na pierwszej stronie powieści to "fałszywka". Autorka podejmuje wyrafinowaną grę z konwencjami, prowokując czytelnika do zweryfikowania zadomowionych w jego świadomości wyobrażeń o granicach literackiej narracji. Lektura powieści może graniczyć z doświadczeniem, które daje się porównać do wstrząsającej inicjacji. Pisarka wyrywa czytelnika z komfortowego kokonu złudzeń, które uśpiły jego świadomość i przytępiły ostrość widzenia. Nagle ujrzałam w całej swej szokującej klarowności bezlitosną machinę, która wprawia w ruch odwieczny kołowrót naszej egzystencji. Bohaterki powieści są żałośnie nijakie, ich życie jest bezdusznym teatrem, w którym zaludniające go postacie odgrywają swoje role niczym bezwolne marionetki, a podejmowane przez nie działania są efektem zaszczepianych im od urodzenia stereotypów, które przejmują kontrolę nad ich istnieniem wbrew fałszywym wyobrażeniom, że nasze "ja" jest bytem niepowtarzalnym, wyjątkowym. Człowiek w ujęciu Jelinek zostaje odarty z godności i indywidualizmu. Pokaleczona składnia pełna anafor, współbrzmień i kontrbrzmień, zniekształcone reguły interpunkcyjne i ortograficzne, rezygnacja z wielkich liter podkreślają, że człowiek w świecie wykreowanym przez autorkę jest tylko pozbawionym autonomii mięsem, skazanym na klęskę, nawet jeśli żyje w złudnym przeświadczeniu, że ziściły się jego [żałosne] marzenia. Autorka spogląda na rzeczywistość ludzkich pragnień, dążeń, poczynań z odległej, wyostrzonej perspektywy, którą uzyskała dzięki zastosowaniu groteskowej, momentami brutalnej ironii. Życie społeczne jest łańcuchem przypadkowych zdarzeń i interakcji wprzęgniętych w tryby oczekiwań i skostniałych wzorców, utartych scenariuszy reaktywowanych automatycznie poprzez powielanie zachowań, gestów, tropów myślowych. Człowiek łudzi się jedynie, że jest kreatorem swojego losu. Jelinek drwi z podobnych mrzonek, pokazując, jak iluzoryczne są te przekonania. Relacje społeczne, rodzinne, pokoleniowe itd. składają się z interakcji, które są rozmaitymi wariantami zależności: pan-niewolnik, kat-ofiara. Nie chciałam zaakceptować takiej wizji świata, ale jednocześnie nie byłam w stanie zaprzeczyć, że koncepcja ludzkiego życia zaserwowana nam przez Jelinek ma w sobie ogromną siłę wyrazu i porażającego autentyzmu.

Czytanie prozy Jelinek nabiera dodatkowego wymiaru. Towarzyszy mu nowa jakość. Jak w narkotycznym amoku, akapit za akapitem narasta w nas dziwna, permanentna konieczność, która ma w sobie jakąś dialektyczną dynamikę. Z jednej strony można odnieść wrażenie, że Jelinek drażni się z czytelnikiem z jakąś nieznośną, sadystyczną przyjemnością, z drugiej strony wyzwala w nim nieujarzmioną, irracjonalną potrzebę podążania za tokiem opowieści i zachłyśnięcia się nią aż do utraty tchu. To traumatyczne doznanie było dla mnie zarazem doświadczeniem epifanicznym. Czy można jednocześnie kochać i nienawidzić? Tak. Można. Kocham Jelinek. Nienawidzę Jelinek. Podobnie ambiwalentna była więź Elfriede Jelinek z matką, oparta na neurotycznej zależności: miłość-nienawiść. Takie skrajności towarzyszyły mi do końca lektury, co więcej, posmak koktajlu tak silnych emocji pozostał jeszcze długo po zakończeniu książki.

Kiedy czyta się "Amatorki", nie sposób pozostać obojętnym, niezaangażowanym, nijakim. A jeśli już ulegnie się tej chropowatej, fenomenalnej pajęczynie słów, z której autorka snuje swoją opowieść, reakcje są ekstremalne. Jakże czytelna w obliczu tych doświadczeń staje się słynna deklaracja pisarki. Podczas jednego z wywiadów na pytanie dziennikarki, co chce osiągnąć poprzez swoją twórczość, Jelinek odparła z przekonaniem: "Żeby czytelnik nie przeciągał się przyjemnie jak świnia w błocie, żeby zbladł przy lekturze". 

