1 lutego 2017

Książki zamiast terapii [Nina George "Lawendowy pokój"]



Każde spotkanie z nową książką jest jak podróż w nieznane. Za każdym razem jest to inna wyprawa. Załoga pozostaje ta sama, ale z każdą kolejną książką podążamy inną drogą i innym środkiem transportu – bywa, że lektura przypomina jazdę rozpędzonym pociągiem nad przepaścią, innym razem to niespieszna przejażdżka stylową dorożką wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów utkanych z narracyjnej mapy słów, wrażeń, przenikających się obrazów i refleksji. Każda kolejna lektura to nowe przeżycia, inne pejzaże, inny nastrój, odmienne emocje.

„Lawendowy pokój” wzbudził we mnie ambiwalentne doznania. Tytuł książki i jej okładkowa recenzja zapowiadały smaczny literacki kąsek dla wielbicieli słowa pisanego. Z ogromnymi nadziejami i apetytem na ekstatyczne literackie uniesienia przystąpiłam do lektury. Powieść zdawała się współgrać z nostalgicznym nastrojem charakterystycznym dla schyłku lata, a początek snutej przez autorkę historii zapowiadał się obiecująco: czytelnik wyrwany z uścisku szarej rzeczywistości trafia do pływającej księgarni na barce o nazwie „Apteka Literacka”, która przyprawia miłośników książek o szybsze bicie serca. Zawsze marzyłam, by znaleźć się w takim miejscu. Poznać księgarza, który leczy za pomocą lektury. Dawkuje książki niczym lekarstwo. Odpowiednio dobranymi historiami literackimi leczy ludzkie dusze, ludzkie zranienia, wydobywa czytelnika z otchłani nieszczęścia, cierpienia, mroku. I rzeczywiście początek książki zapowiadał się ciekawie, ale im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym wzmagał się mój niedosyt. Moje zastrzeżenia wzbudziła niekonsekwencja autorki. Powieść o książkach i  księgarzu – lekarzu dusz w pewnym momencie zaczęła ocierać się o kicz. Szczególnie zirytowało mnie zakończenie powieści: przewidywalne, łzawe, całkowicie odbiegające od konwencji, w jakiej utrzymany był intrygujący początek fabuły. Melodramatyczne dialogi i sytuacje przyćmiły w moich oczach atuty powieści. Fabuła okazała się zbyt zagmatwana, raziły sztucznie zagęszczone wątki i niewiarygodne sytuacje, a otoczka momentami cukierkowego sentymentalizmu sprawiła, że kreacja głównego bohatera straciła na autentyczności. Jean Perdu, budzący sympatię księgarz i wielbiciel dobrej literatury, który zaskarbił sobie moje względy w pierwszych rozdziałach książki, wraz z rozwojem fabuły zaczął mnie irytować. Sceny łóżkowe ociekające uczuciowością nie pasowały do bohatera, który początkowo został wykreowany na samotnika zamkniętego w świecie książek, trawionego przez bolesne wspomnienia, żal, gorycz i rozpamiętywanie straty. Pomysł na powieść był świetny, ale całość traciła na uroku za sprawą budzących zastrzeżenia dysonansów i niespójności, które zaważyły na ostatecznej opinii o lekturze.

Można się sprzeczać na temat roli literatury. Na zarzut, że powieść jest alogiczna i nieprawdziwa, zapewne padnie – skądinąd słuszne – stwierdzenie, że zadaniem literatury nie jest kopiowanie rzeczywistości, lecz opowiadanie o meandrach i paroksyzmach ludzkiej duszy, o ludzkich namiętnościach i ukrytych głęboko w podświadomości niewyartykułowanych tęsknotach, lękach i nadziejach nawet za pośrednictwem całkowicie odbiegającej od realiów fabuły. Lekarz dusz uzdrawiający za pomocą książek sam potrzebuje uleczenia. Tak zapowiada się początek lektury. Bardzo lubię książki o metamorfozach duszy, o przełamywaniu wewnętrznych ograniczeń i pokonywaniu życiowego impasu, jednak dla mnie ważna jest prawda psychologiczna.  A tej – mimo żywej akcji, zaskakujących rozwiązań fabularnych, wątku romansowego, motywu podróży, tej dosłownej i tej metaforycznej, duchowej – brakowało w powieści. Natłok rozmaitych konwencji zastosowanych w utworze – romans, powieść drogi, powieść sentymentalna, powieść z kluczem, powieść filozoficzna itd. – negatywnie odbił się na konstrukcji książki. Zabrakło w niej „błogosławionej prostoty”. Czytelnik zmaga się z wrażeniem, że w powieści jest wszystkiego za dużo. Zamiast „kropki nad i” lepszym rozwiązaniem są niedopowiedzenia, gra z czytelnikiem, szczypta niejednoznaczności okraszona garścią niuansów, pozostawienie przestrzeni dla wyobraźni czytelnika.

Żeby nie pogrążać się w zbytnim krytycyzmie i zadośćuczynić oczekiwaniom zwolenników „Lawendowego pokoju”, warto przywołać atuty książki, których będą bronić moi antagoniści. Czym może sobie zaskarbić uznanie czytelników autorka powieści? Chociażby tym, że jej bohater, właściciel Apteki Literackiej, księgarz i lekarz dusz pan Perdu, mógłby  zapisać im „Lawendowy pokój” jako receptę na bezbarwną codzienność, zatracenie się w rutynie – a jak mawiał  Gabriel García Márquez, „rutyna jest jak rdza”… A zatem jeśli brakuje wam impulsu do zmiany, motywacji do wyrwania się z kolein przewidywalności i monotonii życia, jeśli paraliżuje was strach przed zmianą, przed opuszczeniem dobrze znanej, ale nudnej i martwej strefy komfortu, jeśli boicie się życia toczącego się za progiem oswojonej i uporządkowanej, niezmiennej i powtarzalnej egzystencji wtłoczonej w ramy rutyny – sięgnijcie po „Lawendowy pokój”. Zróbcie coś innego, niż robiliście do tej pory. Niech to będzie coś drobnego, niekoniecznie tak spektakularna zmiana, na jaką odważył się bohater książki. Może zamiast narzekać na świat i ludzi, uśmiechnijcie się do przypadkowego przechodnia. Zajrzyjcie mu w oczy i przekonajcie się, co go trapi lub uszczęśliwia. Wstańcie z kanapy. Odrzucie pilota od telewizora. Otrzepcie kurz z kolan. Wyjdźcie z domu. „Podróż tysiąca mil zaczyna się od pierwszego kroku” [Konfucjusz].

  

29 stycznia 2017

Żyjąc na niby (Eliza Sarnacka-Mahoney „Kreacja”)

Czytając „Kreację” i śledząc losy książkowych bohaterów, nieustannie zadawa-łam sobie pytania o definicję szczęścia i hierarchię wartości, o rolę przypadku w naszym życiu, o to, czy mamy wpływ na jego kształt i ile tak naprawdę zależy od nas samych. Na ile to my jesteśmy kreatorami naszego życia, a jeśli nawet, to czy kreujemy je świadomie, w sposób niezależny od opinii innych ludzi, od splotu sytuacji i zbiegu okoliczności? Czy kreując swój los, nie krzywdzimy innych — i samych siebie? Czy żyć — to znaczy grać, udawać, przybierać maski? A zatem ile w nas autentyzmu, spontaniczności, a ile wyrachowania i pozorów?

Te dylematy nie wyczerpują problematyki „Kreacji”. O czym jeszcze jest książka Elizy Sarnackiej-Mahoney? O drążącej nasze dusze tęsknocie za idealną wersją samego siebie i swojego życia, za której iluzją podążamy aż do zatracenia i samozniszczenia, depcząc po drodze wszystko, co dla innych nierzadko stanowi synonim szczęścia i spełnienia. Co jest takiego w człowieku, że nie potrafi czerpać radości z tego, co ma, z tego, co jest mu dane tu i teraz? Ciągle czegoś pragnie, gnany impulsem podsycanym przez zapierające dech w piersiach wizje doskonałego życia, wykreowane przez mainstreamowe media i cukierkowy świat reklamy. Zapatrzony w kreacje na pozór idealnych ludzi i idealnego świata, atakujące nas natarczywie z ekranów telewizji i kolorowej prasy, coraz bardziej oddala się od siebie. Nie słucha wewnętrznego głosu, swojej wewnętrznej prawdy, zaczyna myśleć, czuć i działać pod dyktando otaczającej go konsumpcyjnej rzeczywistości i wykreowanych na celebrytów ludzi sukcesu. Tyle że, jak na ironię, ci sami ludzie po wyjściu ze studia, po zejściu ze sceny i powrocie do pustego, pięknego domu nie są w stanie spojrzeć w lustro, bo nie mogą na siebie patrzeć. Tak jak Wioletta Mruczyk, uwielbiana przez telewidzów starzejąca się gwiazda talk-show, samotna i nieszczęśliwa w zaciszu intymnego świata, ale dla kibicującej jej rzeszy fanów kreująca rolę uroczo roześmianej, pełnej wdzięku, uwodzicielskiej celebrytki, której zwykli śmiertelnicy zazdroszczą sławy, urody, luksusu. Ekskluzywne zabiegi spa pomagają jej zachować iluzję, że życie oszczędzi jej upływającego czasu, natomiast alkohol znieczula, usypiając poczucie samotności, bezsilności i strachu przed starością. Alkoholem koi smutek i poczucie winy, bo nie może sobie wybaczyć, że jako młoda dziewczyna, pragnąc wyrwać się z podlaskiej wsi do wielkiego świata, tak łatwo wyrzekła się siebie, nowo narodzonej córeczki, swoich bliskich, swoich korzeni. Po latach przypłaciła to depresją, alkoholizmem i atakami paniki, ulegając szantażującym ją krewnym i płacąc im za zachowanie tajemnicy. Historia Wioletty, podobnie jak pozostałych bohaterów książki, jest otwarta, autorka nie stawia kropki nad „i”. Wioletta otrzymuje szansę, by naprawić błąd z młodości, ale czy jest możliwe, że odnaleziona po tylu latach dorosła już córka, która ma własną rodzinę i przybranych rodziców, będzie jej w stanie wybaczyć? Czy będzie możliwe nadrobienie tylu straconych lat? Nawiązanie bliskiej relacji? Stworzenie czegoś prawdziwego i dającego poczucie sensu, napełniającego duszę ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa? Chciałabym w to wierzyć, ponieważ dla mnie właśnie te doznania są kwintesencją szczęścia: nie ma nic cenniejszego, niż bliskość, zrozumienie, wsparcie, miłość. I tego życzę Wioletcie. Nie chcę jej oceniać czy piętnować. Również sama autorka jest daleka od moralizowania — pozwalając bohaterce na spotkanie z Kaliną, daje jej jeszcze jedną szansę. A to utwierdza mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest za późno i że każdy zasługuje na to, by móc naprawić wyrządzone zło. 

