sobota, 17 grudnia 2011

Z dziecięcego punktu widzenia

I.
Tatianka [5 l] po powrocie z przedszkola [po zajęciach z religii] pełna emocji opowiada historię grzechu pierworodnego...

...Wąż namówił Ewę, Ewa namówiła Adama, i Adam ugryzł jabłonkę...


II.
Wracając z przedszkola z Tatianką, zaszłyśmy do sklepu na zakupy. Trafiłyśmy akurat na apogeum dantejskiej sceny z udziałem babci i wnuczka [ok. 2 l]: wnuczek ryczy wniebogłosy jakby go ze skóry obdzierali i  co chwila żąda coraz to nowej paczuszki słodyczy. Babcia [co za słabość i co za niepedagogiczna postawa], pieczołowicie wypełniając każdy rozkaz malucha, miota się po sklepie, tak jak jej zagra mały spryciarz. A ten wie, co robi, oj, wie doskonale, mały szantażysta. W koszyku rośnie stosik smakołyków. Biedna babcia... Po wyjściu ze sklepu wyraziłam swoją opinię i zapytałam Tatiankę, co sądzi o całym incydencie. Na to Tatianka, parafrazując moje wcześniejsze słowa, odpowiada z dezaprobatą:
– Byłam... byłam szybko zaskoczona... 
– Szybko zaskoczona???
– Tak... i powoli zdziwiona. 

środa, 7 grudnia 2011

Krajobraz z wędrowcem. Andrés Neuman "Podróżnik stulecia"

"Pomimo relacji kronikarzy i podróżników nie można ustalić dokładnego położenia W."[1]. To miasto widmo, miasto labirynt. Istnieje naprawdę? Jest tylko fantazmatem? Lśnieniem imaginacji? W oddali majaczy Wieża Wiatrów z tarczą zegara czuwającą nad miastem. Jeszcze jeden krok... i nie ma odwrotu. Jeszcze jedna kartka i "machina zaczytania" poszła w ruch.

Dla Hansa Wandernburg miał być jedynie przystankiem w podróży do... Do Dessau? Do Berlina? Do Lipska? Trudno rozstrzygnąć. Może nam się wydaje, że jesteśmy w stanie zaplanować swoją podróż co do sekundy. Busolą prowadzącą nas do celu jest ciekawość. Pragnienie poznania, a nie czysta kalkulacja, która spowodowałaby, że nasza droga stałaby się przewidywalna, zamiast obietnicy wolności przyniosłaby nam zniewolenie i rutynę. Niepewność prowokuje do wysiłku i sprawia, że podróż staje się ekscytująca, kreatywna i nieprzewidywalna. W takim kontekście powieść Neumana jawi się jako pretekst do rozważań nad różnymi postawami wobec podróży, jaką jest ludzkie życie. Nie znalazłam w niej gotowych podpowiedzi, jedynie inspirację i impuls do dyskusji.

Właśnie w taką podróż, pełną zaskakujących pytań i niuansów, udajemy się wraz z Hansem, podróżnikiem stulecia. Senny Wandernburg skrywa w sobie labirynt. To dziwne miasto funkcjonuje jako przestrzeń utkana z wielu znaczeń i odwołań, zaszyfrowanych i nieczytelnych dla obserwatora, nienawykłego do podejmowania trudu interpretacji. Wydaje się nudne, a jego mieszkańcy uporządkowani i zwyczajni. Tymczasem nawet najbardziej przewidywalne miejsce może nagle odsłonić swoją ukrytą strukturę.

