17 maja 2010

Żywioł

Gűnter Grass
Powódź


Przeczekamy deszcze,
choć przyzwyczailiśmy się
stać za firanką, niewidzialni.
Łyżka stała się sitem, nikt już nie odważy się
wyciągnąć ręki.
Płynie teraz ulicami wiele
z tego, co w suchy czas starannie chowano.
Jak niemiło oglądać zużytą pościel sąsiada.
Często stajemy przed wodomierzem
i porównujemy nasz niepokój jak zegarki.
Co nieco można wyregulować.
Lecz kiedy zbiorniki się przepełnią,
odziedziczona miara zapełni się,
będziemy musieli się pomodlić.
Piwnica jest zalana,
skrzynie wynieśliśmy na górę
i sprawdzamy zawartość z listą.
Jeszcze nic nie zginęło.
Ponieważ woda wkrótce na pewno opadnie,
zaczęliśmy szyć parasole słoneczne.
Bardzo trudno będzie znów przejść przez plac,
wyraźnie z ołowiano-ciężkim cieniem.
Z początku brak nam będzie zasłony
i często będziemy schodzić do piwnicy,
by przyglądać się linii
pozostawionej przez wodę.

przełożyła Maria Krysztofiak

















źródło zdjęć
źródło zdjęć 

Dopisek z 21 maja: 
W gminie Lanckorona wskutek długotrwałych opadów powstały bardzo groźne osuwiska  o znacznym obszarze. W rejonie powstałego osuwiska zniszczeniu uległo 30 budynków, a zagrożonych jest jeszcze kilkadziesiąt domów; gmina zwraca się z apelem o pomoc dla mieszkańców Lanckorony. Zwały ziemi ze zbocza obsuwają się i mogą zawalić poniżej usytuowane budynki. Osuwisko w miejscu uszkodzonych budynków bez przerwy powiększa swoje rozmiary, powstają nowe głębokie szczeliny, tąpnięcia i przesuwające się zwały ziemi. 
My możemy ewentualnie osuszyć i wyremontować swoje mieszkanie, a ci ludzie stracili wszystko... :-(

10 maja 2010

Praski danse macabre... Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniego

Po przeczytaniu powieści czeskiego pisarza Michala Viewegha "Aniołowie dnia powszedniego" doszłam do wniosku, że jednak nie chciałabym być aniołem. Status śmiertelnika odpowiada mi dużo bardziej. Miałam wątpliwości już wówczas, gdy kilka lat temu obejrzałam słynny film Wima Wendersa "Niebo nad Berlinem". Utrzymany w stylistyce ekspresjonistycznej, ze zdjęciami zanurzonymi w popielatej sepii, z niepokojącą muzyką Nicka Ceve'a – czarował smutkiem i melancholią. Anioły o wielkich skrzydłach i łagodnych oczach uwodziły moją wyobraźnię. Milczące, czuwające nad dachami Berlina, niosące pocieszenie nieszczęśliwym, samotnym, zagubionym ludziom. Mogły je widzieć jedynie dzieci – chyba w myśl przekonania, że dobrze widzi się tylko sercem, a to, co ukryte, jest niewidoczne dla oczu ["Mały Książę"]. Wielkie posępne skrzydła jeszcze długo prześladowały moje sny.

Zupełnie inne odczucia wzbudziły we mnie anioły z powieści Michala Viewegha, krążące smętnie wśród zaułków Pragi. Co mnie samą zdumiało, wydały mi się bliższe niż anioły Wima Wendersa. Bardziej ludzkie niż mistyczne. Przyziemne niż wzniosłe. Jakieś takie zmęczone, bezradne, zrezygnowane. Nie tego się spodziewałam. "Powiem wprost: większość naszych misji kończy się niepowodzeniem"[s. 9]. Myślałam, że takie słabości to domena ludzi, a tu, proszę, anioły bezradne i nieporadne. Kto by pomyślał. Mało tego. "Nasze drobne anielskie przejawy życzliwości wydają mi się trochę przypadkowe. Brakuje mi w tym jakiegoś systemu"[s. 9] – te sceptyczne rozważania jednego z aniołów kładą się cieniem na przekonaniu, że Bóg, zwierzchnik aniołów, jest  idealny. A jaki Pan, taki kram...