Nejednokrotnie i ja bladłam podczas lektury "Amatorek". Bladłam z oburzenia, niedowierzania. Bladłam z przerażenia. Bladłam pod dotykiem przejmującego ostrza ironii, którym autorka posługuje się po mistrzowsku. Bladłam... wstrząśnięta, zmiażdżona... i pokrzepiona zarazem. Ileż w tej powieści hipnotyzującej siły wyrazu i fenomenalnej przenikliwości.


 
 Elfriede Jelinek, Amatorki, tłum. A. Majkiewicz, J. Ziemska, WAB 2004










3 listopada 2012

Lilka i chłopcy – Magdalena Samozwaniec "Zalotnica niebieska"

Wiele bym straciła, gdybym nie sięgnęła po książkę Magdaleny Samozwaniec. Ominęłaby mnie sentymentalna podróż do mitycznej krainy dzieciństwa słynnych sióstr Marii [Lilki] i Magdaleny – do bajkowej Kossakówki, wyidealizowanej, "świętej i czystej jak pierwsze kochanie". Poddałam się różowej magii wspomnień. Uległam artystycznej atmosferze domu Kossaków. Pozostała po niej popadająca w ruinę willa nieopodal Wawelu, która być może zamieniłaby się z  czasem w żałosną kupkę  popiołu, czarną dziurę, garść ulotnych wspomnień.  Wiele cennych rodzinnych pamiątek wyprzedano, by po wojnie ratować podupadający budynek. Nieliczne z nich pozostały w rodzinie. ...Kurz na nie pada, warstwą się kładzie... z dala od ludzi, z dala od zgiełku, na dnie szuflady więdną w pudełku... Możliwe, że zwiędłyby również wspomnienia... gdyby nie duch tego miejsca. Nie ludzie. Nie ich dzieła.  Jeszcze sto lat temu to miejsce tętniło życiem. Kossakówkę zamieszkiwali arystokraci ducha. Ludzie niepospolici, utalentowani, nieprzeciętni. Przez ich salon przewinęli się najwybitniejsi ówcześni artyści, m.in.: Henryk Sienkiewicz, Adam Asnyk, Stefan Żeromski, Helena Modrzejewska, Jacek Malczewski, Stanisław Witkiewicz, jego syn Witkacy, Wojciech Weiss, Zofia Stryjeńska. 

Ten piękny obraz ma także swój rewers. Po drugiej stronie lustra Alicja dostrzega rysę na nieskazitelnej, pastelowej politurze. Ludzie, zwłaszcza wielcy, mają wiele słabości. Wiele "uroczych" dziwactw – które jednak raziłyby u ludzi pospolitych, byłyby nie do zniesienia i nie wytrzymałyby konfrontacji z szarą rzeczywistością. Kossakom przydają one wdzięku. Zamiast irytować, intrygują, czarują, uwodzą. 

Jedno z ostatnich zdjęć Kossakówki [źródło]
We wspomnieniach Magdaleny jej siostra prezentuje się niczym grecka nimfa, dziedziczka wielu różnorakich talentów. Tak jak grecka bogini posiada zarówno cechy boskie, jak i ludzkie. Samozwaniec ukazuje ją jako spadkobierczynię darów starożytnych kapłanek sztuki: Kaliope obdarzyła ją talentem poetyckim i urodą,  nad jej rozwojem intelektualnym pieczę objęła Euterpe, patronka liryki, Talia przepowiedziała jej, że będzie pisywać komedie, Melpomene nie poskąpiła jej talentu do pisania dramatów, Terpsychora obdarzyła ją zdolnościami tanecznymi, Polihymnia darem muzycznym i umiejętnością gry na instrumencie, Urania wtajemniczyła ją w świat astrologii, gwiazdozbiorów i horoskopów. Po przodkach z kolei dziewczynka odziedziczyła talent malarski.
Młode kobiety marzą i płaczą, akwarelka Lilki [źródło]