Co jest za tamtym zakrętem? Jaka tajemnica czai się w sąsiednim zaułku? Co przyniesie następna strona? I, na Boga, kim jest Hans? Odnoszę wrażenie, że skądś go znam. Może dlatego, że ucieleśnia jakieś dawne tęsknoty, budzi nostalgię za tym czymś, za czym podąża wolny, niepodporządkowany żadnym nakazom duch niezależnego człowieka. Urzeka wewnętrzną wolnością, tak bliską twórcom romantyzmu. Nie krępują go żadne szablony, uprzedzenia czy konwenanse. Jest jak postać z obrazu Friedricha: zagadkowy i niepokojący[2]. Na podobny obraz natrafiamy w powieści Neumana. Nikt nie potrafi powiedzieć, skąd się wziął w salonie Gottliebów, kto go namalował i jaki jest jego tytuł: 
"Obok starych portretów rodzinnych, kilku kiepskich kopii Tycjana, jakiejś ciemnej martwej natury i pożałowania godnych scen polowania jego uwagę przykuł obraz przedstawiający odwróconego plecami wędrowca w ośnieżonym lesie, zagubionego, a może idącego w dal, i kruka usadowionego na pniu"[3]. Ten obraz zafrapował Hansa. Będzie powracał do niego myślami wielokrotnie, za każdym razem doświadczając irracjonalnego przeczucia, że może z niego odczytać swoje przeznaczenie. Znakomicie koresponduje on z otwartym zakończeniem powieści. Książka obfituje w liczne odwołania do sztuki, literatury, muzyki klasycznej, poezji, historii teatru, filozofii, etyki, idei społecznych i politycznych, a nawet sztuki przekładu literackiego. Bogactwo kulturowych aluzji odzwierciedla oryginalna narracja, która oddaje dynamikę, żywioł i istotę toczonych przez bohaterów dyskusji. Dyskurs rozgrywający się w sferze kultury przenosi się na strukturę książki, czyniąc z niej prawdziwy majstersztyk. Labiryntowa konstrukcja motywów zaczerpniętych z literatury i sztuki pozwoliła autorowi tchnąć nowe życie "w dziewiętnastowieczną prozę pisaną z perspektywy człowieka współczesnego i wspaniale osadzoną w realiach ponapoleońskich" (z werdyktu jury Premio Alfaguara de Novela)[4].

Kim jest tytułowy podróżnik? Człowiekiem bez nazwiska, bez historii, bez przeszłości i bez przyszłości. Pojawił się znikąd. Jego historia jest pełna niedopowiedzeń, a przeszłość do końca pozostaje owiana tajemnicą. Nie sposób zaufać jego słowom, gdy na pytanie o to, skąd ma tak rozległą wiedzę, odpowiada, że studiował filozofię w Lipsku. Z czego żyje? Jest podróżnikiem i tłumaczem. To postać nietuzinkowa. Wyróżnia go strój rewolucjonisty, który bulwersuje statecznych obywateli. W podróży towarzyszy mu kufer pełen książek, również tych zakazanych. Jego zbiory skrywają dzieła twórców wyklętych, napiętnowanych przez cenzurę, prześladowanych za swoje poglądy i ideały. Hans także jest idealistą i kontestatorem. Budzi mieszane uczucia: od zaintrygowania, ciekawości, sympatii po wrogość, niesmak i politowanie. Został obdarzony przez autora niezaprzeczalnym urokiem i ponadprzeciętnym umysłem. Potrafi wieść prym w dyskusjach na każdy temat. Niebywale oczytany, ma imponującą wiedzę. Włada kilkoma językami. Przystojny, autentyczny, pełen naturalnego wdzięku, elokwentny, obdarzony chłopięcym urokiem... Czyżby był mężczyzną idealnym? Pytanie nie powinno dziwić, zważywszy na to, że autor za pośrednictwem swoich postaci angażuje czytelnika w spór o ideał męskości. Przeciwwagą dla niepokornego, demiurgicznego Hansa jest powszechnie szanowany, ale nudny i przewidywalny Rudi Wilderhaus, beniaminek elity społecznej i finansowej miasta. Wplątując ich w miłosny trójkąt, pisarz obnaża hipokryzję i grę pozorów, które dominują w relacjach międzyludzkich. Może się wydawać, że wątek miłosny wyraźnie wysuwa się w powieści na pierwszy plan. Ale to jedynie przedsmak tego, co może odkryć czytelnik, zagłębiając się w interakcje tworzące teatr ludzkich zachowań. Pod pretekstem śledzenia płomiennego uczucia rozpalającego dusze i ciała, wyobraźnię i zmysły czytelnik zostaje wciągnięty w misterną grę, toczącą się na wielu płaszczyznach: w obrębie schematów fabularnych, konwencji literackich i stylu. Dla mnie jest to największą wartością "Podróżnika stulecia", dzięki niej ta książka staje się misterium literatury. Neuman na nowo interpretuje znane motywy kulturowe. Najważniejsze z nich to motyw lustra, motyw labiryntu, motyw miasta, motyw gry i teatru, motyw homo viator, motyw rewolucji i buntownika, motyw miłości romantycznej, motyw miłości występnej, motyw zbrodni i kary itd. Pisarz jest mistrzem aluzji i parodii, ale uprawia je z takim wdziękiem, finezją i poczuciem humoru, że granica między powagą i pastiszem staje się niemal przezroczysta.