Jofaniel. Hahamel. Nith-Haiah. Ilmuth. Jeźdźcy apokalipsy, jak sarkastycznie wyraził się Jofaniel, mając na myśli siebie i pozostałą trójkę swoich towarzyszy. Kuriozalne to anioły – nie mają skrzydeł. Ale nie trzymajmy się tak kurczowo zardzewiałych stereotypów. Nie skrzydła zdobią anioła, tak jak nie szata zdobi człowieka. "Jesteśmy tylko posłańcami. Kurierami miłości" [s. 9].  Dodać otuchy, uczynić ostatnie chwile bardziej znośnymi, sprawić, by człowiek, patrząc w oczy śmierci, nie odchodził z poczuciem, że jego życie było jedynie przelotnym cieniem, opowieścią idioty, pełną wrzasku i wściekłości, a nie znaczącą nic [Szekspir] – to misja, którą starają się wypełniać od kilkuset lat. Z różnym skutkiem. Anioły dnia powszedniego są ułomne tak jak ludzie. Nie potrafią udzielić sensownej odpowiedzi na pytanie trzynastoletniej Chinki umierającej na raka: dlaczego? Oto przed aniołami kolejne zadanie, tym razem w Pradze: ich podopieczni to Karel, instruktor nauki jazdy, i Zdenek, samobójca. 5 września 2006 roku to ich ostatni dzień życia... Karel na razie o tym nie wie... Jest jeszcze Estera, młoda wdowa, niepotrafiąca odnaleźć się po śmierci męża, ale ona przeżyje ten ostatni, feralny kurs Karela... Ich losy splotą się u schyłku dnia, w którym przeznaczone jest umrzeć obu mężczyznom. Poznajemy też Marię, żonę Karela, zgorzkniałą, pozbawioną energii nauczycielkę, dla której małżeństwo już dawno stało się przyzwyczajeniem, a praca rutyną. Lidkę, żonę Zdenka, która zdradziła go i odeszła od niego wraz z dwójką dzieci. I Jarmilę, matkę Zdenka, pozostawioną przez męża w dniu ślubu, która swoje zranione serce koi miłością do syna i groteskową wiarą w anioły. W skrzydlate anioły w białych, powłóczystych szatach i z aureolą wokół głowy. Będzie potrzebowała pocieszenia. Ale sprawa jest beznadziejna. Tutaj nic się nie da zrobić. Jofaniel, Hahamel, Nith-Haiah i Ilmuth już na starcie czują się pozbawieni motywacji i wiary w sukces. Ogarnia ich przerażająca dla mnie inercja. Defetyzm. Aniołowie już dawno stracili zdolność do zachwytu. "Kiedyś, dawno temu miałem pewne złudzenia co do ludzkiej mądrości, wrodzonej dobroci, ale jak tylko zacząłem rozumieć, co ludzie mówią, moją sympatię diabli wzięli. (...) Wolne od osądzania, wyrozumiałe spojrzenie na ludzkie mrowisko – to jest (...) wszystko, na co mogę się zdobyć"[s. 77]. Aniołom dnia powszedniego daleko zatem do ideału. I to je różni od aniołów Wima Wendersa: anielskość bohaterów "Nieba nad Berlinem" jest kwintesencją doskonałości, która nie pozwala im płakać, widzieć kolorów, czuć zapachów, smaków. Jeden z nich zapragnie zostać człowiekiem, by zasmakować pełni życia i miłości, nawet za cenę utraty nieśmiertelności i wiecznej doskonałości. Nawet mimo świadomości, że życie wiąże się z bólem, cierpieniem, stratą, starzeniem się, umieraniem. "Trzeba wstąpić w kamień, w drzewo, w wodę, w szpary furty. Lepiej być skrzypieniem podłogi niż przeraźliwie przeźroczystą doskonałością" [Z. Herbert, Tylko nie anioł].

