17 stycznia 2011

"Jestem kobietą" Moniki Gajdzińskiej - losowanie książki na Przystani i na Facebooku

Wystarczy w komentarzu poniżej lub na Przystani na Facebooku w komentarzu pod konkursem dokończyć myśl: Kobieta jest...

Tym razem w konkursie mogą wziąć udział zarówno Czytelnicy Przystani na Facebooku, jak i Czytelnicy i Sympatycy bloga, wpisując się w komentarzach pod postem. Między wszystkimi uczestnikami zostanie rozlosowana książka Jestem kobietą Moniki Gajdzińskiej ufundowana przez Wydawnictwo Dobra LiteraturaKonkurs trwa do piątku. Uwaga: przesyłka tylko na terenie Polski. :-) Odpowiedzi udzielane na Facebooku na stronie Przystani można przeczytać tutaj.

10 stycznia 2011

Książka do wygrania. Lisa-Xiu i Lin-Shi. Córki z Chin


KONKURS trwa na profilu Przystani na Facebooku. Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy odpowiedzieć w komentarzach  pod konkursem na facebookowej stronie Przystani na pytanie: Z jakimi wyzwaniami Waszym zdaniem wiąże się adopcja dziecka, zwłaszcza z zupełnie odmiennej kultury? Konkurs trwa do piątku. Wśród autorów odpowiedzi rozlosujemy książkę Lisa-Xiu i Lin-Shi. Córki z Chin autorstwa  Dido Michielsen i Aukego Koka. Nagrodę ufundowało Wydawnictwo Dobra Literatura. Zapraszam.

7 stycznia 2011

Buszujący w trawie. Philip Huff, "Dni trawy"

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie słowa do Was najbardziej pasują? Może niebo? Albo łąka? A może Idaho? Do Bena najbardziej pasuje słowo "muzyka"[1]. Ben ucieka w świat dźwięków. Kiedy słucha muzyki, staje się rytmem i melodią, drżeniem, które wychodzi ze strun gitary. Przy piosenkach George'a Harrisona staje się jego głosem. Każdego ranka budzi go jakaś melodia, od której nie potrafi się uwolnić. Prześladuje go w jego umyśle. Ben całym sobą kocha muzykę Beatlesów. Zna na pamięć każdy jej akord, każdą solówkę, potrafi je niemal jak wirtuoz zagrać na ukochanej gitarze. Muzyka jest jego namiętnością. W niej znajduje ukojenie. Po śmierci dziadka świat muzyki staje się jego azylem. W muzycznych peregrynacjach towarzyszy Benowi jego jedyny przyjaciel, Tom.

Weldra to ukochany dom Bena, mitologia dzieciństwa. Stara posiadłość dziadka. Tutaj dorastał. Czuł się wolny. Weldra była smakiem wolności. "Mogłem każdego dnia biegać po lesie i słuchać natury. Słuchać ciszy i ptaków. Za tym tęsknię"[2]. W innym miejscu Ben wspomina: "To jest kraina młodości. (...) Kraina zaoranych pól, łąk mleczy i krów, i owiec, i ciężkiego zapachu koni. To jest królestwo topoli, dębów i wierzb. Należysz do tego miejsca, do świata trawy"[3].

Beatlesi spróbowali marihuany po raz pierwszy 28 sierpnia 1964 roku. Ben van Deventer spróbował jej tego dnia, kiedy umarł dziadek... Kiedy "umarła" Weldra. Wówczas rozpoczęła się podróż Bena do początku. Do momentu, w którym narodzi się ponownie. "Jestem Ben. Ben to ja. Zacząłem"[4].

Osiemnastoletniego bohatera autobiograficznej powieści Philipa Huffa łączy duchowe pokrewieństwo z postaciami kilku ważnych dla mnie utworów. Przede wszystkim jest on literackim spadkobiercą "Absolwenta", w którego genialnie wcielił się Dastin Hoffman w filmie Mike'a Nicholsa. Odziedziczył po nim nie tylko imię, ale też poczucie wyobcowania i nieprzystosowania do otaczającej go rzeczywistości. Rodziców dzieli od Bena głęboka przepaść. Mało tego, również między nimi nie ma porozumienia i miłości. Ich rozstanie pozostawia w świadomości chłopca bolesne ślady. Wraz ze śmiercią dziadka i odejściem ojca umiera jego dzieciństwo. Ben jest samotnikiem. Wrażliwy ponad miarę, nie potrafi odnaleźć nici łączących go z rzeczywistością. Piekielnie inteligentny – nie zdaje z klasy do klasy. Mistrz szachowy – zwycięzca prestiżowych turniejów – nie potrafi opanować reguł gry zwanej życiem. Niczym bohater "Buszującego w zbożu" – 17-letni Holden Caulfield – czuje się outsiderem i odszczepieńcem. Jest między nimi jeszcze co najmniej jedno podobieństwo: ujmująca i chwytająca za duszę szczerość, tak autentyczna jak narracja, która – pozornie nieporadna, chropowata i chaotyczna – układa się w dramatyczną opowieść "kilkunastoletniego starca", o której nie sposób zapomnieć długo po zakończeniu lektury, opowieść składająca się ze strzępów wspomnień, strzępów emocji, strzępów myśli, niczym collage utkany z fragmentów rozsypanej kompozycji. Taka jest właśnie okładka "Dni trawy"[5], dająca przedsmak tego, co czeka czytelnika po przekroczeniu progu pierwszej strony.