Jak na romans przystało, mamy tu do czynienia z całą galerią postaci kobiecych. Po pierwsze: Sophie. Po drugie: Sophie. Po trzecie... Sophie. Ile jest Sophie? Jest jedna. A jednocześnie jest tyle wizerunków Sophie, ilu obserwujących ją bohaterów. Za polifoniczność jej kreacji należą się autorowi brawa. "Pokazać się na ulicy w towarzystwie porządnej kobiety może być kompromitujące; ale rozmawiać z młodą dziewczyną o literaturze graniczy wręcz z ekshibicjonizmem"[5]. Czyżby? Sophie Gottlieb dotrzymuje kroku Hansowi w dysputach intelektualnych. Jest typem emancypantki, kobiety wyzwolonej, na przekór romantycznym wyobrażeniom zakodowanym w literaturze tej epoki, które sprowadzały bohaterki literackie do roli bezwolnej, pozbawionej indywidualności heroiny. Sophie jest świadoma kostiumów, w jakie ubrane zostały ludzkie gesty i relacje społeczne. Na przekór wszystkim, a zwłaszcza sobie, poddaje się uczuciu i zostaje kochanką Hansa. Miłość pozwala im poczuć się sobą, zrzucić maski, doświadczyć autentyzmu. Nie udawać, nie grać. Ale tylko przed sobą nawzajem. Grają bowiem przed całym miastem. Szczęście trwa zaledwie mgnienie, a w zetknięciu z prawami rządzącymi światem jest jak ulotny błysk, staje się żałosną, nic nieznaczącą "opowieścią idioty". Stare, wyeksploatowane warianty fabularne pod piórem Neumana nabierają nowego kształtu. Ludzkie namiętności są jak wiatr... tak, to już było, ale czyta się o tym u Neumana z nowym rodzajem emocji i intelektualnego zauroczenia.

Ważna jest postać kataryniarza. Pół kloszard, pół filozof, żyje w świecie muzyki. Zdaje się sugerować, że jeśli ktoś chce podążać własną drogą, pozostać wiernym swojej pasji, musi wybrać los banity zepchniętego na margines społeczny. Możliwe, że muzyka kataryniarza symbolizuje powtarzalność ludzkich historii, tak jak powtarzalne są motywy muzyczne odtwarzane przez kataryniarza. Kataryniarz nie komentuje rozgrywających się zdarzeń, jedynie gra, a raczej interpretuje: stare melodie, których nikt już nie słucha. Kręci się korbka kataryniarza, snuje się jego opowieść. Mijają epoki, a ludzie wciąż są tacy sami... tak jak niezmienny jest rytm katarynki, tak jak niezmienny jest wiatr. "Gdzieś tam daleko, bardzo daleko, wiatr ciągnie za sobą [...] powóz Hansa, który jedzie wszystko jedno gdzie ze swoim kufrem podskakującym na dachu, wciśniętym pod brezent, sznury, śnieg, Hansa, który ma u swych stóp drewniany futerał z katarynką, Hansa, który przeciera rękawem okienko, otwiera je, wychyla przez nie głowę i czuje, jak wita go wiatr"[6]... Czas zatoczył koło, jak korbka katarynki. Może to wszystko, co się zdarzyło, było tylko snem, ulotnym snem kataryniarza?
---
[1] Andrés Neuman, "Podróżnik stulecia", tłum. Magdalena Okła, Wydawnictwo Dobra Literatura 2011, s. 5.
[2] Caspar David Friedrich, "Strzelec w lesie" (1814 r.).
[3] Andrés Neuman, "Podróżnik stulecia"..., dz. cyt., s. 61.
[4] Tamże, s. 572.
[5] Karl Kraus; cytat zaczerpnięty ze strony internetowej cytaty.eu.
[6] Andrés Neuman, "Podróżnik stulecia"..., dz. cyt., s. 563.

czwartek, 22 września 2011

Opowiadania jak drogowskazy. O książce Tomasza Kruczka "Miłość jest..."






















z dedykacją dla Magdy z okazji jej 13. urodzin

Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny...

(Jan Twardowski Sprawiedliwość)

Każdy z nas mógłby opowiedzieć własną historię. Każda z tych historii byłaby jedyna w swoim rodzaju i zarazem uniwersalna. Nawet jeśli byłaby to historia o samotności, byłaby jednocześnie opowieścią o próbie jej przezwyciężenia. Nawet jeśli byłaby to opowieść o cierpieniu, o nienawiści, stanowiłaby jednocześnie przypowieść o potrzebie miłości, która przynosi wyzwolenie. Bez niej nic nie miałoby sensu. Nikt nikomu nie byłby potrzebny...