Mój profesor od fizyki, przy okazji wystawiania oceny odpytywanej osobie, zwykł żartobliwie mawiać: "Dostateczny. I obyś żył aż do samej śmierci". Wtedy, przed laty, ogromnie mnie to bawiło, teraz, po przeczytaniu książki, słowa te nabierają zupełnie innego charakteru. "W młodości mało kto przeczuwa, że życie nie jest niczym innym, jak ciągłym żegnaniem się z życiem"[s. 90].  Książka Michala Viewegha to "story o ludziach, aniołach i umieraniu" oraz "książka o nas wszystkich, których czas został dawno odmierzony, a mimo to zachowujemy się, jakbyśmy mieli żyć wiecznie" [słowa autora – nota wydawcy]. To współczesny danse macabre, osadzony w scenerii praskich krajobrazów, z charakterystycznym architektonicznym detalem w tle: mostem. W książce mosty na Wełtawie nabierają znaczenia eschatologicznego, stają się klamrą spinającą dwie sfery: doczesną i tę, która znajduje się na drugim brzegu życia. Jeden z nich staje się mostem śmierci...


Przyznaję, że książka mnie przygnębiła. Smutni, nieszczęśliwi, pełni gniewu i zatwardziałości ludzie... Nieporadni, zrezygnowani aniołowie... I Bóg, który "utrzymuje kilka miliardów ludzi w absolutnej nieświadomości" [s. 131]. Mojego zawodu nie ukoił ani rubaszny, ironiczny, chwilami refleksyjny, anegdotyczny styl, ani  wciągająca, wartka narracja, ani melanż kompozycyjny, ani czarny humor, którym autor obdarzył swoje anioły. I nawet słowa anioła Jofaniela nie zdołały mnie pocieszyć: "Używaj daru życia. Uśmiechów dzieci, kolorów nieba, zapachu kawy, ciepłego wiatru i dzwonienia tramwajów. Ciesz się mroźną zimą i upalnym latem. Szczęście to czas. Nie zapomnij o tym" [s. 126].

8 maja 2010

O przełamywaniu stereotypów. Pija Lindenbaum, Igor i lalki – Stephen Daldry, Billy Elliot

Skąd się biorą stereotypy? Jaki mają wpływ na życie społeczne i relacje między ludźmi w ogóle, ale też na relacje między dwoma światami: męskim i kobiecym? Książka ukazuje interakcje między dziewczynkami i chłopcami, na które oddziałują kształtowane w rodzinie wyobrażenia i wzorce zachowań utożsamiane z daną płcią.

Czytając tę książkę mojej prawie czteroletniej córce, przypomniałam sobie wcześniejszy blogowy wpis na temat maskulinizmu Tatianki, któremu się poddała, odkąd zaczęła uczęszczać do przedszkola. Pytam Tatiankę: "Tatianko, co dzisiaj robiłaś w przedszkolu?" i słyszę: "Dzisiaj w przedszkolu – bo nasze potomstwo odpowiada pełnymi zdaniami – bawiłem się klockami". "A co jadłaś na obiad?". "Jadłem zupkę". O dziwo, gdy Tatianka opowiada o tacie i jego zajęciach, mówi na przykład: "Tatuś pojechała na zakupki". "Tatuś pojechał na zakupki, Tatianko" – poprawiam. Ale Tatianka nie przyjmuje tych koniugacyjnych niuansów do wiadomości. Jej postawa jednak ma logiczne uzasadnienie: w przedszkolu, w grupie maluszków jest więcej facetów, zatem Tatiana mówi: zjadłem, ubrałem, bawiłem się, zwłaszcza gdy dzieli się wrażeniami z przedszkola. A w domu rządzą kobiety, bo mężczyzna jest tylko jeden, a nas dwie, stąd może to Tatiankowe: "Tata pojechała na zakupki"...  Jak naturalnie i spontanicznie dziecko przejmuje wzorce zachowań i wzorce językowe, które obserwuje w najbliższym mu środowisku.