Ale pośród patronujących Marii  muz nie zabrakło też zawistnej bogini Hekate, która sprowadziła na dziewczynkę tragiczną ułomność. Lilka niemal całe życie borykała się z poważną chorobą kręgosłupa, która skazała ją na tortury uciążliwej i nieskutecznej rehabilitacji oraz ortopedyczne gorsety i która zdeformowała jej "rasową" sylwetkę. Dodajmy, że przymiotnik "rasowy" to jedno ze słów kluczy, które często przewijają się na kartach wspomnień. 
Ostatnia główka Lilki malowana przez
 Kossaka, Kwintesencja mojej rassy
1939 [źródło]
To niewinne słówko jest aż nadto znaczące. "Rassowa" była cała familia Kossaków. I tak też ukazuje ją Magdalena Samozwaniec. Rasowy Wojciech Kossak miał liczne romanse, zazwyczaj jakąś piękną, uwodzicielską "flamę" na boku, ale nie było to niczym zdrożnym, wszakże tak żyła arystokracja. Samozwaniec pisze o tej słabostce ojca jako o czymś normalnym i powszechnym. Tak prowadziły się ówczesne małżeństwa z wyższych sfer. Rolą kobiety było zaakceptować ów stan rzeczy, rolą mężczyzny – bawić się dyskretnie, a przy tym troszczyć się o materialne położenie żony i okazywać jej mężowskie przywiązanie. Pani Wojciechowa również zdawała się akceptować ten stan rzeczy; ot, jeszcze jedna fanaberia ekscentrycznego artysty... Córki bezgranicznie wielbiły tatka, ubóstwiały słynnego dziadka, bardzo też kochały matkę... Momo, Mamidło, jak córki nazywały matkę, była z kolei zwyczajnym człowiekiem, przynajmniej na tle tak barwnych osobowości, jak panowie Kossakowie i ich niepospolici przyjaciele. To właśnie ona wniosła Wojciechowi w posagu ziemiański majątek, pozwalający na życie pełne arystokratycznych uciech i spełnianie niezliczonych fanaberii próżnej familii. Ale do czasu. Przed II wojną rodzina borykała się z brzemieniem długów i natrętnymi wierzycielami – co mnie mocno dziwiło, jeśli wziąć pod uwagę bujne życie, jakie wiedli Kossakowie. Liczne podróże zagraniczne, wyjazdy na wczasy do modnych kurortów, własny samochód, co było na owe czasy nie lada ekstrawagancją, noclegi w najelegantszych hotelach, dancingi, rauty, prywatne lekcje kilku języków dla dzieci, najlepsze guwernantki, lekcje muzyki, tańca, malarstwa itd. Kilka pracowni malarskich do utrzymania, m.in. w warszawskim hotelu Bristol, gdzie pracował Wojciech Kossak podczas służbowych podróży do stolicy. Utrzymywanie kosztownych kochanek. Żyć, nie umierać... Maria i Magdalena lubią piękne ubrania. Kochają kapelusze, futra, delikatne pończochy, wykwintną bieliznę, wytworne buty, boa, szale, torebki, bibeloty.  Zawsze jest też jakaś służba, jakaś Neśka czy Marysia, które wstają skoro świt i robią wszystko, by modne dziewczęta mogły bywać w salonach, w kasynach i pełnymi garściami korzystać z życia, a jeśli nie mają ochoty na zabawę, by mogły bezkarnie oddawać się słodkiemu nicnierobieniu, pisać, czytać, marzyć, dyskutować...
Maria i Magdalena, Wojciech Kossak [źródło]
Elementem takiej egzystencji jest pisanie długich, pięknych listów, które Samozwaniec wydobyła z domowego archiwum i które oddaje do rąk czytelników, wzbogacając nimi wspomnienia o czasach beztroskiego dzieciństwa i dorastania. Siostry mogły bez przeszkód oddawać się ulubionym zajęciom. W końcu jakież miały obowiązki? Nie chodzą do szkoły, nie sprzątają, nie martwią się o swój materialny byt. Wszystko mają podane na zawołanie. W takich realiach kształtują się osobowości obu sióstr, które wyrosną na birbantki i sybarytki.