Jako dorastająca dziewczynka wiele razy zastanawiałam się nad przesłaniem 1 Listu do Koryntian św. Pawła. Dawniej odnajdywałam w jego słowach podniosły ton moralizmu, z czasem, dorastając i doświadczając kolejnych życiowych okoliczności, odkrywałam w nich nowe znaczenia: zaczęłam postrzegać Hymn o miłości jako apoteozę człowieczeństwa. Podobnie odebrałam opowiadania Tomasza Kruczka, oscylujące wokół poszczególnych wersetów hymnu. 

Każde opowiadanie jest fabularyzowaną wariacją na temat wybranego aspektu miłości: "Miłość cierpliwa jest", "Miłość łaskawa jest", "Miłość nie zazdrości" itd. Wszystkie przenoszą nas we współczesne realia, tym bardziej nam bliskie i namacalne, że autor unika moralizowania. Jego opowiadania ukazujące różne oblicza miłości dalekie są od dydaktyzmu. Jest w nich codzienność, jest proza życia, prostota, są sytuacje znane nam ze szkoły, z domu, z podwórka. Rozwiązanie problemów ukazanych w opowiadaniach za każdym razem zaskakuje i zmusza czytelnika do przewartościowań. Jest to szczególnie cenne w przypadku młodego odbiorcy, do którego adresowana jest książka. Opowiadania Tomasza Kruczka są jak drogowskazy w świecie zdominowanym przez konsumpcjonizm i immoralizm. Zamiast pouczać, zmuszają do refleksji. Pozwalają spojrzeć głębiej, bardziej świadomie. Miłość nie jest czymś danym bohaterom z góry, jawi się raczej jako wyzwanie i pokonywanie własnych ograniczeń: lęków (gdy trzeba przyznać się do błędu, stawić czoło konsekwencjom własnej lekkomyślności, niedojrzałego postępowania), stereotypów (gdy w przebłysku niedowierzania unieruchomiona po wypadku bohaterka odkrywa, że jej dobroczyńcą jest chłopak, którego uważała za bufona i największego wroga), pychy, egoizmu i próżności (gdy jest się zdolnym do wyrzeczenia, do zrezygnowania z własnych ambicji w imię wyższej prawdy). Negatyw ma swój pozytyw. Kontrapunkt, tak jak w życiu, jest zasadą opowiadań: to, co płytkie, ukazuje swoje głębsze dno (gdy jedna z bohaterek poznaje wstrząsającą prawdę o nielubianej koleżance z klasy, przewartościowując swoje życiowe credo), to, co z pozoru  jest złe, prowadzi do szczęśliwego zakończenia. W świecie reklam epatujących filozofią w stylu: jesteś tego warta (musisz to MIEĆ)  takie książki są po prostu bezcenne. Młody czytelnik zyskuje okazję, aby razem z bohaterami doświadczyć metafizycznego dotknięcia,  swoistego katharsis. Doznając duchowego olśnienia, może sobie uświadomić, że w życiu liczy się nie to, co się ma, lecz to, ile możemy dać innym, jak to z prostotą napisał cytowany już Jan Twardowski: nawet to czego nie mam komu dać/ zawsze jest komuś potrzebne...

Książka zarówno dla młodego, jak i nieco starszego czytelnika, doceni ją każdy, kto szuka w literaturze wzruszeń, refleksji i zaskakującej puenty. Tajemnica tejemnic i puenta puent kryją się w ostatnim opowiadaniu...

Książka nagrodzona w Konkursie Najlepsza Książka Katolicka wortalu Granice.pl w kategorii "Pozwólcie dzieciom..."


piątek, 8 lipca 2011

Nazywam się radość... (Wojciech Kołyszko "Wyspa HopSiup i potęga radości")

„Jesteś zbyt poważny, by ją odnaleźć?”… W takim razie posłuchaj. Jest taka wyspa, na której króluje niczym nieskrępowana radość. Jeśli myślisz, że jest ona zbyt odległa, zbyt abstrakcyjna lub zbyt wyimaginowana, jedyne, co musisz zrobić, by na nią dotrzeć, to wydobyć spod gorsetu dorosłości i konwenansów swoją dziecięcą wrażliwość. Jest takie zaklęcie, które na pewno zadziała. „HopSiup!”. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że wybierasz się w podróż. Właściwie nie musisz sobie tego wyobrażać, lecz po prostu… zrób to. Udaj się na jedną z wielu wysp, o których śnią ludzie złaknieni szczęścia.  Kierunek HopSiup. To nie tylko magiczne zaklęcie, które jest drogowskazem dla spragnionych radości podróżnych, lecz nazwa poszukiwanej wyspy. Po drodze mijamy inne niezwykłe enklawy: Nibylandię – krainę Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni, którą rządzi Piotruś Pan; Wyspy Szczęśliwe – „Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,/ rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,/ dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,/ myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością”[1]; Arkadię, która urzeka harmonią, ładem i beztroską. I wiele, wiele innych miejsc, które kiedykolwiek odwiedził człowiek w poszukiwaniu szczęścia, radości, zapomnienia czy ukojenia... Ale żadna nie wydaje się tak realna jak HopSiup – ponieważ ona istnieje naprawdę. 