Kilka lat temu obejrzałam kultowy już film Stephena Daldrya zatytułowany "Billy Elliot", inspirowany historią tancerza Philipa Marsdena. Jedenastoletni Billy, mieszkaniec położonego gdzieś na angielskiej prowincji miasteczka górniczego ogarniętego strajkami i dotkniętego kryzysem ekonomicznym, po śmierci mamy nie potrafi porozumieć się z ojcem, górnikiem, typowym facetem zapatrzonym w twarde męskie reguły, jakie rządzą znanym mu robotniczym światem. Owdowiały Peter pragnie wychować synów na prawdziwych mężczyzn. Nie akceptuje mazgajstwa, na jakiekolwiek przejawy wrażliwości reaguje krytycyzmem, postrzegając je jako oznaki zniewieściałości i nie szczędząc Billy'emu złośliwych żartów. Dostrzegając w Billym podobieństwo do wrażliwej matki, która kochała muzykę i grała na pianinie, postanawia zapisać chłopaka na zajęcia boksu, wychodząc z założenia, że ten męski sport uczyni z jego syna stuprocentowego faceta. Tak się jednak złożyło, że w tym samym budynku odbywają się zajęcia baletu. Zafascynowany tańcem Billy w tajemnicy przed nieprzejednanym ojcem zaczyna uczęszczać na lekcje baletu, odkrywając swoje powołanie i pasję, które  w finale filmu stają się przepustką do innego, lepszego życia. W środowisku górników taniec był postrzegany przez mężczyzn jako domena typowo kobieca, niegodna prawdziwego mężczyzny, uwłaczająca jego męskości. To świat wyraźnych podziałów na to, co męskie, i na to, co kobiece, świat kulturowych uprzedzeń, i Billy jest zmuszony do ukrywania swoich artystycznych pasji. Nie znajduje oparcia w rodzinie i w najbliższym otoczeniu – środowisko prostych górników nie akceptuje jego baletowych upodobań. Ale tu nie chodzi tylko o pasję i możliwość poświęcenia się temu, co się kocha, o potrzebę samorealizacji. W Billym drzemie ogromny potencjał i prawdziwy talent. Ma szansę  dostać się do prestiżowej Royal Ballet School w Londynie, przechodząc przez sito przesłuchań kwalifikacyjnych. Ma szansę wyrwać się z biednego górniczego miasteczka i zostać wybitnym tancerzem baletowym.  
W ostatniej scenie widzimy Billy'ego już jako młodego mężczyznę, solistę w przedstawieniu  "Jezioro łabędzie" w choreografii słynnego Matthew Bourne'a. Jak to możliwe? Ci, którzy oglądali film, wiedzą, że bohater zawdzięcza swój sukces nie tylko sobie: gdyby nie wsparcie najbliższej rodziny i całej społeczności miasteczka, brzydkie kaczątko nigdy nie przeobraziłoby się w pięknego, olśniewającego łabędzia. Talent Billy'ego nie mógłby zabłysnąć całym swym blaskiem. Odpowiedzialnością można by wówczas obarczyć stereotypy i podporządkowaną im mentalność prostych górników z biednego prowincjonalnego miasteczka. Ale w obliczu olśniewającego, samorodnego talentu Billy'ego upadają stereotypy. Nawet tak skrępowany nimi ojciec, przypadkowo odkrywając niezwykły talent chłopca, zapragnie zrobić wszystko, by Billy mógł realizować swoje marzenia. Udaje mu się wznieść ponad stereotypy, zniewalające, krępujące i podcinające skrzydła tym, którzy pragną żyć inaczej, niż ukazują to zakodowane w społeczeństwie wzorce. Trudno jest się z tych stereotypów wyzwolić, jeśli przez całe życie żyło się pod ich dyktando.

 


Właśnie dlatego książka Piji Lindenbaum wydaje mi się ciekawą lekturą, prowokującą do rozmowy na temat tego, co łączy i co dzieli świat chłopców i świat dziewczynek, na temat akceptacji i przekraczania granic. Inność nie jest gorsza, nie należy jej dyskredytować. A z tego, co odmienne, odległe od naszych wyobrażeń i nawyków, można również czerpać w sposób twórczy i z korzyścią dla własnego świata. Postaw wobec inności uczymy się już w dzieciństwie i one rzutują na całe nasze dorosłe życie. Dlatego warto ten temat poruszać z naszymi pociechami, choćby przy okazji lektury takich książek, jak "Igor i lalki" Piji Lindenbaum.

wydawnictwo Zakamarki

Pija Lindenbaum, Igor i lalki, tłum. Katarzyna Skalska, Zakamarki 2009

7 maja 2010

Nowy konkurs w Selkar.pl

Zapraszam do udziału w konkursie zorganizowanym przez Selkar.pl wraz z wydawnictwem Nasza Księgarnia. Do wygrania dwa egzemplarze książki Małgorzaty Gutowskiej-
-Adamczyk "Cukiernia Pod Amorem", tom pierwszy: Zajezierscy.