„Kreacja” jest powieścią o mechanizmach kłamstwa, które przybiera rozmaite formy. Bycie w relacjach z innymi ludźmi zmusza nas do zakładania masek, do nieszczerości, do udawania kogoś, kim się nie jest. Kłamstwem jest przesycony świat relacji społecznych. Kreacja siebie na potrzeby życia publicznego jest atrakcyjna i obiecująca, ale to, co skrywa się pod jej powierzchnią, może przyprawić niejednego dociekliwego obserwatora o skurcz niedowierzania. Kiedy zagląda się pod tę iluzoryczną skorupę, ma się ochotę krzyczeć, nieruchomiejąc pod ciężarem trwogi i grozy na podobieństwo postaci z ekspresjonistycznego obrazu Edvarda Muncha, którego motyw przewija się przez całą powieść. Aluzje do twórczości Muncha podkreślają, że życie w kłamstwie nie jest wynalazkiem współczesności, a samooszukiwanie się jest mechanizmem zakorzenionym w ludzkiej naturze. Dzisiejsi psycholodzy powiedzieliby, że to jeden z mechanizmów obronnych, pozwalający nam przetrwać w dżungli życia, w bezlitosnym teatrze świata. Być może kreacja to nasza tarcza, dzięki której czujemy się bezpieczni, która ma moc osłaniającą i ocalającą nasze wewnętrzne światy. Tyle że taka wizja życia zaprzeczałaby idei, że człowiek jest wolny i niezależny oraz że może doświadczyć szczęścia w kontakcie z drugim człowiekiem, że może dać mu siebie, niczego nie tracąc i nie narażając się na cierpienie.  
Być może takimi obawami kieruje się Marta, kolejna bohaterka książki, która boi się bliskości i nie jest w stanie nawiązać trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Jest wziętą dziennikarką robiącą błyskotliwą karierę w prywatnej stacji telewizyjnej, u boku Wioletty Mruczyk. Debiutowała w telewizji publicznej, ale zwabiona dużymi pieniędzmi, przeszła do telewizji komercyjnej, w której zaprzedała swoje ambicje i duszę. Wieczory spędza w towarzystwie coraz to innych mężczyzn, a porannego kaca leczy samotnie w swoim nowoczesnym apartamencie. To typowa współczesna singielka. Jej przeciwieństwem jest najbliższa przyjaciółka Anka, ucieleśniająca mit matki Polki, zmagająca się z nadopiekuńczą i apodyktyczną matką oraz mężem, który nie angażuje się w wychowanie dzieci i życie rodzinne, czas po pracy spędzając na kanapie z pilotem od telewizora w jednej ręce i butelką piwa w drugiej. Anka jest ofiarą tak zwanej wyuczonej bezradności, której korzenie sięgają dzieciństwa spędzonego pod skrzydłami apodyktycznej, kontrolującej matki. Gdzieś pośrodku plasuje się Agata, mężatka i mama Michalinki, marząca o karierze celebrytki. Aby osiągnąć swój cel, gotowa jest poświęcić rodzinę. Historię Agaty odczytałam jako upostaciowienie losów Wioletty, tyle że Agacie brakuje finezji i błyskotliwości Wioletty i może dlatego jej historia gwałtownie przybiera dramatyczny obrót. Agata jest według mnie najbardziej odpychającą postacią w powieści. Wydała mi się groteskowa: niedojrzała emocjonalnie, sarkastyczna, roszczeniowa, wiecznie narzekająca na swoje życie, pogardzająca mężem, życiem matki, swoim dzieciństwem w PRL-owskim bloku z wielkiej płyty i zupą ogórkową będącą dla niej synonimem biedy. Za wszelką cenę chce się odciąć od tej spuścizny, wykreować na nowo swoją historię, zabłysnąć na salonach, w światłach reflektorów, stanąć kiedyś przed kamerami. Nie jest w stanie docenić tego, co ma: starającego się przychylić jej nieba kochającego i ciężko pracującego męża oraz wspaniałej córki. Tymczasem właśnie tego, co tak neguje Agata, zazdrości jej Monika, kolejna współczesna karierowiczka, w której jednak drzemie tęsknota za czułością i ciepłem rodzinnego ogniska. Skontrastowane w ten sposób losy współczesnych młodych kobiet uświadamiają, że siłą sprawczą ich poczynań jest niedosyt, który staje się albo źródłem frustracji i destrukcji, albo impulsem zmuszającym do zweryfikowania całego swojego życia. Z tej konfrontacji zwycięsko wychodzi Marta, która podejmuje odważną decyzję: postanawia rzucić dotychczasową pracę i zmienić swoje życie. Chce je kreować świadomie i dojrzale, nie pod dyktando ulotnych trendów, kosztem zdrady samej siebie i swoich aspiracji, lecz wsłuchując się w swoje marzenia i ideały. Również Anka decyduje się na przełamanie swojej życiowej bierności: zapisuje się na terapię i podejmuje próbę przeciwstawienia się kontrolującej jej życie matce oraz mężowi, mobilizując go do większego zaangażowania w obowiązki rodzinne. Obie kobiety są na początku drogi, ale można żywić nadzieję, że odniosą sukces, nie ten ulotny jak błysk fleszy, lecz taki, który da im poczucie sensu i utwierdzi je w przekonaniu, że podążają trudniejszą drogą, ale we właściwym kierunku.

Eliza Sarnacka-Mahoney ukazuje swoich bohaterów z rożnych perspektyw, co sprawia, że stworzone przez nią postacie zyskują na wiarygodności. Wprowadzając do powieściowego świata reprezentantów starszego pokolenia — rodziców Marty, Agaty i Anki — pozwala nam spojrzeć na poczynania bohaterek jakby od korzeni, sięgając do dzieciństwa, do realiów, w jakich dorastały, do relacji z matką czy ojcem. Wszystkie te czynniki dopełniają obrazu postaci i ich motywacji, co sprawia, że możemy je lepiej poznać, podjąć próbę zrozumienia ich wyborów, nie ograniczając się tylko do oceny takiej czy innej postawy. Wielką przegraną, a zarazem jedną z najbardziej poruszających postaci jest Gabriela Narzymska, matka Agaty, była księgowa i wdowa samotnie wychowująca córkę. Obserwując zachowanie Agaty, wyrodnej matki i żony, uświadamia sobie, że jako jej matka poniosła klęskę. Ma do siebie żal, że popełniła jakiś błąd, że nie sprostała wyzwaniu, jakim jest wychowanie córki. Jest bierna i ma o to do siebie pretensje, ale nie potrafi zmienić swojej postawy. Nie chce ingerować, woli zachować dystans. Kiedy próbuje coś zmienić, jest już za późno. Gabriela potrafi przyznać się do błędu. Uświadamia sobie, że „wychowanie to nie słupki z księgowości”.

W fabułę „Kreacji” zostały wkomponowane aluzje historyczne nawiązujące do rewolucji francuskiej i upadku dworu Ludwika XVI oraz ekspresjonistyczne motywy inspirowane obrazami Muncha „Krzyk” i „Taniec życia”, co sprawia, że książkę można interpretować na wielu płaszczyznach. To nie tylko satyra na współczesną rzeczywistość zdominowaną przez pogoń za złudnymi wartościami, sukcesem i pieniądzem, lecz także metafora ukazująca świat jako odwieczne theatrum mundi, w którym większość z nas w drodze do celu przywdziewa rozmaite maski i kostiumy. Warto się czasem zatrzymać i spojrzeć na siebie z boku, krytycznie i refleksyjnie, bo „jeśli żyje się nieautentycznie, wbrew sobie, życie przestaje nas ekscytować. Wówczas żyje się na niby”.

8 czerwca 2016

Wieczór hinduski. Na marginesie książki Pauliny Wilk "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii"

Dyskusyjny Klub Książki działający przy Filii MBP w Zambrowie przyciąga coraz więcej chętnych. Z roku na rok przybywa uczestników, ciągle się rozwijamy i inspirujemy siebie nawzajem. Sięgamy po coraz ambitniejsze tytuły, na przykład po literaturę faktu, a zasmakowawszy w dobrej książce, ze zdziwieniem stwierdzamy: „Jak nam się mogły podobać babskie czytadła?!”, co nie znaczy, że i taka twórczość nie odgrywa ważnej roli. Nieśmiało zaczynamy pisać i odnosimy na tym polu małe sukcesy, o czym świadczy Recenzja Roku 2015 w Instytucie Książki autorstwa naszej klubowiczki Zyty Brysacz, która nigdy wcześniej nie pisała i nie podejrzewała siebie o takie zdolności. Spotykamy się nie tylko w klubie DKK, lecz także na innych wydarzeniach organizowanych w bibliotece i związanych z literaturą. Ona nas połączyła, ale to, co jest spoiwem naszej grupy, to poczucie przynależności do pewnej wspólnoty, jaką stanowią ludzie podzielający te same pasje, preferujący podobny styl spędzania wolnego czasu oraz zaspokajania potrzeb społecznych i kulturalnych, podobnie jak w powieści zatytułowanej „Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”, która była naszą pierwszą książką omawianą w klubie. Kiedy obserwuję naszą grupę, z niedowierzeniem stwierdzam, że australijscy naukowcy mają rację, mimo że do wielu rewelacji nowej psychologii zazwyczaj odnoszę się sceptycznie. Najnowsze badania udowodniły bowiem, że kluby książki (i inne podobne aktywności) sprawiają, że ludzie żyją dłużej. Nasz klub jest dowodem na to, że osoby, które uczestniczą w spotkaniach DKK, żyją pełnią życia oraz zarażają innych pogodą ducha, pozytywną energią i otwartością na nowe wyzwania.