 

Przewodnikiem w podróży ku naszej wyspie jest książka Wojciecha Kołyszki zatytułowana „Wyspa HopSiup i potęga radości” Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego, jedna z serii książeczek o uczuciach, które uzmysławiają zarówno dzieciom, jak i dorosłym, czym jest radość, smutek, zazdrość, strach czy wstyd i jak sobie radzić z przepełniającymi nas emocjami, których nie rozumiemy i które nierzadko wywołują w nas poczucie dezorientacji. Mały odbiorca może oswoić te doznania za pomocą bajki oraz „instrukcji obsługi”, która pozwala zinterpretować przepełniające nas emocje. Bohaterami opowieści Wojciecha Kołyszki są nie tylko dzieci: tym razem Hahanka i Fignacy – ich imiona natychmiast wywołują grę skojarzeń – ale też dorośli, których reprezentują Regulianie (znamienna nazwa kojarząca się z regułami, regulaminem, regularnością itp.). Natychmiast narzuca się różnica między małymi i dużymi podróżnikami. Dzieci podróżują dla samej radości podróżowania, „bez celu”, zupełnie spontanicznie, ciesząc się samym faktem bycia w drodze. Regulianie z kolei postępują ściśle według planu, opracowanego w najdrobniejszych szczegółach, oraz mając na uwadze cel wyprawy: znalezienie Drzew Nadzwyczajnych Możliwości, które przywodzą na myśl archetypy znane z Biblii czy starożytnych mitów (drzewo poznania dobrego i złego, hesperyjska jabłoń itd.), ale też symbolizują współczesne wzorce postępowania zaczerpnięte z amerykańskiego snu o sukcesie. Cała opowieść jest utkana z takich kulturowych aluzji, stając się dla dorosłego czytelnika pretekstem do intelektualnej i literackiej zabawy oraz do… zweryfikowania własnych nawyków myślowych. Dla dziecka z kolei najważniejsze będą przygody, które w zawoalowany sposób odwołują się do świata jego emocji. I tak podążając tropem kulturowych inspiracji, można spekulować, że Regulianie na przykład mogą symbolizować superego – gombrowiczowską formę, która staje się naszą duchową i psychologiczną rzeczywistością ukształtowaną w efekcie społecznej edukacji i wpajanych nam stereotypów. Hahania i Fignacy zaś ucieleśniają to, co w nas dziecięce, „zielone”, nieokiełznane, wymykające się konwenansom i kostiumom dorosłości. „Kiedy dziewczynka, śpiewając głośno, podskakiwała na jednej nodze albo próbowała zrobić sobie huśtawkę na dźwigni którejś z potężnych maszyn, zaraz ktoś zwracał jej uwagę: – Jeżeli chcesz tracić cenny czas na bezsensowne zabawy, to twoja sprawa. Ale rób to tak, by nie przeszkadzać innym w poważnych zajęciach!”[2]. Kiedy Hahanka zapytała, czy Regulianie potrafią się w ogóle cieszyć, usłyszała argument jak ulał przystający do poradników motywacyjnych, tak modnych ostatnimi czasy: „Jeśli osiągasz cel, wtedy masz prawdziwy powód do radości. (…) Zrozumiesz to, kiedy dorośniesz”[3]. Natychmiast przed oczyma duszy ujrzałam obraz znany z przesyconej dyskretnym sarkazmem Utopii Szymborskiej: „Mimo powabów wyspa jest bezludna, a widoczne po brzegach drobne ślady stóp/ bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza./ Jak gdyby tylko odchodzono stąd/ i bezpowrotnie zanurzano się w topieli”[4]. Oto co czeka człowieka omamionego psychozą sukcesu, kiedy staje twarzą w twarz z pustką i beznadzieją swojej egzystencji [por. losy bohaterów głośnego filmu "American Beauty" Sama Mendesa].  