Szczegóły konkursu tutaj. 


Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła?
W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów. Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie. Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów.
Informacje o książce pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia

Blog książki "Cukiernia Pod Amorem" 

3 maja 2010

Pejzaż w kolorze ochry. Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr

Ta historia mogłaby być o mnie i mojej anonimowej sąsiadce. Codziennie mijam ją na spacerze, starszą kobietę z twarzą bez wyrazu, z pustym wzrokiem, który zdaje się przywoływać jedyną pocieszycielkę – samotność.  "Tajemnice muszą być dobrze strzeżone. (...) Samotność. Ceną jest samotność" [s. 30]. Co miałaby mi do powiedzenia, gdybym odważyła się przekroczyć tę niewidoczną, ale odczuwalną barierę anonimowości, gdybym wykonała taki gest, jaki uczyniła wobec swojej sąsiadki bohaterka powieści Lindy Olsson "Niech wieje dobry wiatr"? Jakie sekrety odsłoniłaby przede mną: duszący zapach konwalii czy słodki smak poziomek? 

Dominantą kompozycyjną tej powieści jest motyw lustra i odbicia. Został on wpleciony w historię spotkania dwóch kobiet, starej, samotnej Astrid Mattson, zwanej we wsi wiedźmą, i młodej – samotnej – Veroniki Bergman,  początkującej pisarki, która wynajmuje skromną willę w sąsiedztwie domostwa Astrid. Wraz z bohaterkami przenosimy się do Västra Sängeby, niewielkiej szwedzkiej wsi, do której przyjeżdża młoda kobieta, pragnąc zaszyć się w wiejskiej głuszy, by napisać swoją drugą książkę i otrząsnąć się po stracie ukochanego mężczyzny. Motyw lustra uobecnia się także w kompozycji powieści; są tutaj rozdziały spisane w formie narracji bohaterek, które przeplatają się ze sobą, przenikając się w przejmującym dialogu dwóch  zranionych serc: Astrid i Veroniki.

Astrid jest jak jej dom: "Był organiczną częścią jej samej i kształty tej przestrzeni wrosły w jej ciało: poruszała się w niej bez wysiłku, nie zapalając świateł. (...) Rzadko wyglądała przez okna: widok stracił wszelkie znaczenie" [s. 14]. Obojętność i alienacja... oto bastiony Astrid. Zaintrygowało mnie i poruszyło jej życie na uboczu i status wiejskiej dziwaczki, na który zasłużyła sobie, wybierając dobrowolne wyobcowanie, banicję, los pustelnicy. W kolejnych odsłonach asymetrycznie splecionych ze sobą losów  bohaterek obserwujemy rodzącą się między kobietami subtelną więź. Niemożliwe staje się realne. Wystarczył jeden gest.  I żarliwa, bezinteresowna otwartość Veroniki.  Cierpliwe, płynące gdzieś z głębi jej delikatności przełamywanie nieufności, lęku przed drugim człowiekiem. Ogromne wyczucie, intuicja i takt. Oswajanie, ale dalekie od zniewalania. Jest w tym jakaś wzruszająca naturalność i głęboka potrzeba, jakaś konieczność, tak jakby nie mogło być inaczej. Nieoczekiwane spotkanie dwóch światów, dwóch samotności, z którego obie kobiety czerpią inspirację, pocieszenie, ukojenie. Staje się ono początkiem podróży w głąb własnych traumatycznych przeżyć, podróży wyzwalającej tragiczne wspomnienia i oczyszczającej. Astrid w liście pożegnalnym do Veroniki będzie mogła napisać: "Poznałaś mnie jak nikt inny na świecie. Przez bardzo długi czas czerpałam ulgę z tego, że nic nie miałam. Nikogo. Teraz jednak wiem, że nie jesteśmy stworzeni, aby żyć w ten sposób. (...) Niektórym moje życie może się wydawać tragiczne. Stracone. Ja tego tak nie widzę. Ty dałaś mi nową perspektywę. Wyciągnęłaś mnie z powrotem na światło dzienne, otworzyłaś mi oczy. Dzięki tobie lód stajał" [s. 204].

