29 września 2021

Raj utracony według Chatwina. Bruce Chatwin "Pieśni stworzenia"




W maju – po wielomiesięcznej przerwie wywołanej pandemią – społeczność skupiona wokół Dyskusyjnego Klubu Książki przybyła na spotkanie, spragniona nie tylko dyskusji o literackich światach i postaciach, lecz także powrotu do normalności i kontaktów międzyludzkich na żywo, w wymiarze realnym.

W książkowy świat realny, mimo że ukazany w formie powieści, zabrał nas tego dnia angielski pisarz, dziennikarz i podróżnik Bruce Chatwin, zafascynowany sztuką i archeologią niestrudzony obieżyświat. Kierowany wręcz obsesyjną ciekawością egzotycznych dla Europejczyka kultur odbył podróże do Chin, Patagonii, Beninu i Australii. Właśnie ten ostatni kontynent stał się przestrzenią upamiętnioną na kartach „Pieśni stworzenia”. Literacka wyprawa tropem opowieści spisanej przez Chatwina pozwoliła nam zaobserwować smutną, wręcz ponurą wersję australijskiej rzeczywistości, którą kojarzymy głównie z takimi obrazami, jak słynny serial z lat 80. pt. „Powrót do Edenu” czy serial inspirowany kultową książką Colleen McCullough „Ptaki ciernistych krzewów”. Podczas emisji tych telewizyjnych superprodukcji w latach 80. pustoszały ulice polskich miast. Całe rodziny, reprezentanci wszystkich pokoleń, zgodnie zasiadały przed telewizorami, by chłonąć losy bohaterów tych ekscytujących telewizyjnych oper mydlanych. Po lekturze opowieści Bruce’a Chatwina czytelnik uświadamia sobie, że wizerunek Australii zaserwowany nam przez owe legendarne już wytwory przemysłu telewizyjnego daleko odbiega od prawdziwego oblicza, charakterystycznego dla tego pełnego tragizmu i sprzeczności, tajemniczego kontynentu.
Czytając książkę Chatwina, czułam się jak Alicja po drugiej stronie lustra, ale nie po tej zaczarowanej, jak w australijskich serialach z dzieciństwa, lecz po tej surowej, mrocznej i wstrząsającej niemal do szpiku kości. Podróż autora-narratora, podążającego tropem mitycznych wierzeń rdzennej ludności Australii, próbującego zgłębić duchowy, kulturowy i geograficzny wszechświat ludności aborygeńskiej zakodowany w legendarnych „pieśniach stworzenia”, umożliwiła mi przyjrzenie się dramatycznej historii i tajemniczej kulturze tego obszaru cywilizacyjnego. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z mitologią australijskich autochtonów z tak bliskiej perspektywy, byłam więc tym bardziej zaintrygowana ukazaną w powieści historią, bo o fabule w tym przypadku raczej trudno dywagować. Nie jest to powieść w klasycznym rozumieniu, fabuła jest tu raczej szczątkowa, a uwaga narratora skupia się na odsłanianiu kolejnych etapów wędrówki przez interior oraz prezentowaniu galerii postaci mających swoje pierwowzory w świecie realnym. Opowieść jest tak dalece nasycona realizmem szczegółu, że niemal namacalnie możemy uczestniczyć wraz z bohaterem w jego peregrynacji w głąb kontynentu, w oddalone od cywilizacji enklawy stanowiące pozostałości po rdzennej australijskiej ludności. Dzięki temu mogłam spojrzeć na ten dziki, zdeprawowany przez białego kolonizatora świat oczyma samego autora, ale też oczyma poszczególnych postaci, z którymi nieustannie konfrontuje się narrator, oraz oczyma Aborygenów, do których udaje się dotrzeć autorowi, co nie jest łatwe, zważywszy na narastającą przez kolejne epoki niechęć rdzennej ludności do białego intruza. Z podziwem obserwujemy, z jaką konsekwencją i determinacją, nie bacząc na piętrzące się przeciwności i niedogodności, narrator dociera do kolejnych osób cieszących się zaufaniem Aborygenów, nierzadko kluczowych dla ruchu na rzecz praw Aborygenów oraz na rzecz przywrócenia rdzennym mieszkańcom ziem przywłaszczonych sobie przez białych przybyszy. Z tych konfrontacji raz za razem wyłania się upiorna rzeczywistość: niejednokrotnie ci, którzy deklarowali swoją pomoc i zostali obdarzeni zaufaniem Aborygenów, koniec końców sami kończyli marnie, narażając się na banicję i wegetację niczym Marlow z „Jądra ciemności” czy na okrutną klęskę niczym ojciec Gabriel z „Misji”, bądź okazywali się ludźmi zasługującymi na pogardę z uwagi na swoją interesowność i chęć zysku: w tym przypadku sławę i karierę pisarską, którą zyskiwali, zdradzając powierzone im w zaufaniu tajemnice Aborygenów.