 

Na szczęście Regulianie trafiają na wyspę HopSiup i konfrontują swoje wyobrażenia o szczęściu z „filozofią” tubylców, jakże bliską pierwotnej radości Hahanki i Fignacego. Zrobiły na mnie wrażenie pełne ukrytych odniesień imiona dorosłych bohaterów: Cierplik, Ascetia, Dorobert, Sceptian – cóż za szlachetne miana dla uczestników tak poważnej ekspedycji. Tym bardziej więc rozbrajające okazują się ich emocje w zderzeniu z wegetatywną, nieskrępowaną beztroską wyspiarzy, którzy „przedrzeźniają” ich poważne dialogi, oczywiście bez intencji przedrzeźniania – tak to po prostu postrzegają dorośli, czując się urażeni i skompromitowani. A przecież HopSiupianom  nie o to chodzi. Wszystko jest dla nich pretekstem do zabawy. Stąd całe nieporozumienie. Może dorosłym brakuje dystansu? Zapewne tak, i to głównie dystansu do siebie samych… Dzieci bowiem bardzo szybko zaprzyjaźniły się z mieszkańcami wyspy. Paradoksalnie to od nich przyjdzie się uczyć dorosłym Regulianom, jak „realizować” marzenia. To oczywiście banalne, ale warto się czasem pochylić nad oczywistymi oczywistościami, kiedy straciło się je z oczu: droga do celu wiedzie poprzez robienie tego, co sprawia radość i czym można się cieszyć. A Drzewami Nadzwyczajnych Możliwości są wszystkie drzewa, trzeba je tylko umieć dostrzec w zwyczajnych z pozoru obiektach. 

 

Ale to nie koniec lektury. Pretekstem do dyskusji jest zamieszczona w książce Instrukcja Obsługi Radości. Można się od swojej pociechy dowiedzieć, co to jest radość, co się dzieje w jej wnętrzu, gdy przeżywa wielką radość, jak okazuje swoją radość, jakie słowa ją wyrażają, jakie gesty i zachowania odzwierciedlają to uczucie, czy radość może być kłopotliwa, czy można ją namalować, jakie są rodzaje radości, czy radość jest najważniejsza i wiele innych tajemnic. Parafrazując słowa autora, mogę napisać: dla mnie wielką radością było czytanie – wspólne z dzieckiem – tej bajki o uczuciach i doświadczanie najwspanialszego, najbardziej wyzwalającego doznania: kiedy możemy się cieszyć dziecięcą radością, przeżywając ją razem ze swoją pociechą.

Szczęście, symfonia radości, ekstaza... Ale co na to Regulianie? „W Regulii wiele się zmieniło od czasu powrotu ekspedycji. Wielu jej mieszkańców uwierzyło, że warto uczyć się od dzieci radości. Coraz częściej słychać było piosenkę wymyśloną przez Hahanię i Fignacego dla tych, którzy pozwalali już prowadzić się radości:

Robię sobie, co mnie cieszy

W głos się śmieję, gdy coś śmieszy

Świat zachwyca mnie co dnia

Śmiej się ze mną: ha, ha, ha!

 

(…) A ty? Czy wiesz, jak wygląda wyspa twojej radości?”[5].

 


[1] K. I. Gałczyński, Prośba o wyspy szczęśliwe.
[2] Wojciech Kołyszko, Wyspa HopSiup i potęga radości, GWP 2008, s. 12.
[3] Tamże.
[4] W. Szymborska, Utopia.
[5] Wojciech Kołyszko, Wyspa HopSiup i potęga radości…, dz. cyt., s. 38.


Wojciech Kołyszko, Wyspa HopSiup i potęga radości, GWP 2008


środa, 4 maja 2011

Życie wie lepiej... (Monika Gajdzińska "Jestem kobietą. Prawdziwe historie")

Wszystkiego jest we mnie po trochu. Żalu, że jest tak, a nie inaczej. Zdziwienia, że jest tak, a nie inaczej. Szczęścia, że jest tak, a nie inaczej. Rozpaczy... Stan posiadania zależy od przyjętej perspektywy. Sens jest. Zamknięty w łupince świadomości, która jest moim przewodnikiem. Wydaje mi się, że wiem, dokąd zmierzam. I nagle w ulotnej iluminacji uświadamiam sobie, że "życie wie lepiej"[1]. Przyglądam się mu. Nasłuchuję. Wczytuję się w nie zachłannie. Szukam adresu swojej kobiecości poprzez odnajdywanie tropów własnego człowieczeństwa. Niektóre z nich urywają się i giną we mgle. Wierzę, że kiedyś mnie odnajdą.