Opowieść Lindy Olsson przypomina mi "pejzaż namalowany akwarelą" [s. 164],  przesycony "zmęczonym światłem w kolorze ochry" [s. 76]. Jest on kreowany za pomocą subtelnej, poetyckiej narracji, cudownie wyczulonej na meandry samotności, narracji przejmującej jak rzewna muzyka skrzypiec i melancholijne dźwięki fortepianu, splecione w nastrojowej sonacie Brahmsa, sonacie trzeciej d-moll, która rozbrzmiewa gdzieś w tle tej historii. Rozgrywa się ona na kilku planach: fabularnym, który jest ledwie zarysowaną kreską, oraz na planie emocji, uczuć, psychiki. Ten wewnętrzny pejzaż zdecydowanie wysuwa się w powieści na plan pierwszy. Zanurzamy się weń  z bolesną fascynacją, dając się porwać introspekcjom ulotnym jak japońskie haiku i hipnotyzującym jak krajobrazy impresjonistów. Jest w tej historii smutek utraconej niewinności, drżenie zranionej duszy, szorstkość bezradnej, niemej skargi zdławionej u zarania dzieciństwa. Jest trujący smak traumatycznych wyborów, których moralny ciężar nie daje się jednoznacznie zaklasyfikować, zmuszając czytelnika  do nieustannego balansowania między odruchem potępienia bohaterki  a próbą zrozumienia motywacji, jakie popchnęły ją do straszliwego czynu: dlaczego to zrobiła? W geście miłości(?), litości(?), nienawiści(?), szaleństwa(?), czy w imię  innej, niezrozumiałej dla odbiorcy wyższej logiki, jaką się kierowała? Olsson nie rozstrzyga, nie ocenia, nie moralizuje. Jedynie opowiada, a właściwie maluje swoją opowieść, z wyczuciem proporcji rzucając na płótno zarysy bolesnych emocji,  utraconych złudzeń i odnalezionych marzeń, nadając im właściwą głębię, deseń i perspektywę. 

 Ta książka to nie jest proza. To poezja pisana prozą. Poetycki charakter nadają książce symboliczne motywy: lejtmotyw poziomek, uosabiający utraconą niewinność dzieciństwa oraz tęsknotę za miłością, jej słodkim, delikatnym smakiem. Motyw konwalii, ucieleśniający konwenans, zniewolenie, cierpienie i śmierć (metaforycznie: śmierć duchową). Poziomki odgrywają również rolę aluzji intertekstualnych: przywołują dzieło Ingmara Bergmana "Tam, gdzie rosną poziomki", które koresponduje z motywem brutalnie zbrukanego dzieciństwa Astrid. Poezja drzemie w języku, w melodyjnej frazie narracji, w sposobie wyłuskiwania z materii słowa dźwięków, smaków, zapachów, kolorów. W tworzeniu nastroju. W wyczuleniu na ulotną strukturę chwili. W budowaniu psychologicznej tkanki wypełniającej interakcje między kobietami, kiedy dialog Astrid i Veroniki rozgrywa się bez słów, w ciszy. Kiedy ich dłonie się dotykają. Kiedy spotykają się ich spojrzenia. Kiedy ich myśli tulą się do siebie w instynktownym porozumieniu dusz. Kiedy Veronika opowiada o miłości swojego życia. Kiedy Astrid snuje opowieść o cierpieniu i nienawiści. Poezją jest także przesycona kompozycja powieści, kiedy jak murmurando na początku każdego rozdziału pojawia się cytat z poezji, najpierw kilka wersów w języku szwedzkim, a potem w tłumaczeniu Urszuli Szczepańskiej. Urzekła mnie melodia języka szwedzkiego zwłaszcza we fragmentach wierszy Kerin Boye. Poezja jest tutaj jak cicerone. Staje się przewodnikiem. Tropem. Obietnicą. 