Takim wyzwaniem była lektura reportażu Pauliny Wilk „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”. Początkowo docierały do mnie niezbyt pocieszające strzępy pierwszych wrażeń czytelniczych. Trudna książka, trudny temat, mnóstwo faktów, przytłaczające realia, ciężko się czyta, okrutna rzeczywistość, zbyt dużo cierpienia. Nadmiar nędzy, ubóstwa, brzydoty. Postanowiłam, że wybór lektury na kolejnie spotkanie padnie na literaturę piękną, na coś lżejszego, przystępnego, z wartką akcją i szczęśliwym zakończeniem. Na coś pokrzepiającego. Tak dla odmiany. Ale dyskusja podczas spotkania DKK rozwiała moje wątpliwości. Okazało się, że reportaż Pauliny Wilk wywarł na wszystkich ogromne wrażenie. Odebraliśmy tę książkę bardzo emocjonalnie z kilku względów. Poruszyła nas egzotyką obyczajów, odmiennością norm społecznych i realiów panujących w Indiach, tak odległych od naszej europejskiej kultury, urzekła przepychem orientu, bogactwem barw, aromatów i smaków, niesamowitą dynamiką życia i niewyobrażalną potęgą trwania w najbardziej chyba prowizorycznych warunkach, o jakich zdarzyło mi się przeczytać. Lektura okazała się bolesną podróżą do świata, w którym cierpienie jest tak powszechne jak u nas przechadzka po zakupy, obojętność na ludzką wegetację w niehumanitarnych warunkach na nikim nie robi już wrażenia, będąc elementem codziennego krajobrazu i sposobem na przetrwanie. Bród i smród są w Indiach na porządku dziennym. Religijność Hindusów jest jeszcze bardziej powierzchowna niż nasz polski katolicyzm, a różnorodność bóstw i wyznań może przyprawić niejednego Europejczyka o prawdziwy zawrót głowy. Najbardziej zabolała nas sytuacja kobiet, które w społeczeństwie kastowym i przywiązanym do tradycji nie mają tak naprawdę żadnych praw, godząc się na aranżowane małżeństwa, przedmiotowe traktowanie, a nawet ryzyko utraty życia za sprawą konwenansu, który usprawiedliwia morderstwa na tle posagu, akty przemocy wobec kobiet i dziewczynek teoretycznie zakazane od połowy XX wieku, ale wciąż praktykowane i powszechnie akceptowane.

Byliśmy zafascynowani i przerażeni zarazem. Z jednej strony żadne z nas nie chciałoby żyć w tak okrutnym, nieludzkim świecie, a z drugiej strony ta opowieść – mimo ogromu cierpienia, jakim epatuje hinduska rzeczywistość – urzekła nas i zahipnotyzowała. I to bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy masochistami. Sprawił to język Pauliny Wilk. Misternie, plastycznie, sensualnie i obrazowo odtworzona rzeczywistość stanęła nam przed oczami jak żywa. Czuliśmy smród panujący na ulicach Kalkuty, która jest jedną wielką kloaką chorób, śmierci, agonii i fekaliów, fetor zmieszany z zapachem orientalnych, pikantnych i aromatycznych potraw unoszącym się nad przeludnionym miastem, pulsującym od nieustannego ruchu ludzkiego mrowiska, pełnym ulicznych straganów wyrastających wprost pod nogami przechodniów i prowizorycznych konstrukcji, które wbrew prawom grawitacji trwają i rozmnażają się na przekór potędze śmierci i chorób dziesiątkujących nędzarzy. Nasza artystka malarka, emerytka o wielu talentach, zauważyła, że  nie tyle czytała tę książkę, ile ją oglądała obrazami. Tak wielką moc mają słowa, które Paulina Wilk z ogromną wrażliwością i maestrią nanizała na sugestywną, żywą tkankę snutej przez siebie narracji. Ta opowieść zagarnia czytelnika bezwarunkowo. Jak się okazało, są wobec niej bezbronni nawet najwięksi antagoniści, preferujący literaturę łatwą i przyjemną.

Po lekturze oprócz gorzkiego smaku cierpienia, ciężaru smutku i wewnętrznego rozedrgania od emocji pozostał w naszych sercach niewytłumaczalny niedosyt. Postanowiliśmy nie rozstawać się jeszcze z Indiami. Wpadliśmy na pomysł, aby zorganizować Wieczór Hinduski w DKK, również po to, by odrobinę rozjaśnić mroczne kulisy ślubów zawieranych w Indiach i zakończyć jakimś kolorowym akcentem naszą literacką podróż do Indii. Zaprosiliśmy miłośników Indii i kina hinduskiego na wieczorny seans DKK. Wspólnie obejrzeliśmy olśniewający wizualnie hinduski film pt. „Monsunowe wesele” Miry Nair, pachnący indyjskim kadzidłem i mieniący się kolorami Orientu, obsypany nagrodami, m.in. na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Przygotowaliśmy hinduskie przekąski, przebraliśmy się w sari, panowie zobowiązali się przynieść dhoti lub lungi, elementy tradycyjnego stroju hinduskiego. Oprócz dyskusji o książkach i filmach nawiązujących do realiów Indii mieliśmy okazję degustować przygotowane samodzielnie potrawy hinduskie oraz posłuchać muzyki hinduskiej.


Pomysł tak bardzo przypadł nam do gustu, że postanowiliśmy zrealizować cykl spotkań tematycznych: po wakacjach zamierzamy podyskutować o książkach Harukiego Murakamiego i zorganizować Wieczór Japoński w DKK. Potem będą kolejne książki, kolejni autorzy z różnych stron świata i kolejne wieczory etniczne. Od jutra zaczynam poszukiwać na Allegro japońskiego kimona, aby uczestniczyć w zapowiedzianym wieczorze w pełnym japońskim entourage’u

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Carta Blanca 2011

15 marca 2014

Bez pieprzyka. "Ja" Yanna Martela


Skuszona subtelną, metaforyczną strukturą "Życia Pi" sięgnęłam po kolejną powieść autora w oczekiwaniu na fascynującą ucztę literacką, która pozwoli mi zagłębić się w meandry ludzkiej duszy. Jakież było moje rozczarowanie... Czy to możliwe, by ten sam autor mógł napisać tak ekscytującą książkę jak "Życie Pi" i tak miałką, drażniącą i infantylną namiastkę literatury jak powieść "Ja"? 

Rzadko mi się to zdarza, ale tej książki po prostu nie doczytałam. Nie przeczę, że kilka fragmentów mnie zafrapowało: zaskakujące pytania zadawane przez dziecko dorosłym, próbującym sprostać dziecięcej dociekliwości i fascynacji światem, opis relacji międzyludzkich w elitarnych placówkach edukacyjnych, obraz środowiska dyplomacji i poziom życia ludzi pracujących w ambasadach i ministerstwach w różnych krajach, możliwość poznawania rozmaitych kultur i języków. Chyba zbyt wiele oczekiwałam od wątku zderzenia szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa z pustką osierocenia po śmierci obojga rodziców – zabrakło mi tutaj głębi, tak jakby katastrofy lotnicze były udziałem bliskich każdego dziecka mającego rodziców piastujących tak eksponowane stanowiska. Eksperymenty seksualne w dziedzinie masturbacji, które towarzyszą bohaterowi od okresu dorastania poprzez całą fabułę powieści, fiksacja na punkcie własnej seksualności, uczynienie zeń najważniejszej sfery istnienia – to wszystko wydało mi się zbyt sztuczne i zarazem monotonne, ustępując miejsca zdecydowanie bardziej autentycznej fabule osławionego "Kompleksu Portnoya" Philipa Rotha. 

Całkowicie pozbawiona motywacji jest według mnie przemiana bohatera w kobietę. Od tego momentu narracja zupełnie traci na dynamice i opowiadanie staje się płaskie i nużące jak deska do prasowania, na której od lat wymiatam tym samym żelazkiem według tego samego scenariusza, automatycznie i bez wnikania w mechanizm prasowania. Nie odkryłam w książce niczego zdumiewającego, co wytrąciłoby mnie z rutyny podążania za mało porywającym tokiem opowieści.  Zapewne dotąd nie byłam świadoma, że prasowanie to także sztuka, mało tego, nie przypuszczałam nawet, iż jej symbolika odwołuje się do mojego libido i tłumionych fantazji erotycznych. 

Powieść "Ja" polecam czytelnikom złaknionym doznań seksualnych ukazanych w różnych konfiguracjach: ja – ja, ja – kobieta, ja – mężczyzna. Samotny seks. Seks w konwencji hetero. Seks homo. Seks bi. Możliwe, że moja percepcja jest po prostu zbyt hermetyczna i zamknięta na tak rozległe eksperymenty z własną tożsamością. Czy jest to opowieść o wędrówce w głąb własnej duszy? Jeśli nawet, to pozbawiona literackiej finezji, która z dziwacznej historii o poszukiwaniu seksualnego spełnienia uczyniłaby książkę z kluczem, z duszą, a jeśli nawet nie, to przynajmniej powieść z pieprzykiem. 