Co pozostało z pradawnej, harmonijnej krainy, kiedy Aborygeni żyli niewinnie i szczęśliwie jak dzieci, nieświadome zła czającego się za wielką wodą, biegające boso i chadzające nago, żyjące w harmonii ze sobą, naturą i tradycją kultywowaną przez pokolenia w „pieśniach stworzenia”? Naszym oczom ukazuje się kraina ludzi smutnych, zdegenerowanych, złamanych, wykorzenionych, zamroczonych alkoholem i dziesiątkowanych chorobami przywleczonymi przez białych. To Australia ludzi wegetujących w enklawach, rezerwatach czy misjach prowadzonych przez chrześcijańskich misjonarzy, którzy w imię chrystianizacji czarnej ludności i zbawienia ich dusz gotują im piekło na ziemi. Australia zaprezentowana przez autora – rdzenna, pierwotna, dzika – jawi się jako kraina zdemoralizowana, niechlujna, naznaczona prowizorką, nieestetyczna, pełna dziwaków, szaleńców, ekscentryków, wykolejeńców i ludzi żyjących na granicy zatracenia, zarówno czarnych, jak i białych, którzy egzystując w tym dziwacznym, zbezczeszczonym miejscu zagubili swoje ja, duszę i nierzadko zmysły. Z wypowiedzi bohaterów przewijających się na kartach książki wyłania się zarazem zróżnicowany obraz samych Aborygenów: jedni postrzegają ich jako ofiary kolonializmu i poczuwają się do obowiązku, by stanąć w obronie ich praw, inni z kolei, jak na przykład biały policjant z Alice Springs, tkwią w sidłach uprzedzeń rasowych i żywią przekonanie, że to nieporadni, nieudolni i słabi ludzie, którzy nie zasługują na szacunek, ponieważ moralnie, intelektualnie i kulturowo nie dorastają białej rasie do pięt i powinni być wdzięczni białym przybyszom za to, że wkładają tyle trudu w ich ucywilizowanie.
Książka Chatwina to lektura niełatwa, adresowana do konesera i wytrawnego czytelnika. To proza jednocześnie oszczędna i ekstrawagancka (Susannah Clapp), minimalistyczna i lapidarna (John Updike), co sprawia, że „Pieśni stworzenia” czyta się na wiele sposobów: jako literaturę faktu, powieść drogi, nowy wymiar powieści podróżniczej – co na lata 80. XX wieku było zjawiskiem odkrywczym, jako osobisty pamiętnik białego outsidera nieakceptującego zachodniego świata zatraconego w konsumpcjonizmie oraz materializmie, poszukującego alternatywnej cywilizacji, notatnik antropologa i badacza, ale też białego nomada, zafascynowanego koczowniczą kulturą dawnych ludów, które żyły w poszanowaniu natury i szczęśliwie w ziemskim raju, zanim nie zniszczył go swoją zachłannością biały kolonizator. Stąd podczas lektury stale towarzyszyły mi literackie odniesienia do innych utworów o podobnej tematyce. Nie sposób czytać tej eksperymentalnej powieści podróżniczej o raju utraconym bez skojarzeń z takimi tytułami, jak: „Jądro ciemności” Josepha Conrada (Afryka), „Pan Pip” Lloyda Jonesa (Nowa Gwinea), „Marzenie Celta” Maria Vargasa Llosy (Ameryka Południowa i Afryka], „Misja” Roberta Bolta (Ameryka Południowa).
Powieść Chatwina, mimo że w latach 80. i 90. doczekała się uznania krytyków i środowisk literackich, nie należy do najłatwiejszych w lekturze i nie jest może literacką perełką, niemniej pozostawia trwały ślad w świadomości czytelnika. Do mnie przemówiła przede wszystkim jako ważny głos w dyskusji nad haniebną postawą białego człowieka zawłaszczającego kontynent po kontynencie i czyniącego sobie ziemię poddaną, bez względu na cenę, jaką za tę ekspansję płaci rdzenna ludność, i bez oglądania się na ogrom dewastacji naturalnych zasobów. Chatwin w swoich refleksjach posuwa się jeszcze dalej. Twierdzi bowiem, że ludzie ze swej natury są gatunkiem migrującym, ale kiedy osiedlili się w jednym miejscu, ich naturalne popędy znalazły ujście w przemocy, chciwości, poszukiwaniu statusu. Sam, jako podróżnik i badacz kultur ludów wędrujących, pod koniec życia preferował minimalizm, dochodząc do przekonania, że żądza pieniądza, otaczanie się dobrami materialnymi, luksusem oraz rzeczami przynosi zniewolenie i jest źródłem cierpienia, co nabiera szczególnego wymiaru w naszych czasach rozpasanego konsumpcjonizmu i kultu posiadania. Po zakończeniu lektury jeszcze długo prześladowało mnie nieustępliwe pytanie: czy ludzkość się opamięta? Ceną jest dziś nie tylko wolność i poczucie człowieczeństwa, lecz przede wszystkim przetrwanie planety i życia na ziemi. Czy potrafimy wyciągnąć lekcję z historii opowiedzianych przez pisarzy pokroju Chatwina? A może jest już za późno… Być może obraz interioru z powieści Chatwina, z ostatnimi potomkami rdzennej ludności Australii pogrążającej się w rozpaczy i poczuciu beznadziei, cechującego się abnegacją, brudem i entropią, to przedsmak tego, co czeka nasz gatunek bezrefleksyjnie dewastujący planetę? Bo po nas choćby potop... I najważniejsze pytanie: jakie dziedzictwo, jakie „pieśni stworzenia” pozostawi po sobie zachłanna i destrukcyjna ludzkość? Plastik, śmietnisko, kurz, mrok, pustkę, nicość…? Zdaje się, że powieść Chatwina nie pozostawia złudzeń...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz. :-)