I taką niezwykłą obietnicą jest cała powieść. W moim odczuciu – obietnicą spełnioną. A zatem... Niech wieje dobry wiatr. Niech sypie biały śnieg [s. 203]...

Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr, tłum. Urszula Szczepańska, Inna Strona 2008

Tę impresyjną recenzję dedykuję Lirael – za inspirację, za bycie siostrzaną duszą, za to, że dzięki niej mogłam przeczytać tę książkę i napisać recenzję, która dla mnie stała się modlitwą zachwytu. Dziękuję, Lirael...

1 maja 2010

Wszystkie drogi prowadzą do księgarni. Plus skromny stosik z zakładką

Jedni kochają konie, inni ptaki, jeszcze inni zwierzęta różne. Ja natomiast od dziecka namiętnie pragnąłem posiadać książki.
Julian Apostata, Listy, 107

Kiedy byłam nastolatką, całe kieszonkowe wydawałam na książki. Mało tego,  wysyłana przez mamę na zakupy do pobliskiego sklepu spożywczego, natychmiast po wyjściu z domu zapominałam o praktycznym celu mojej wyprawy i dawałam się prowadzić wewnętrznemu kompasowi na ulicę, przy której mieściła się księgarnia. W jej objęciach czułam się  jak w jakimś magicznym, odległym od przyziemnych spraw świecie, a z każdej półki uwodziły mnie rzędy książek o kolorowych grzbietach, obiecując niezwykłą przygodę w świecie imaginacji. Objuczona kilkoma nowymi nabytkami, z ciężkim sercem, ale lekkim portfelem, wracałam do domu, opóźniając jak najdłużej moment spotkania z mamą. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Żeby uwolnić się od złowrogich rozmyślań na temat konsekwencji, jakie niechybnie przyjdzie mi ponieść po dotarciu na miejsce, snułam wizje swojej przyszłości, wyobrażając sobie, że a to jestem pisarką, a to księgarzem, a to bibliotekarką, za każdym razem widząc siebie oczami wyobraźni w otoczeniu książek, które tyle dla mnie znaczyły. O skutkach namiętnych książkowych zakupów nie będę się rozwodzić, dodam jedynie, że wszystkie moje obietnice poprawy, składane w poczuciu winy i skruchy przed zatroskanym obliczem mamy, pękały jak bańka mydlana, gdy tylko okazja czyniła ze mnie książkożercę. W końcu mama przestała posyłać mnie na zakupy, a swoją namiętność do książek musiałam koić w takich miejscach, jak biblioteki i czytelnie, żałując, że nie mogę ukochanych lektur zatrzymać na zawsze. 
Kiedy byłam studentką, musiałam dokonywać dramatycznych wyborów: książka albo kolacja (lub obiad!), książka albo kino, książka albo teatr... Z braku funduszy, ze świadomością, że stypendium i finansowe wsparcie rodziców musi mi wystarczyć na opłacenie akademika, na życie i na porywy ducha, pokrzepiałam się lekturą książek wypożyczanych z biblioteki tudzież czytanych łapczywie podczas wizyt w księgarni, które przeobrażały się w swoisty rytuał, godny takiej oto refleksji:
Mnie bardzo buduje, gdy widzę w księgarniach, że młodzież siedzi sobie na jakimś plecaku, na ziemi, pod regałami. I czyta książki, bo nie ma na nie pieniędzy. I być może siedzi tam także dlatego, że ma nadzieję na spotkanie kogoś, kto też będzie tak siedział z książką, i okaże się, że to jest właśnie ta druga połówka jabłka. I potem będą opowiadać wnukom, że miłość swojego życia spotkali w księgarni [Magda Umer].
Na studiach odkryłam magię antykwariatów. Tutaj panował inny klimat niż w księgarni. Przesycony zapachem starych, wysłużonych kartek, pięknych, choć zniszczonych książek czule strzeżonych przez antykwariusza, ze wzrokiem ukrytym za szkłami okularów, mającego baczenie na wszystko, co się dzieje w jego książkowym bastionie. 
Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią [Carlos Ruiz Zafón "Cień wiatru (Cmentarz Zapomnianych książek)].