3 lutego 2014

Dom zły (Gro Dahle, Svein Nyhus "Zły Pan")

Dawniej złym panem straszono niegrzeczne dzieci. Dobre dziecko nie musiało się obawiać złego pana, bo ten „porywał” tylko krnąbrne maluchy. Uosabiał zagrożenie czyhające na zewnątrz, któremu można było zapobiec. Wystarczyło obłaskawić złego pana obietnicą, że będzie się grzecznym. Kiedy jednak zły pan jest kimś z najbliższego otoczenia dziecka, zwłaszcza jeśli jest rodzicem – żadne zaklęcia i obietnice nie zdają egzaminu. Dziecko staje się coraz bardziej milczące i zastraszone. Zły pan na zawsze odbiera mu poczucie bezpieczeństwa, burzy wiarę w ład świata, w drugiego człowieka, a przede wszystkim wiarę w siebie. Dziecko maltretowane przez ojca być może nigdy nie odnajdzie swojego miejsca w życiu, a słowo dom będzie mu się kojarzyć z traumą i gehenną dorastania. O tragicznym dzieciństwie w cieniu ojca tyrana opowiada wstrząsająca książka norweskiego małżeństwa Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Książka dla dzieci, ale poruszająca trudną tematykę, wobec której nierzadko nawet dorośli czują się bezradni. 

„Zły Pan” to rewers książki zatytułowanej „Tato” autorstwa Sveina Nyhusa (polskie wydanie 2008 rok, Ene Due Rabe), z wymowną szatą graficzną, której dopełnieniem jest oszczędna w środkach wyrazu opowieść o dziecięcych fantazjach. Obie książki łączy podobna szata graficzna z postacią ojca przypominającą mitycznego giganta, tyle że w „Tacie” hiperbolizacja sylwetki ojca służy jego idealizacji, a w „Złym Panu” – demonizacji, monstrualizacji obrazu rodzica jako sprawcy przemocy.

Przejmujące ilustracje Sveina Nyhusa splecione z poetycką opowieścią o przemocy domowej przedstawionej z perspektywy dziecka mocno oddziałują na emocje. „Zły Pan” ukazuje ten bolesny temat w antybaśniowej poetyce. Monstrualna, przytłaczająca sylwetka ojca osacza i paraliżuje, potęgując uczucie narastającej traumy i zagrożenia. Czytelnikowi udzielają się emocje przeżywane przez Boja.  Chłopiec rejestruje najdrobniejsze przejawy narastającej złości ojca, która czai się tuż pod skórą jego olbrzymich dłoni i przejmuje nad nim kontrolę. Boj czuje się winny i jest gotów zrobić wszystko, byleby nie dopuścić do wybuchu gniewu ojca. Jest wyczulony na nagłe zmiany nastrojów taty, który w jednej chwili z uśmiechniętego rodzica przeobraża się w groźne monstrum, nieobliczalne i odbierające dziecku poczucie bezpieczeństwa. Boj nie rozumie, co się dzieje z tatą. Nie rozumie, dlaczego mama jest taka bezradna. Świat dorosłych wydaje się chłopcu irracjonalny jak koszmar z najgorszych snów. Tyle że wszystko dzieje się naprawdę, tuż obok chłopca, osaczając go i przepełniając trwogą. Tę fizyczność zła, namacalność i grozę sytuacji urealniają ilustracje, na których ojciec Boja upodabnia się do monstrualnego potwora o gargantuicznie wielkich łapach, olbrzymiejących z minuty na minutę niczym opętane gniewem bestie. Równie wymowna jest twarz ojca, która przeobraża się w odrażającą maskę złości. Zły Pan to tłumiona agresja, która nagle wymyka się ojcu spod kontroli. Zły Pan to ktoś silniejszy od taty, ktoś, kto ma nad nim władzę. Ktoś, kto wspina się po kręgosłupie taty, napręża jego szyję, przenika pod jego żebra. Wewnętrzne zmagania ojca Boj postrzega niczym walkę tytanów.

Konwencja okrutnej baśni, w którą została ujęta opowieść o przeżyciach chłopca, odgrywa tu ważną, terapeutyczną rolę. Zły Pan to siła potężniejsza od taty, mamy, Boja. Zły Pan to upostaciowione zło. Cała trójka jest wobec niego bezsilna. W ten sposób chłopiec usiłuje wytłumaczyć sobie to, co dzieje się w jego domu. Opowieść snuta z perspektywy Boja odsłania świadomość dziecka, które znalazło się w epicentrum przemocy. Wybuch ojca jest jak pożar, który trawi wszystko, co napotka na swojej drodze. Zły Pan pali się w jego płomieniach. Kiedy zostają po nim jedynie zgarbione plecy ojca, Boja ogarnia współczucie i żal. Zły Pan „pełznie ciasnymi tunelami i chowa się w zamkniętej piwnicy”. Tata płacze. Biedne tatusiątko. Boj czuje, że powinien o tym komuś powiedzieć, ale zarazem obawia się, że zachowa się nielojalnie wobec rodziców, którzy w jego wyobrażeniu są zbyt słabi, by pokonać Złego Pana. Równie słaby i nietrwały jest ich dom, cienki jak papier, kruchy jak szkło. Całą trójkę łączy „tajemnicza tajemnica”. Boj nieustannie się boi. Boi się taty, boi się dźwięków, ciągle nasłuchuje, czy coś nie obudzi Złego Pana. Stan osaczenia, w jakim pogrąża się chłopiec, oddaje metafora zamkniętych drzwi. „Są zamknięte, jedne za drugimi, cały długi rząd. Cały Boj jest zamknięty tysiącem zamkniętych drzwi”. Ten obraz wyraża nie tylko poczucie zagrożenia, ale też chęć ucieczki i potrzebę opowiedzenia komuś o tym, co czuje chłopiec. Tyle tylko że Boj nie może tego zrobić. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Boj czuje się nie tylko jak ofiara, ale też jak winowajca. Ucieczkę przed traumą odnajduje w fantazjach. W marzeniach bawi się z białym psem sąsiadki, która jest jedyną pozytywną postacią w tej czarnej baśni. Podczas zabawy opowiada o swoich przeżyciach. „Pies ma takie duże, miękkie uszy. I słucha nimi tak cierpliwie, aż klej na wargach Boja traci moc i słowa zaczynają wymykać się z ust”. W tej opowieści o smutnym dzieciństwie dramatyzm splata się z poetyckością, okrucieństwo z liryzmem. Przejmującego smutku nie sposób przecież wyrazić inaczej niż za pomocą języka poezji. „Boj opowiada psu. Opowiada krzakom i ptakom, trawie i drzewu. Drzewo słucha każdym jednym liściem i wznosi Boja ku wiatrowi, ku chmurom, ku niebu. – Podaj dalej – szepcze drzewo na wietrze. – Powiedz o tym. Powiedz”. Boj przecież nie może tego zrobić. Ale może o tym napisać komuś, kogo spotyka w swoich marzeniach. I Boj pisze list do Króla, uruchamiając ciąg zdarzeń ujętych w baśniowe metafory. Baśń musi mieć szczęśliwe zakończenie. Dosłowność byłaby dla dziecka trudna do przyjęcia. A zatem rozwiązanie zyskuje iście baśniową motywację. Zjawia się Król, który zabiera tatę do swojego królestwa. Dorośli zinterpretują ten obraz dosłownie: tata otrzymuje pomoc psychologiczną. Król to terapeuta, który pomoże tacie pokonać demony i uwolnić się od Złego Pana. Ostatnia ilustracja ukazuje uśmiechniętego tatę i radosnego Boja pogrążonych we wspólnej zabawie. Mały czytelnik doznaje ulgi. Pokonuje napięcie, które nagromadziło się podczas lektury książki. Wyzwala się z negatywnych emocji. Baśń o Złym Panu pozwala mu uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.

„Zły Pan” to książka bolesna, ale niosąca nadzieję. W Norwegii została wydana w ramach projektu „Świadek przemocy” i jest stosowana jako pomoc terapeutyczna dla dzieci, które doświadczyły przemocy w domu. Publikacja powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń i doczekała się ekranizacji w postaci krótkometrażowego filmu animowanego. To ważna książka, pokazująca piekło przemocy rodzinnej i jej psychologiczne skutki. Wymowne jest w tym kontekście zdanie wypowiedziane przez Boja na początku książki, kiedy jego tata wraca z pracy. Malec spogląda na ciężkie spracowane dłonie ojca, na jego imponującą posturę, i z dumą myśli: „Kiedyś będę może taki jak on”.  Ojca jednak denerwuje byle błahostka i wkrótce chłopiec czuje, że duma ustępuje miejsca przerażeniu i panice. Książka uzmysławia, że jeśli nie przerwie się milczenia, nie zareaguje, nie wyzwoli z kręgu przemocy, jej ofiara z czasem staje się winowajcą, a jako osoba dorosła zaczyna powielać zachowania rodzica i wchodzić w rolę oprawcy. Sama staje się Złym Panem.










Gro Dahle, Svein Nyhus, „Zły Pan”, Wydawnictwo Ene Due Rabe 2013 

25 listopada 2013

Na wschód od Edenu [Piotr Brysacz "Patrząc na Wschód. Przestrzeń. Człowiek. Mistycyzm"]

Recenzję dedykuję mojemu mężowi Grzegorzowi

Nigdy nie byłam w stepie, tundrę znam jedynie z programów przyrodniczych, a tajga kojarzy mi się po części z bajką, po części z gehenną kazamatów. Z miejsc, które odwiedziłam, najbardziej wschodni wydaje mi się Supraśl za Białymstokiem, mała urokliwa miejscowość usytuowana na pograniczu dwóch światów: Wschodu i Zachodu, świata łacińskiego i kultury bizantyjskiej. Jeśli kogoś fascynuje życie na styku, na pograniczu, na wieży Babel, powinien pojechać na Podlasie, na wschód od stolicy, a jeszcze lepiej – daleko w głąb Rosji. Jeśli jednak nie może się wyprawić w tak odległe rejony, niech koniecznie sięgnie po wydaną w październiku książkę Piotra Brysacza, będącą zbiorem wywiadów z pisarzami i podróżnikami zapatrzonymi we Wschód.