Maria nazywana była w domu pieszczotliwie Lilką, Lilczurem, Szczurem. W listach zazwyczaj podpisywała się jako Szczurek, nierzadko też wypowiadała się w rodzaju męskim, akcentując wiarę w swoją androgyniczną naturę, zespoloną z pierwiastka żeńskiego i męskiego. W co jeszcze wierzyła Lilka? W reinkarnację dusz, w metempsychozę, w życie po życiu, w mowę gwiazd, ale przede wszystkim w miłość. To była jej religia. Jej poezja przeniknięta jest ową wiarą. Nawet kolejne zawody miłosne, sercowe rozczarowania i rozwody nie były w stanie podważyć fundamentów tej wiary:
Ty jesteś jak paryska Nike z Samotraki,
o miłości nieuciszona!
Choć zabita, lecz biegniesz z zapałem jadnakim
wyciągając odcięte ramiona...
Pierwszym obiektem westchnień kilkunastoletniej Lilki był Egon, niesforny, rozpieszczony playboy, w którym się zadurzyła, naczytawszy się poezji Staffa, Przesmyckiego, Micińskiego, Tetmajera. Kiedy romans kończy się awanturą rodzinną, Lilka koi duszę następną fascynacją. Przystojny Adam Kapiński, szwagier Jerzego Kossaka, brata poetki, staje się plastrem na zranione serce.  Ale Adam jest żonaty i wzajemne zauroczenie mija tak szybko, jak się pojawiło. Ileż w tych zauroczeniach pensjonarskiej naiwności. Ale już jako osiemnastoletnia panna Lilka postanawia się wydać. Pierwszym, który się nawinął, był młody przystojny porucznik Bzowski. Lilka, już jako pani Bzowska, szybko spada na ziemię. Ten mariaż okazuje się fantazją młodej, kapryśnej dziewczyny. Rozwód kościelny kosztuje Wojciecha Kossaka majątek. Ale czegóż się nie robi dla genialnej córki, choćby za cenę długów. Jeszcze nie ucichły dzwony post mortem pogrzebanego małżeństwa, a Lilka już flirtuje. Jan Gwalbert Pawlikowski jest ucieleśnieniem ideału. Młody, przystojny, uduchowiony, rozczytany w literaturze, próbujący swych sił jako pisarz. Tuż po otrzymaniu rozwodu z Bzuniem kochankowie biorą ślub. Lilka kocha Jana miłością bałwochwalczą. Zamieszkuje z nim na Kozińcu, w Domu pod Jedlami w Zakopanem, rodzinnym dworku Pawlikowskich projektu Witkiewicza. Styl życia Pawlikowskich jest przeciwieństwem pełnej rozmachu i rozrzutności egzystencji Kossaków. Owszem, cała rodzina tkwi po uszy w literaturze, ale na tym kończą się podobieństwa między Kossakami i Pawlikowskimi. Hołdują oni niemal ascetycznej prostocie i siermiężnej wręcz oszczędności. Ale zakochana bez pamięci Lilka znosi mężnie tę radykalną zmianę stylu życia. Małżonkowie chodzą razem na wysokogórskie wycieczki: Jaś jest zawołanym taternikiem. "Lilka w długim płaszczysku i pantofelkach na obcasie dzielnie dotrzymuje mu kroku, choć męczy ją to niewypowiedzianie". Tak też wygląda jej codzienność w domu na Kozińcu. Nic więc dziwnego, że tęskni do baśniowej Kossakówki. 

Lilki zabawa z kotem, rys. Lilki z ok. 1920 [źródło]
Kossakówka to nie tylko raj dla artystów. To także menażeria najróżniejszych zwierząt, które uwielbiała Lilka. Na Kozińcu dominuje surowy krajobraz, zarówno wokół domu, jak i w jego wnętrzu. Kossakówka z kolei tętni życiem. Lilka trzymała w rodzinnym domu ukochaną wiewiórkę, nazywaną Sorkiem,  którą pieściła, całowała, nosiła na szyi. Miała koty, psy, a nawet małpkę, którą dostała w prezencie. "Straszny był niegdyś wstyd dla domu, gdy makak narobił do kapelusza któregoś z gości, a ten, nie spodziewając się, co go czeka, nałożył go na głowę". Kochała nie tylko ładnych chłopców, ale też przyrodę, ptaki, zwierzęta, morze i góry. Pod koniec życia, na emigracji,  jej cała miłosna siła przeniosła się na rodzinę. 

Ubóstwiany Jan Pawlikowski zostawił Lilkę dla nieletniej baletnicy. Jakież to trywialne. Skończyła się wielka miłość Kwaka i Szczurka. Ale Nike nieuciszona, która kryje się głęboko w duszy Lilki, ciągle, na przekór klęskom, otwiera okaleczone ramiona na kolejną miłość. I tak oto jej trzecim mężem zostaje młodszy od poetki o kilka lat lotnik, Stefan Jerzy Jasnorzewski. Lotek, jak pieszczotliwie nazywała go Lilka, ubóstwiał ją i nosił na rękach, ale przy tym był chorobliwie o nią zazdrosny. Lata wojny spędzili w Anglii,  z dala od rodziny. Był przy niej do końca, towarzyszył jej w śmiertelnej chorobie. 

Lilka zmarła na raka kości. Została pochowana w Manchesterze. "W jej wstrząsających ostatnich poezjach  można przyrównać Lilkę do wielkich artystów, którzy nawet dotknięci ciężkim kalectwem do końca tworzyli wspaniałe dzieła". 

Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Świat Książki 2010