Polubiłam intymną atmosferę takich miejsc, tym bardziej że dzisiejsze księgarnie coraz częściej przypominają supermarkety, co potwierdzają również inni: jakiś czas temu na blogu Kasi.eire rozgorzała bardzo ciekawa dyskusja na temat ulubionych księgarń, zarówno tych realnych, jak i wirtualnych. Z wypowiedzi Kasi oraz komentarzy  do jej notatki można wysnuć wniosek, że trudno o taką księgarnię, która spełniałaby oczekiwania większości zdeklarowanych miłośników książek. Padały rozmaite zarzuty: najczęściej dotyczyły one nieprofesjonalizmu osób pracujących w księgarniach,  ich niekomunikatywności i niekompetencji oraz bezosobowego charakteru współczesnych księgarń, którym bliżej do domów towarowych niż do miejsc sprzyjającym molom książkowym spragnionym kontaktu z prawdziwymi pasjonatami.
Kiedy przeczytałam powieść "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna, zakochałam się w obrazie księgarenki, prowadzonej przez ojca głównego bohatera. Zawsze marzyłam, żeby znaleźć się w takim miejscu. W otoczeniu książek, gromadzonych z pasją przez właściciela księgarni, traktowanych z największym pietyzmem i miłością. Dla mnie ojciec Daniela to ideał księgarza. Podejrzewam, że księgarń z prawdziwego zdarzenia jest coraz mniej, o ile w ogóle się jeszcze takie zachowały w dobie coraz liczniejszych księgarni wysyłkowych. 
A jeśli mowa o księgarniach internetowych, pierwszą taką księgarnią, którą się zachłysnęłam, był Merlin.pl. Do czasu. Kilkakrotnie zraziłam się tym, że na przesyłkę czekałam ponad tydzień. Zdarzyła się i taka sytuacja, że zamówiłam książkę, czekałam tydzień na przesyłkę, po czym otrzymałam informację, że zamówionej książki nie ma w danym momencie i trzeba na nią jeszcze poczekać. Nie ukrywam, że mój entuzjazm nieco ostygł. Empik.com – na ile zdążyłam się zorientować – również każe dość długo oczekiwać klientom na przesyłkę. A ja nie lubię czekać na książki! Tak długo!? Pod tym względem jestem niepoprawnie niecierpliwa. 
Przypadkowo odkryłam księgarnię, która zaskoczyła mnie błyskawiczną dostawą zamówionych książek: Selkar.pl. Dwa dni. Tyle najdłużej oczekiwałam na przesyłkę. Innym atutem tej księgarni są znacznie niższe ceny. Można zaoszczędzić nawet do 8–10 złotych na książce. Moja współpraca z tą księgarnią zaczęła się od konkursu na najciekawszą recenzję miesiąca. Można wygrać bon na książki w wysokości 100 złotych. Wydaje mi się, że nagroda jest dość atrakcyjna. A to nie wszystkie konkursy. Obecnie trwają trzy konkursy oprócz już wspomnianego wcześniej (na najlepszą recenzje miesiąca): 
Szczegóły konkursów na stronie księgarni Selkar.pl.

Jestem ciekawa Waszych  przemyśleń dotyczących księgarni. Czy macie jakieś swoje ulubione książkowe zakątki?

I jeszcze obiecany stosik, który zawdzięczam księgarni Selkar.pl, BiblioNETce, Zakamarkom i wydawnictwu Świat Książki, a to za sprawą zwycięstw w kilku konkursach na najlepsze recenzje:


 
1) Rabih Alameddine "Hakawati. Mistrz opowieści", Znak
2) Annie Barrows, Mary Ann Shaffer "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych   Obierek", Świat Książki
3) Michal Viewegh "Aniołowie dnia powszedniego", Prószyński i S-ka
4) Linda Olsson "Niech wieje dobry wiatr", Inna Strona
5) Ulf Stark "Czy umiesz gwizdać, Joanno?, Zakamarki
6) Astrid Lindgren "Dzień Dziecka w Bullerbyn", Zakamarki
7) Pija Lindenbaum "Igor i lalki", Zakamarki

Ukoronowaniem stosiku jest przeurocza, stylowa zakładka do książek, haftowana własnoręcznie przez Aeljot. Agnieszko, bardzo, bardzo dziękuję!!!