Gdzieś wyczytałam, że niektóre grupy etniczne na Wschodzie są praktycznie na wymarciu. W ostatnim spisie ludności przeprowadzonym w Rosji uwzględniono między innymi czterech Kereków, pięciu Kajtagców oraz sześciu Czamałałów. Jest też kilkanaście grup nieprzekraczających dwudziestu osób. Trochę to smutne. Książka "Patrząc na Wschód" przesiąknięta jest nie tylko nostalgią za odchodzącym światem ludów dalekiej Rosji, ale też barwną i żywą narracją o Rosji współczesnej, która mimo postępującej europeizacji zachowała swoje niepowtarzalne, pierwotne oblicze i unikatowy charakter. 


Książka „Patrząc na Wschód” to wyzwanie dla wyobraźni. W trakcie lektury przeżywałam natężenie wschodnich krajobrazów, przestrzeni, duchowości, mentalności, tamtejszych realiów. Dawka tego, co w opowieściach rozmówców Piotra Brysacza składa się na świat Wschodu, jest zwielokrotniona poprzez zderzenie kilkunastu sposobów doświadczania tamtej rzeczywistości. Jest wyzwaniem również w sensie mentalnym. Muszę się na nowo zdefiniować ze swoją tożsamością, kompleksami, które po lekturze mniej uwierają, bo ów Wschód, często postrzegany jako coś gorszego, zaściankowego, jako prowincja Europy, czyściec leżący na wschód od Edenu, ukazuje nagle inne twarze, których nie byłam świadoma, swoją inność, która na pewno nie jest gorsza, choćby przez kontrast z syfilizacją Zachodu, o której tak zajmująco filozofuje Mariusz Wilk, od dwudziestu lat mieszkaniec Karelii na dalekiej Północy, wagabunda, erudyta, pisarz i mędrzec. Uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę niewiele wiem o Wschodzie. Z dzieciństwa wyniosłam niechęć do tego, co „ruskie”, Wschód bowiem w tamtych czasach kojarzył mi się pejoratywnie. A oto okazuje się, że Wschód ma wiele twarzy. Można go ukazywać na rozmaite sposoby: jako przestrzeń nieoswojoną, nieokiełznaną, ale pociągającą, egzotyczną, mozaikową, bo utkaną z wielokulturowości, jako przeciwwagę zachodniego konsumpcjonizmu, świat bliższy naturze, sprzężony z surowością przyrody, bardziej pierwotny, nieucywilizowany, autentyczny. Przywykliśmy spoglądać na Wschód przez siatkę uprzedzeń. Trudno jest uciec od politycznych zaszłości, które determinują nasze postrzeganie Rosji jako imperium ekspansji, zagrożenia, dominacji, totalitaryzmu, jako „inny świat”, „nieludzką ziemię”, przesiąkniętą krwią i łzami zesłańców, skażoną stereotypem ruskiej dziczy. Książka Piotra Brysacza prowokuje do sięgnięcia głębiej, pod naskórkowość stereotypów. Wyzwala też impuls do przeczytania reportaży na temat Rosji autorstwa rozmówców, których Piotr pytał o Wschód, o wschodnią duszę, o to, gdzie przebiega granica między Wschodem i Zachodem, o polskość, na którą spogląda się ze Wschodu, o rosyjskość i ruskość postrzeganą na różne sposoby: przez nas, Polaków, ale też przez reprezentantów nacji, które wchłonęła Rosja sowiecka. Pytał o skłonność ludzi Wschodu do mistycyzmu, która przybiera różne oblicza: kultów religijnych, szamanizmu, sekciarstwa, wiary w objawienia samozwańczych proroków, w uzdrowicieli, jasnowidzów. Pytał o krajobrazy wyrastające z nicości i bieli w bezkresnej panoramie dalekiej Północy, wobec otchłani których człowiek może się pojednać z pierwotną, surową przyrodą, schodząc do samego jądra życia, ale też poczuć pragnienie, by szukać Boga i próbować odnaleźć samego siebie. 


Książkę Piotra Brysacza czyta się na zasadzie lektury otwartej, która nie kończy się wraz z dotarciem do ostatniej strony, ona tak naprawdę dopiero się zaczyna. W mojej świadomości nakładają się na siebie rozmaite topografie i mapy Wschodu, przesuwają się granice, jedne ulegają unicestwieniu, inne uwyraźnieniu. Pod obstrzałem pytań znalazły się stereotypy, które odnoszą się do postrzegania tego, co znajduje się po prawej stronie mapy. „Patrząc na Wschód” to książka magiczna, refleksyjna, dociekliwa, prowokująca nie tylko do odnalezienia w sobie wschodniej tropy, która wiedzie nas ku „białej gorączce”. Obcując z ludźmi wrośniętymi w pejzaż rozciągający się umownie po prawej stronie mapy, wsłuchując się w ich opowieści o Rosji, o Kaukazie, o Syberii, o Jakucji, o dalekiej Północy, możemy podjąć próbę dookreślenia własnej tożsamości, własnych horyzontów, co uwypukla trafny podtytuł książki: przestrzeń, człowiek, mistycyzm... Na Zachodzie mistycyzm wypierany jest przez konsumpcjonizm, na Wschodzie, gdzie nie ma tak rozwiniętej komercjalizacji życia, jego realia są bardziej surowe, pierwotne, sprzyjają otwartości na to, co duchowe, pozamaterialne. 


Biało-barwna, wielokulturowa peregrynacja na prawą stronę mapy, szlakiem bohaterów książki, wydobywa z letargu kilka istotnych pytań, na które często pozostajemy głusi w świecie zachodniej rzeczywistości rozpiętej między produkcją i konsumpcją dóbr materialnych. Jak smakuje czerstwy rosyjski chleb, ten prawdziwy, nie z hipermarketu, tak prawdziwy, jak prawdziwi są ludzie z Północy i jak prawdziwe jest tamto życie? Jaki zapach wypełnia surowy w swej prostocie czum, dom, w jakim się mieszka w tajdze? Jakie to uczucie: siedzieć przy ognisku i otulać się skórą renifera, rozgrzewając w cieple bijącym z paleniska dłonie skostniałe na pięćdziesięciostopniowym mrozie? Co jest prawdą, a co iluzją? Co bardziej unieszczęśliwia: niedosyt czy nadmiar rzeczy? Czym jest droga? Czym jest dom? Co jest istotą życia? I jaki horyzont jest mi bliższy: zachodni czy wschodni. Duch czy materia? Być czy mieć?

Piotr Brysacz, Patrząc na Wschód, Fundacja Sąsiedzi 2013

19 marca 2013

Czarny murzyn z ognistej Afryki. "Kawa" Božidara Jezernika

W minioną sobotę, 16 marca, Dyskusyjny Klub Książki obchodził jubileusz powstania. W marcu mija bowiem rok od inauguracyjnego spotkania DKK dla dorosłych. Dla uczczenia rocznicy istnienia klub książki zorganizował dyskusję literacką w Cafe Muza. Spotkaniu towarzyszyła muzyka z motywem kawy, filiżanki i kawiarni, nierzadko inspirowana lekturą książki zatytułowanej „Kawa” autorstwa słoweńskiego antropologa Božidara Jezernika, bohaterki sobotniej dyskusji literackiej. 

Najważniejszy kawowy motyw muzyczny przewijający się zarówno na kartach eseju Jezernika, jak i rozbrzmiewający w tle spotkania został zaczerpnięty z nieznanej szerszej publiczności żartobliwej „Kantaty o kawie” Jana Sebastiana Bacha. Aby dopełnić kawowej i literackiej uczty, podczas spotkania DKK zorganizowano degustację wyśmienitej, szlachetnej kawy, którą na różne sposoby przyrządzał dla uczestników spotkania gość specjalny, właściciel sklepu Świeżo Palona. W ruch poszły rozmaite kawowe akcesoria: młynek żarnowy, który pozwala wydobyć z kawy najpełniejszy smak, AeroPress, dripper. 
Ponoć tylko ręczne mielenie kawy pozwala na zachowanie jej niepowtarzalnego aromatu, stąd przyrządzanie naparu z kolejnych gatunków kaw zamieniło się w prawdziwy rytuał, a gość specjalny uwijał się przy barze niczym kahwedżibasza, o którym można przeczytać w książce Jezernika. 
Kenia, Zimbabwe, Malawi czy Salwador to nie tylko nazwy egzotycznych krain, do których w swej opowieści o kawie zabiera czytelników autor książki, ale też nazwy kaw, których mieli okazję spróbować członkowie DKK. Rozcierając w palcach startą skórkę pomarańczy lub cytryny i wąchając ich zapach bądź próbując odrobiny gorzkiej czekolady, migdałów czy suszonych jabłek, można się było przekonać, jaki zapach i smak najlepiej eksponuje walory kawy łagodnej, o niskiej kwaskowatości i lekkim owocowym aromacie, a jaki pasuje do kawy mocnej, wytrawnej, o wyrazistym smaku i głębokim aromacie. 
W kawiarnianej atmosferze przy filiżance znakomicie przyrządzonej kawy uczestnicy spotkania zgłębiali tajniki „piekielnego naparu”, konfrontując swoje wrażenia z opowieścią autora książki pt. „Kawa”. Jeśli któryś z gości zdradzał się ze swoją niechęcią do kawy, jej amatorzy przytaczali co ciekawsze anegdotki z książki Jeziernika, próbując nakłonić oponenta do skosztowania „czarnego murzyna z ognistej Afryki”. Jak przekonuje autor, powołując się na liczne teksty źródłowe, barwne legendy, traktaty o kawie i relacje podróżników odwiedzających kraje Arabii Felix, kawa to napój o wyjątkowych właściwościach. Świadczą o tym fascynujące opowieści. Oto kilka z nich. Pewnego razu, gdy prorok Mahomet poczuł się bardzo zmęczony i wyczerpany, na rozkaz Wszechmogącego zjawił się archanioł Gabriel i przyniósł nieznany napój, który był tak czarny, jak czarny jest kamień wbudowany w narożnik Kaaby w Mekce. Jego nazwa brzmiała kahwa lub kahve, to, co orzeźwia, to, co wzmacnia. Mahomet, kiedy wypił ten cudowny napój, poczuł się na tyle silny, by zwalić z konia czterdziestu mężów i posiąść czterdzieści kobiet. W Turcji kawa jest tak ważna w interesach jak same interesy. Jest napojem narodowym, traktuje się ją bardzo serio. We Francji w XVIII wieku kawa uchodziła za intelektualną pożywkę. Słowa kawa i oświecenie były praktycznie synonimami. Niejaka Elizabeth Durieux wypijała każdego dnia czterdzieści filiżanek kawy do sto czternastego roku życia. W Skandynawii pije się ją tuż przed pójściem do łóżka – by lepiej spać. 