Nie mieszkam w Sopocie. Ale bardzo bym chciała. Nie należę do kręgu kobiet, który bohaterki książki kultywują od lat i który pozwala im przetrwać trudne chwile. Uczą się od siebie nawzajem, czerpią z tych spotkań siłę i zrozumienie: siebie i swojego losu. To jeden z tych urwanych tropów w moim życiu. Nie czuję się cząstką żadnej wspólnoty. Są we mnie białe plamy. Niezaspokojone tęsknoty. Monika Gajdzińska pisze o tym jako o potrzebie spotykania się i dzielenia doświadczeniem. Axis mundi. Oś świata. "Kobiecy krąg. Miejsce, w którym mogę oderwać się na chwilę od zaangażowania w liczne zajęcia, przyjrzeć się sobie z perspektywy, poprosić o pomoc, posłuchać innych kobiet"[2]. Lektura tej poruszającej książki dotkliwie uświadomiła mi, że ja także potrzebuję swojej axis mundi, kiedy gubię kierunek i nie wiem, co chcę robić dalej. Ujęła mnie szczerością i autentyzmem. Odwagą opowiadania o najbardziej bolesnych doświadczeniach, która wypływa z głębi serc i przeżyć każdej z bohaterek książki. Mogłam poczuć się jedną z nich. Odnaleźć w kobiecym kręgu swoją mandalę. "Krąg jest w pewnym sensie bytem niezależnym, mądrzejszym od nas i dojrzalszym"[3]. Mogłam ogrzać się bliskością czerpaną z kręgu, napełnić spokojem, płynącym z akceptacji tego, co jest. Zanurzanie się w lekturę tej książki trudno porównać do jakiegokolwiek czytelniczego doświadczenia. Zostałam porwana niewymuszonym rytmem opowieści. Zaproszona do kobiecego kręgu. Do współodczuwania. Współprzeżywania. W każdej historii odnalazłam cząstkę siebie.

Kinga zaimponowała mi życiową pokorą, z jaką przyznaje się do własnej niedoskonałości. Po wielu dramatycznych doświadczeniach pojęła, że ich źródłem jest skrajny perfekcjonizm, który zaowocował chorobą nowotworową. "Niektóre nasze pomyłki zawierają w sobie ukrytą mądrość"[4]. Uczę się od niej właściwej miary i wagi rzeczy. Umiaru. Wsłuchuję się w swoje pragnienia i postanawiam poświęcić więcej czasu sobie, swojemu jestestwu. Próbuję zaakceptować własną niedoskonałość, polubić to, co we mnie jest najbardziej ludzkie, swoje słabości.

Ania poruszyła mnie opowieścią o tym, jak trudno jest pogodzić się ze stratą w czasach, kiedy śmierć stała się tematem tabu. Bezradność jest tym dojmująca, im trudniej mówić nam o swoich uczuciach, dzielić się nimi z najbliższymi, zwłaszcza w obliczu tak dramatycznych okoliczności. Ludzie nimi dotknięci potrzebują bliskości. Ciepła i wsparcia drugiego człowieka. Trudne jest pokonywanie międzyludzkich barier, kiedy zostało się wychowanym w rodzinie, po której odziedziczyło się problem z bliskością. Syndrom obcości nie pozwala na ofiarowywanie i otrzymywanie wsparcia. Kiedy odchodzi bliska osoba, pozostaje ból, że nie powiedziało się wszystkiego, co należało powiedzieć, że nie okazało się tyle miłości, ile pragnęło się okazać. Rana staje się głębsza i dłużej się goi. Strata ciąży mocniej i boleśniej. Mijają miesiące, zanim Ania zrozumie. Zanim zaakceptuje. Zanim nauczy się, że życie trwa nadal.