Z okazji rocznicy istnienia DKK uczestnicy spotkania spróbowali też po kawałku specjalnie przygotowanego na tę okoliczność tortu udekorowanego emblematem DKK. 
Jak się okazuje, książki nie tylko poszerzają horyzonty oraz zaspokajają potrzeby intelektualne i duchowe, ale też pozwalają na integrację ludzi o podobnych zainteresowaniach, podzielających zamiłowanie do czytania i dyskutowania o literaturze, co jest szczególnie inspirujące w czasach, kiedy czytelnictwo ponoć upada. Dyskusyjne Kluby Książki wskazują raczej na coś zupełnie przeciwnego.








2 lutego 2013

Dyskusyjny Klub Książki versus Klub Filmowy [na marginesie powieści Gilmoura]

Kto by pomyślał! Idąc na spotkanie DKK i kłócąc się w myślach z Davidem Gilmourem, autorem i narratorem "Klubu filmowego", nie przypuszczałam nawet, dokąd zaprowadzi nas dyskusja nad powieścią. Czy ukłon w stronę sztuki filmowej nie zostanie odczytany jako zdrada? Książka kontra film. Sztuka słowa versus kinematografia. Okazało się jednak, że idea koegzystencji i przenikania się sztuk znalazła swoje uwiarygodnienie w naszej małej książkowej społeczności. Po spotkaniu postanowiliśmy rozszerzyć naszą aktywność o założenie klubu filmowego. Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Ha! Czyż to nie dowód na to, że ta książka zasługuje na uwagę? 

Powieściowy "Klub filmowy", jeśli nawet nie porwał wszystkich walorami literackimi, dramaturgią i głębią psychologicznej analizy, zauroczył nas swą idée fixe. Udzieliła nam się magia kina. Możliwe, że czuliśmy niedosyt. Były momenty w książce, kiedy brakowało nam pełniejszego wglądu w problematykę filmów oglądanych przez Jessego i Davida. Niektóre zostały zaledwie muśnięte, rozbudzając nasze apetyty na ich obejrzenie. Ale czyż dzięki temu książka nie zyskała na atrakcyjności? Czasem, tak jak to czynił David w trakcie dyskusji z Jessem, lepiej nie zdradzać za wiele, nie mówić za dużo, w porę ugryźć się w język, by nie przytłaczać własną erudycją, lecz pozwolić przemówić emocjom swojego adwersarza. Po ostatnim spotkaniu DKK chciałoby się powiedzieć o powieści Gilmoura: to kawał dobrej literatury, ale zamiast tego ciśnie mi się na usta: to kawał dobrego kina. Filmowa retrospektywa. Podróż do źródeł kinematografii. 
W recenzji zatytułowanej "Czterysta batów", napisanej tuż po ukazaniu się powieści, dałam upust emocjom wywołanym lekturą. Moja uwaga skupiła się na aspektach wychowawczych, które obok tematyki filmowej stanowią główną problematykę książki. Niektórzy z pewnością stwierdzą sardonicznie: przecież ta książka jest antywychowawcza i niepedagogiczna. David nie jest wzorowym ojcem, to antyrodzic – parafrazując słynnego "antychrysta". No bo jak to! Przecież sam proponuje nastolatkowi, by rzucił szkołę. No dobrze, ale takiej empatii i wyczucia chwili można mu pozazdrościć. We właściwym momencie, zanim będzie za późno, rzuca tonącemu koło ratunkowe. Pozwala mu na poufałość i kumpelskie rozmowy. O czym? O seksie, dragach, kobietach, piciu, wagarowaniu, kontestacji, uczuciowych drogach i bezdrożach, damsko-męskich klęskach i podbojach. Ale dlaczego nie? Może właśnie w tym szaleństwie jest metoda... Jeśli David trzymałby się kurczowo stereotypu nobliwego, surowego rodzica będącego ostoją moralności, zamiast pokonywać bariery dzielące ojca i nastoletniego syna oraz krok po kroku zbliżać się do jego świata, czułby się coraz bardziej z niego wykluczany. Zaskoczyła mnie szczerość w ich wzajemnych relacjach, zauroczyły szacunek, akceptacja i zaufanie. Nawet jeśli postawa Davida jednych zirytuje i zbulwersuje, innym może zaimponować. W naszej dyskusyjnej grupie zdania były podzielone. Na mnie wybór Davida podziałał inspirująco. Uświadomiłam sobie, że hipokryzja to niebezpieczna metoda wychowawcza, która w wielu rodzinach zniszczyła relacje między nastolatkami i rodzicami. Przecież nikt nie jest doskonały. Niejeden dorosły, cieszący się w swoim środowisku uznaniem i estymą, ma poza sobą młodość chmurną i durną. Jeśli stać go na odwagę, by być sobą w relacji z dorastającym dzieckiem i nie kreować się na kogoś lepszego, niż się jest w rzeczywistości, to można mu jedynie pogratulować autentyzmu i  pokory wobec siebie, ale też wobec nastolatka. 

"Bo ja w twoim wieku..." Któż z nas nie był raczony w dzieciństwie podobnymi paralelami, które młodym ludziom podcinają skrzydła i sprawiają, że czują się głupsi, gorsi, bezwartościowi. David stawia na bycie sobą i prawo do popełniania błędów. Poświęca Jessemu cały swój czas. Dając mu wolność, zawierza mu bezgranicznie. Czy Jesse zdaje sobie z tego sprawę? Czy jest świadomy, że w sytuacji, w jakiej się znalazł, staje się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za ojca? Dojrzewanie to pasmo błędów i klęsk. Tak jak rodzicielstwo. Ale najważniejsze jest zaufanie. Nawet jeśli chwilami wydaje się, że nawzajem siebie zawiedliśmy. I rodzic syna, i syn rodzica. Czy istnieje wychowanie bez porażek? Chyba tylko w teorii. Z takich porażek krystalizuje się bowiem wzajemna relacja. Zdolność do wybaczania, akceptowania – i zdolność do skruchy, do ponoszenia konsekwencji, wyciągania wniosków. Porażki stają się próbą charakteru.  Właśnie na tym polega zwycięstwo Davida jako ojca. Dał sobie i Jessemu prawo do popełniania błędów. Akceptacja siebie nawzajem, z bagażem ułomności i słabości, ale też umiejętność przebaczania, godzenia się ze sobą i ze światem, scementowały ich relacje. Ale to nie wszystko. Młody człowiek oprócz bezwarunkowej akceptacji ze strony ojca otrzymuje jeszcze coś bezcennego. David zdaje się na intuicję, na rodzicielski instynkt i miłość do syna. Nie chce wywierać na niego presji. Wzdraga się przed zastraszaniem go, zmuszaniem do czegokolwiek. Zdaje sobie sprawę, że takie działania mają charakter doraźny i mogą być tragiczne w skutkach. Zamiast desperacji szuka w sobie miłości do dziecka. Zamiast poddawać się uczuciu rozczarowania, poszukuje alternatywy. Rozwiązania problemu, a nie jego eskalacji. Z godną pozazdroszczenia odwagą pozwala synowi dokonać samodzielnego wyboru. Ale nie pozostawia go samego z tą decyzją. Proponuje mu edukację filmową. Najgorszym rozwiązaniem byłaby bowiem bezczynność. Jako krytyk filmowy i dziennikarz może zaoferować Jessemu swoją pasję, wiedzę i doświadczenie. Jesse może rzucić szkołę, ale musi zgodzić się oglądać z ojcem trzy wybrane przez niego filmy tygodniowo, przyjąć jego warunki i wziąć na siebie odpowiedzialność za dotrzymanie słowa. 
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Aż trudno w to uwierzyć. I co poniektórzy dali temu wyraz. Ktoś zakwestionował rzetelność w ukazywaniu faktów. Możliwe, że zostały podkoloryzowane. Podbarwione dobrymi intencjami. Myślę jednak, że nie to jest najistotniejsze. Bez względu na to, czy wszystko to prawda czy fałsz, ta historia wywołuje emocje. Prowokuje do dyskusji. Czasem zmusza do zweryfikowania własnych metod wychowawczych, do odnalezienia w sobie iskierki pokory. David wbrew pozorom nie jest antywzorcem rodzica. Sądzę, że można się od niego wiele nauczyć. Jak nie przedobrzyć. Nie powiedzieć za dużo o jedno słowo. Jak przyznać się do porażki i nie stracić do siebie szacunku, jak się nie poddawać, mimo poczucia, że wszystko zawiodło, i trzymać się raz obranego kierunku, który prowadzi do celu, nawet jeśli momentami się błądzi. A przede wszystkim – że warto zaryzykować. Że czasem trzeba postąpić zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, nie rozum. I że z roku na rok nasze dzieci są coraz doroślejsze i coraz bardziej niezależne, ale jeśli było się zawsze z nimi, a nie przeciwko nim, to bez względu na okoliczności one odpłacą nam szczerą miłością, lojalnością i wdzięcznością. I to jest piękne! I za to cenię Davida, "Klub filmowy" i jego pomysł na edukację syna. Edukację w szerokim znaczeniu. Filmową, duchową, intelektualną, artystyczną – i koniec końców życiową. To była trudna, ale motywująca lekcja dojrzewania. Warto było ją przeżyć razem z Jessem.