Maria to ja. Kolejna bohaterka. Z nią identyfikuję się najpełniej. Doświadczam katharsis, zgłębiając przyczyny jej wewnętrznego zablokowania, które pozbawia ją możliwości pełnego czerpania z życia i w pewnym sensie czyni z niej emocjonalną "kalekę". Zaczynam uświadamiać sobie mechanizmy swojego emocjonalnego upośledzenia, które przekłada się na nieakceptację mojego ciała i swojej fizyczności. Syndrom grzecznej dziewczynki... Moim wyzwoleniem była bliskość z ukochanym mężczyzną i długa praca nad swoimi emocjami prowadzona nieco po omacku na własną rękę, ona z kolei wyzwolenie znalazła w terapii tańcem. "Nasze ciała przechowują wiele historii. Kto wie, co mogłyby opowiedzieć ramiona, biodra, stopy, gdyby umiały mówić, a raczej, gdybyśmy chciały ich wysłuchać"[5]. Staję przed lustrem i wpatruję się w siebie. "W miarę jak dorastasz, odbierasz kolejne komunikaty z otoczenia, które informują cię o gestach i emocjach nieakceptowanych przez innych. Uczysz się je powściągać. [...] wystarczy dobrze rozejrzeć się na ulicy, żeby zobaczyć wiele takich zamrożonych ciał: puste spojrzenia, ramiona nienaturalnie uniesione do góry, płaskie brzuchy, zaciskające emocje i opancerzone klatki piersiowe. Nikt tam nie mieszka"[6]. Maria to ja... Stąd silne wzruszenie, gwałtowny wstrząs, dojmujące uczucie katharsis i powracanie do tej historii po wielokroć, żeby zaczerpnąć z niej siły i powtarzać sobie z czułością, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko się odważyć i wsłuchać się w swoje uczucia oraz potrzeby swojego ciała i swojej duszy. Odnaleźć własną muzykę i własne kroki. Zidentyfikować, co jest moim żywiołem, i pozwolić się mu zagarnąć.

Justyna, której udało się wyzwolić z psychicznego współuzależnienia... Brygida, skazana na przewlekłą chorobę, upatrująca sens swego istnienia w życiowej aktywności i pokonywaniu ograniczeń, które narzuca jej coraz gorszy stan zdrowia... Obie mi zaimponowały.
Każda z kobiet opowiada inną, osobną historię, ale jednocześnie obie są mi w jakiś sposób bliskie: w swoich słabościach i odnajdywaniu ciągle od nowa nieposkromionej siły do walki z tym, co je tłamsi, niezależnie od tego, czy jest to ludzkie ciało, psychika, czy inni ludzie. Są po kobiecemu spragnione miłości i bliskości, a jednocześnie wykazują świadomą troskę o zachowanie własnej odrębności i indywidualności, które stanowią o ich wewnętrznej sile predestynującej je do zmagań z przeciwnościami, ale nie na przekór życiowej mądrości, że to "życie wie lepiej".


Ich historie są ze sobą doskonale zharmonizowane. Jest w nich ujmująca nienachalność. Naturalność i szczerość. Są głęboko ludzkie i prawdziwe. Jakże inne od tych wszystkich modnych obecnie poradników motywacyjnych uczących sztuki życia. Rozwój osobisty. Jak być asertywnym. Jak osiągnąć bogactwo i sukces. Wszystkie powielają jeden schemat, jakby zostały napisane przez jednego autora. Są produktem masowych trendów i zdają się urabiać masowego odbiorcę. Książka Moniki Gajdzińskiej otwiera czytelnika na głębszą perspektywę doświadczania własnego losu. Zawarte w niej historie zostały opowiedziane bez nutki fałszu, którą pobrzmiewają poradniki mające zapewnić spełnienie amerykańskiego snu o sukcesie. Są żywe i przejmujące aż do najgłębszej struny emocji, które w nas poruszają. Są uniwersalne i jednocześnie osobne, wyjątkowe, niepowtarzalne. Napełniają refleksją, zmuszają do zatrzymania się w biegu i spojrzenia nieco głębiej na kalejdoskop zdarzeń, z których plecie się nasze życie. Bycie w kręgu uczy dystansu do siebie, pozwala zobaczyć subiektywne doświadczenia, obawy, pretensje, lęki z innej perspektywy, w kontekście doświadczeń innych kobiet. W błysku olśnienia uzmysłowiłam sobie, że każda z tych kobiet ofiarowała mi coś cennego swoją opowieścią. Każda z nich odkryła się ze swoimi słabościami, ale wszystkie uczyniły to w piękny, odważny i mądry sposób. Nie proponują prostych, oczywistych rozwiązań, nie ograniczają się do powierzchownych wskazówek w poradnikowym stylu, lecz otwierają na potrzebę zmiany, inspirują, wyzwalają energię, dodają otuchy, zaszczepiając świadomość, że "musimy się odradzać, ciągle się odradzać, szybciej niż umieramy"[7].

--
[1] Monika Gajdzińska, "Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni", wyd. Dobra Literatura, 2010, s. 135.
[2] Tamże, s. 139.
[3] Autorka przywołuje tę prastarą formułę we wstępie książki. Zob. dz. cyt., s. 14.
[4] Tamże, s. 19.
[5] Tamże, s. 70.
[6] Tamże, s. 72.
[7] Tamże, s. 135.

Monika Gajdzińska, Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni, Wydawnictwo Dobra Literatura 2010