David Gilmour, Klub filmowy, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Dobra Literatura 2011





19 stycznia 2013

O kronikarzu, jego studni, ptaku proroku i czerwonym kapeluszu [Haruki Murakami, "Kronika ptaka nakręcacza"]


Jeśli zależy ci za zachowaniu status quo i niczym niezmąconej beztroski – poczucia komfortu i błogostanu – strzeż się „Kroniki ptaka nakręcacza”. Po lekturze tej najdziwniejszej z powieści autora, jakie być może do tej pory przeczytałeś, nie pozostanie ci bowiem nic innego, jak wybrać się na poszukiwanie wyschniętej studni i wzorem bohatera zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem oraz stanąć oko w oko z najgłębszą otchłanią własnej świadomości. A jeśli jeszcze zapuścisz się w jej najintymniejsze zakamarki, przygotuj się na to, że nic w twoim życiu nie będzie już takie, jak było. Z równowagi może cię wyprowadzić dzwonek telefonu. Możliwe, że po drugiej stronie odezwie się tajemnicza kobieta, której niespodziewany telefon do Tōru Okady wywołał lawinę absurdalnych sytuacji, rozrastających się niczym tunele w podziemnym labiryncie. Jeśli przypadkiem zajdziesz do pobliskiej kafejki na kawę, może ciebie zaskoczyć towarzystwo Japonki w czerwonym plastikowym kapeluszu, która przysiądzie się do twojego stolika, by w enigmatycznych słowach zakomunikować ci o czymś, co się niebawem wydarzy w twoim życiu, wprawiając w ruch przędzę przeznaczenia. Kreacja Malty Kanō, obdarzonej darem przepowiadania przyszłości, oraz postać jej siostry Krety tworzą ekstrawagancką wariację na temat roli, jaką w kulturze europejskiej odgrywały boginie przeznaczenia czuwające nad porządkiem świata. Tyle że w powieści Murakamiego porządek świata zostaje zachwiany, wymykając się jakimkolwiek próbom obłaskawienia losu – oswojenia nieoswajalnego – podejmowanym przez bohatera. Wymowne są imiona sióstr Kanō: Malta i Kreta. Nazwy odsyłające do wysp usytuowanych w basenie Morza Śródziemnego stanowią trop wskazujący na źródło, z którego można czerpać inspirację, zastanawiając się, w co Murakami gra z czytelnikiem. Oto rekwizyty, w które wyposażył pisarz obie siostry: Malta nosi czerwony, plastikowy kapelusz, z kolei ubrania i makijaż Krety przywołują styl lat 60. Czyżby czerwony plastikowy kapelusz Malty symbolizował ekspansję kultury masowej, podobnie jak sztuczne rzęsy Krety, jej fryzura i ubrania w stylu Jacqueline Kennedy? Jaką rolę odgrywa w powieści pan Honda, którego postać Murakami kreuje na współczesnego  Terezjasza? Ongiś odsłonił on przed Edypem jego przeznaczenie, a im bardziej mitologiczny bohater chciał uniknąć spełnienia się tragicznej przepowiedni, tym bardziej zbliżał się do jej urealnienia. Od losu bowiem nie ma ucieczki. Zdaje sobie z tego  sprawę Tōru Okada, który stawia mu czoło, brnąc coraz dalej w labirynt niedorzeczności i dążąc do konfrontacji ze swoim przeznaczeniem. Bo jeśli nie uczyniłby tego, los i tak prędzej czy później zadrwiłby z niego okrutnie. 

Znalezienie klucza do powieści Murakamiego nie jest łatwe, odnoszę wręcz wrażenie, że „Kronika…” jest książką niepoddającą się jednoznacznym interpretacjom. Murakami snuje swoją abstrakcyjną opowieść, wprowadzając coraz to nowe postacie, jeszcze bardziej irracjonalne niż wykreowane wcześniej, i tworząc coraz to bardziej absurdalne scenariusze zdarzeń. Kiedy absurd osiąga apogeum i wydaje się, że lada moment znajdziemy motywację dla zaistniałych zdarzeń, trop się urywa i wracamy do punktu wyjścia. Im bardziej bohater nie rozumie rzeczywistości, wobec której postawił go ślepy los, tym silniejsze odczuwa pragnienie, by się z nią zmierzyć, by ją sobie podporządkować, a im bardziej okazuje się ona nieoswajalna, z tym większą determinacją Okada usiłuje przezwyciężyć poczucie absurdu, na jakie skazuje go rozszalała sprężyna zdarzeń. 

„Kronika ptaka nakręcacza” to najbardziej europejsko-amerykańska z powieści japońskich, jakie trafiły dotąd w moje ręce. Bohater słucha muzyki europejskich i amerykańskich kompozytorów i jaazmanów: m.in. Rossiniego, Beethovena, Bacha,  Percy’ego Faitha, Milesa Davisa, Albeta Aylera czy Cecila Taylora, czyta europejskich i amerykańskich pisarzy, ze szczególnym upodobaniem do Kafki i Hemingwaya, ogląda amerykańskie filmy. Europejskie korzenie zdradzają liczne aluzje mitologiczne, zaczerpnięte z kultury śródziemnomorskiej i budujące warstwę filozoficzną powieści. Przemieszanie japońskich realiów życia i motywów zaczerpniętych z filozofii egzystencjalnej oraz mitologii greckiej tworzy literacką multimozaikę, która jednych może zauroczyć, u innych z kolei wzbudzić jedynie sceptyczny uśmiech politowania. Na potrzeby surrealistycznego świata, wykreowanego w „Kronice…”, Murakami w zaskakujący sposób dekonstruuje starożytne mity i archetypy. Dla laika te aluzje mogą pozostać nieczytelne, co może skutkować wzruszeniem ramion zniechęconego czytelnika i zbesztaniem w myślach autora nieszczęsnej „Kroniki…”. A może jednak warto dać mu szansę? Może ta paranoiczna, surrealistyczna, kafkowska w swej absurdalności historia ma jakiś sens? Dla mnie ważnym sygnałem do podjęcia gry, w którą Murakami gra z czytelnikiem, była narzucająca się analogia między narratorem „Kroniki…” i bohaterami powołanymi do istnienia przez mistrzów literatury europejskiej: Różewicza, Kafkę, Camusa. Zanim Tōru Okada zostaje wytrącony z jałowego rytmu dotychczasowej egzystencji, w swej bierności przypomina  bohatera „Kartoteki”. Jest tak samo jak on bezbarwny, szary i zwyczajny. Z chwilą jednak, gdy w jego codzienność wkracza rzeczywistość niczym z  sennego koszmaru, mężczyzna podejmuje walkę z osaczającym go absurdem, tak jak uczynił to Józef K., którego świadomość w zetknięciu z łańcuchem niewytłumaczalnych sytuacji nagle zaczyna się budzić z letargu, a on chce zrozumieć, dlaczego dzieje się to, co się  dzieje, i kto uruchomił machinę zdarzeń, w obliczu których porywa go nieznana mu dotąd motywacja do działania. Tak naprawdę nie jest w stanie zgłębić istoty tego, co go spotyka, może jedynie to zaakceptować i pogodzić się z faktem, że jest igraszką w rękach siły znacznie potężniejszej niż on. Wędrówka Tōru Okady, błądzącego pomiędzy jawą i snem w poszukiwaniu zaginionej żony, przypomina również historię mitologicznego Orfeusza. W takim kontekście opowieść o schodzeniu bohatera do studni, by dotrzeć tam, dokąd nie ma dostępu nasza racjonalność, nabiera sensu. Tak jak nabiera sensu mozolna wspinaczka Syzyfa uginającego się pod ciężarem olbrzymiego głazu, jaką podejmuje ten mitologiczny bohater, próbując przechytrzyć bogów – mimo że po kilku nieudanych próbach zyskuje świadomość, że jego trud jest jałowy i z góry skazany na klęskę. A jednak nie pozostaje mu nic innego, jak trwać przy swoim kamieniu w poczuciu dramatycznej konieczności podejmowania ciągle od nowa tytanicznego wysiłku, by przezwyciężyć ironię losu, oswoić to, czego nie da się oswoić, uwolnić się od absurdu, od którego nie można się uwolnić. 

Tōru Okada ze swoją nierzeczywistą historią może zostać odebrany przez wielu czytelników jedynie jako bohater niedorzecznej książki Murakamiego. Ale jeśli damy się porwać iluminacyjnej strukturze opowieści i zejdziemy na samo dno wyschniętej studni, która otwiera nas na zupełnie inną perspektywę postrzegania rzeczywistości, po zakończeniu lektury znajdziemy się w miejscu, do którego nie dotarlibyśmy bez Tōru Okady, nasłuchującego ostrego głosu tajemniczego ptaka nakręcacza. Rutyna usypia świadomość, z kolei stanięcie oko w oko z nieprzewidywalnością i nieoswajalnością świata sprawia, że budzą się w nas te głębiny naszej świadomości, na które dotąd pozostawaliśmy głusi. Może warto doświadczyć tej dziwnej podróży wraz z bohaterem Murakamiego, by nagle odkryć w sobie zupełnie nieznane krajobrazy.




Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, tłum. A. Zilińska-Elliott, Muza 2012

10 stycznia 2013

Było sobie miasteczko [J.K. Rowling, "Trafny wybór"]

Jeśli chciałbyś zamieszkać w małym, uroczym, angielskim miasteczku, możliwe, że wybrałbyś Pagford. To miejsce w sam raz dla kogoś, kto ceni sobie spokój i miłych sąsiadów. Zapewne wprowadzisz się do jednej z eleganckich wilii przy Church Row, stromej uliczce, przy której stoją najdroższe domy, będące ucieleśnieniem wiktoriańskiej solidności i komfortu. Nieopodal wznosi się śliczny neogotycki kościółek, usadowiony na rynku z pięknym widokiem na ruiny starego opactwa. Nieco dalej znajduje się klub golfowy i klubowa restauracja. Tylko dla członków klubu. Brzmi kusząco? Mając do dyspozycji tyle atrakcji, zarezerwowanych dla ludzi z klasą, możesz poczuć się pełnowartościowym członkiem społeczności Pagford. Witaj w klubie! Jeśli gardzisz szkolnictwem publicznym – zwłaszcza że państwowa szkoła średnia Winterdown mieści się na przedmieściach brzydkiego osiedla Fields zamieszkałego w większości przez rodziny patologiczne – możesz posłać swoje dzieci do prywatnego liceum. W końcu komfort i poczucie luksusu to coś, co się należy tobie i twojej rodzinie. A Pagford to nie jakieś tam Fields. 

Jeśli bliskie są tobie takie kategorie myślenia, wśród nowych sąsiadów poczujesz się jak ryba w wodzie.  Będziesz mógł bez poczucia dyskomfortu pławić się w obłudzie, hipokryzji, biorąc za dobrą monetę błysk samozadowolenia, który rozświetla oblicza tej „lepszej” części mieszkańców Pagford. Kochasz pozory? Dwoistość moralna to twoja mantra? Zapraszamy do Pagford. A jeśli jeszcze odnajdziesz w sobie ambicję, by ubiegać się o miejsce w radzie miasta, trafiłeś na doskonały moment. Właśnie odszedł jeden z włodarzy, niejaki Barry Fairbrother. Ale bądź czujny. Na wolny wakat ostrzy pazurki kilku innych pagfordczyków. Śmierć Barry’ego, podobnie jak przepowiednie czarownic w „Makbecie”, obudziły w niektórych mieszkańcach niebezpieczne ambicje, do tej pory uśpione. Poczucie władzy. Co takiego kryje się w jego mrokach, że nagle w zetknięciu z nimi w ludziach budzą się demony? 

Jeśli jednak gardzisz mentalnością pagfordczyków, poczujesz dreszcz zniesmaczenia. Pewnie myślisz, że jesteś kimś lepszym, że drzemią w tobie pokłady bezinteresownej potrzeby zrobienia czegoś dobrego dla społeczności miasteczka. Możliwe. OK. Nie mam prawa ciebie oceniać, chociaż w tym małym światku, w którym z taką nieskrępowaną swobodą rządzą pozory, można się pogubić. Urocze małe Pagford, jak każde małe miasteczko, ma swoje ciemne strony. Dumni pagfordczycy udają, że one nie istnieją. A może nie udają... może hipokryzja wżarła się w ich dusze tak głęboko, że autentycznie są przekonani, iż wszystko, co ich dotyczy, jest tylko dobre i godne, a to, co brzydkie i paskudne, odnosi się do Fields. A przecież tam mieszkają inne rodziny, pozostawiona sama sobie młodzież, zwichnięci ludzie, ci najbardziej doświadczeni przez życie, wobec których los nie był tak łaskawy jak wobec mieszkańców dobrej dzielnicy w Pagford. Zmagają się z patologiami, alkoholizmem, narkomanią, prostytucją... 

Śmierć Barry’ego ujawnia antagonizmy, które dzielą radę miasta. Barry, pochodzący z biednego Fields, jest przykładem człowieka, któremu się udało. Odniósł sukces. Spełnił swoje marzenia. Stał się szanowanym, zamożnym obywatelem, który wyrwał się ze środowiska podcinającego skrzydła młodym ludziom i skazującego ich na degrengoladę. Mało tego. Nie obrósł w piórka, nie odciął się od swojej przeszłości, nie zapominał o swoich korzeniach. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Wielu innych zamożnych mieszkańców chełpiących się posiadaniem willi w dobrej dzielnicy i luksusowego auta nie przyznaje się do swojego dzieciństwa spędzonego w biednym osiedlu na przedmieściach. Barry jest inny. Jego społecznikowskie zapędy drażnią część radnych, którzy próbują odciąć się od Fields, pozbyć się problemu, zamiast szukać sposobów jego rozwiązania. Jeśli Fields zostanie administracyjnie odcięte od Pagford i włączone do biednego Yarvil, z budżetu miasta znikną środki na pomoc narkomanom i rodzinom patologicznym zamieszkującym Fields. To już nie będzie problem Pagford.  Kto będzie finansował ośrodek pomocy społecznej... Co się stanie z ludźmi, których próbują resocjalizować pracownicy socjalni... 

Bogaci i biedni. Żyją obok siebie, ale na zupełnie innych archipelagach. Pozornie nic ich nie łączy, a dzieli mur obojętności i pogardy. Patrząc na mieszkańców Fields, pagfordczyk może sycić się poczuciem swojej wyższości. Jest kimś lepszym. Ma wszystko. Ma szacunek, bo posiada pieniądze, władzę, prestiż. Ale ileż w tym zaślepienia, pychy, egoizmu i samozadowolenia, od którego aż mdli postronnego obserwatora, dostrzegającego, że właśnie ci bogaci są odpowiedzialni za rzeczywistość, w której żyjemy. Oni mogą więcej. Ale wygodniej jest zamknąć się we własnym światku i udawać, że problemy świata mnie nie dotyczą. Przymykać oczy na wynaturzenia, które dzieją się gdzieś poza murami naszego domu. Czyżby? Sytuacja wcale nie wygląda tak pięknie, jakby się mogło wydawać. Śmierć Barry’ego staje się początkiem niespodziewanych wydarzeń, w efekcie których na światło dzienne wychodzą różne ciemne sprawki. Okazuje się, że każdy ma coś na sumieniu. W każdej rodzinie, nawet tej jak z reklamy, kryje się jakiś mroczny, wstydliwy cień. Ale lepiej jest go nie dostrzegać, udawać, że nie istnieje, albo po prostu trwać w nieświadomości, skupiając się na sobie, i to do tego stopnia, że rani się najbliższych. W dobrych rodzinach dzieją się złe rzeczy. Córka bezkompromisowej pani doktor, wrażliwa i odrzucona Sukhvinder, nie akceptując swojej inności, ulgę znajduje w samookaleczaniu się. Jej samotność jest rozpaczliwa, ale rodzice, oboje lekarze, niczego nie dostrzegają. Fats, przybrany syn dyrektora szkoły i szkolnej pedagog, czerpie satysfakcję ze znęcania się nad innymi. To daje mu poczucie siły. Pozwala uniknąć kompromitacji, a dla nastolatka kompromitacja to najgorsze piętno. Swoją słabość skrywa pod maską przemocy. Z kolei matkę, doświadczoną pedagog, przytłaczają zarówno problemy rodzinne i wieczne konflikty ze zbuntowanym nastolatkiem, jak i problemy zawodowe. Przerażające są jej bezsilność, bezradność, brak działania, tak w domu, jak i w szkole, gdzie jej podopieczni to głównie młodzi ludzie z Fields. Pracownicy socjalni z ośrodka wsparcia również wydają się opieszali w swoich działaniach, a procedury są ważniejsze niż żywy człowiek. A wystarczy okazać ludzkie zainteresowanie, autentyczną życzliwość i wiarę w drugiego człowieka, by coś drgnęło. Tak jak uczynił to Barry. To jedyna pozytywna postać w tej książce. Pojawia się na kilku pierwszych stronach, by w prologu zejść ze sceny i swoją niespodziewaną śmiercią zasiać zamęt w Pagford. Świat dorosłych ukazany w powieści to w pewnym sensie świat mugoli z „Harry’ego Pottera”, a kreacja Barry’ego Faithbrothera jest nacechowana symbolicznie: to dorosły czarodziej, ale daleki od  konwencji fantasy, obdarzony magią dziecięcej autentyczności, charyzmą i wiarą w ludzi młodych oraz w siłę marzeń. To piękna znacząca postać, drogowskaz dla rodziców, nauczycieli, pracowników socjalnych, pedagogów, radnych i wszystkich ludzi, na których spoczywa odpowiedzialność za przyszłość młodego pokolenia, a co za tym idzie za losy świata.

W powieści Rowling mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, którego autorka wykreowała w przekonujący i realistyczny sposób. To małomiasteczkowa społeczność, z jej przywarami, małostkowością, egoizmem,  snobizmem, samouwielbieniem. Jednocześnie udało jej się z tej społeczności wyodrębnić poszczególne postacie, pokazać motywy ich działań, psychologiczne mechanizmy ich zachowań, uczuciowe deficyty i niedostatki, które stają się motorem ich frustracji, rozczarowań, a w końcu życiowych dramatów. Szczególne miejsce zajmują w powieści młodzi ludzie, którym autorka poświęciła wiele uwagi. Stworzyła wiarygodnych bohaterów, którzy stają się nam bliscy jak żywi ludzie. Zaglądamy pod podszewkę ich tęsknot, lęków, obsesji, by ulec podszeptom współczucia, przerażenia, czasem doznać ulgi, czasem odnaleźć wątłą iskierkę nadziei, która tli się w zakończeniu książki. Aby mogła zaistnieć, musiało dojść do tragedii, której można było uniknąć, gdyby inni pagfordczycy potrafili zauważyć drugiego człowieka, wznieść się ponad własne problemy, animozje, uprzedzenia, egoizm. Stajemy się świadkami wstrząsających wydarzeń, ku którym autorka prowadzi nas niczym w tragedii antycznej. Na końcu doznajemy katharsis,  ale też otrzymujemy surową lekcję. Ja także jestem odpowiedzialny. Każdy z nas każdego dnia dokonuje różnych wyborów. Dlatego też od nas tak wiele zależy. Ważne, by były to trafne wybory.

J.K. Rowling, Trafny wybór, przeł. A. Gralak, Znak 2012