Ben wydaje się pasywny jak Benjamin Braddock z powieści Charlesa Webba ("Absolwent"), co chwilami irytuje, a momentami napawa rozbrajającą czułością. Jego życiowa nieporadność wzrusza i wywołuje współczucie, ale jednocześnie rodzi zdziwienie, że tak dalece czyni z Bena istotę słabą i bezkrytycznie poddającą się wpływowi Toma, który zachęca go do wszelkich eksperymentów z przekraczaniem granic. Przyjaźń z Tomem. Narkotykowy odlot. Miłość do muzyki. Beatlesi. Pink Floyd. Bob Dylan... A gdzieś obok tego muzycznego i narkotycznego tripu upojenie II symfonią Beethovena, która dla Bena "była analogią do życia Chrystusa"[6]. Zachwyt muzyką Rachmaninowa i twórczością Liszta. Osobliwa asymetria. Taka też jest dusza Bena. Rozdygotana. Rozchwiana. Krucha. Zdana na pastwę ognia, którego nie mogą ugasić żadne lekarstwa. Nawet dziesięć miligramów olanzapiny. Psychoedukacja. Ergoterapia. Trening osobisty... Renomowana klinika Den Dolder... Zamiast wskrzeszenia – kolejne baty. Śmierć Toma. Poczucie winy. Boy-Cot. Bojkot. Śmierć ojca trawionego przez raka. "Rozszczepiona dusza [Bena], ale rozszczepiona tak, jak kawałek drewna", staje się "wciąż mniejsza, mniejsza i mniejsza"[7].

W takiej sytuacji człowiekowi może pomóc jedynie drugi człowiek. Sam nie da rady. Jest zbyt słaby. Zbyt wypalony. Musicie posłuchać wstrząsającej historii Anny, którą poznaje Ben. Inaczej tego nie zrozumiecie. Nie doświadczycie gehenny, która wypala duszę człowieka, kiedy zostaje sam na sam ze swoimi potworami. Nie zdołacie docenić wysiłku, z jakim dźwiga się dusza z popiołów tego, kim się było, zanim uległo się atrofii. Samopaleniu. Żeby móc pojąć, że "życie nie jest niczym więcej niż podróżą do domu"[8]. Benowi musi się udać. Bardzo tego pragnę. Chciałabym móc wyszeptać:
"Ale już prawie jesteś.
prawie jesteś w domu.
Weldra"[9].


[1] Philip Huff, Dni trawy, tłum. Matylda Jastrzębska, wyd. Dobra Literatura, Gdańsk 2010, s. 142.
[2] Tamże, s. 10.
[3] Tamże, s. 166.
[4] Tamże, s. 11.
[5] Tytuł książki (w oryginale Dagen van gras) został zaczerpnięty z płyty Dagen van gras, Dagen van stro Spinvis (2005).
[6] Philip Huff, Dni trawy..., s. 12.
[7] Tamże, s. 155.
[8] Tamże, s. 166.
[9] Tamże.

Philip Huff
strona autora na Facebooku

Klip do piosenki Spinvis Dagen van gras, dagen van stro
z której został zaczerpnięty tytuł książki

Jest już ekranizacja powieści. Zapowiada się ciekawie.

Philip Huff, Dni trawy, tłum. Matylda Jastrzębska, wyd. Dobra Literatura, Gdańsk 2010

31 grudnia 2010

Szczęśliwego Nowego Roku!

Szampańskiej zabawy 
sylwestrowej i wszelkiej 
pomyślności w Nowym Roku 2011.  
Niech Wam się spełnią 
wszystkie marzenia.
                      Toast
...I wypijmy do dna nawet za złe chwile,
skoro wszystko ma swój koniec – i te miną.
Do Nowego Roku więc skasujmy bilet,
wsiądźmy z myślą, aby nie był popeliną.

Bo w bąbelkach moc się kryje niesłychana,
w każdym krasnal z dobrą chęcią się ukrywa.
Nie żałujmy o północy więc szampana,
bo w Sylwestra nawet trzeba poużywać.

Nie za dużo, nie za mało, ile trzeba,
pozalewać te robaki, które gryzą.
Niech zaiskrzy z zimnym ogniem się nadzieja,
że nam Nowy Rok oszczędzi wszelkich zgryzot.

15 grudnia 2010

Dawno temu w Szerłudkowie... Conn Iggulden "Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci"


Ciekawe, jak miałabym na imię, gdybym była Toliną i żyła w Szerłudkowie? Może Skrzydła... albo Jolina, bo w rzeczywistości nazywam się Jola. Albo Wanilia, bo lubię budyń waniliowy? Żeby móc to sobie wyobrazić, trzeba zamknąć oczy, rozłożyć szeroko ramiona, niczym tolinowe skrzydła, i poszybować daleko w czasie, do 1922 roku.

Udało się!!! Nie wierzę własnym oczom. Dzięki dokładnym mapom, zamieszczonym w książce o Tolinach, zdołałam pokonać barierę czasu oraz przestrzeni i wylądować obok Starego Dębu, nieopodal fabryki fajerwerków. Ale zanim zdecydujesz się wyruszyć ze mną w  podróż do Szerłudkowa, musisz wiedzieć jedno: Toliny to nie duszki, choć są do nich nieco podobne, ponieważ są małe, choć nie tak maleńkie, i mają skrzydła. Brakuje im jednak eterycznego, subtelnego czaru. Są bardziej przyziemne, nie mają tak charakterystycznego dla duszków wdzięku i lekkości, ale za to potrafią przetrwać w zaiste ekstremalnych okolicznościach. Żeby Cię nieco zachęcić, dodam, że Toliny są uzdolnione muzycznie, ale nie traktuj tej wskazówki dosłownie; owszem, nasi bohaterowie uwielbiają tańczyć oraz... śpiewać.

Jeśli miałabym wybrać spośród bohaterów literackich postać, z którą można by skojarzyć nasze Toliny, byłby to na przykład... Mały Książę? Nieeee... Zdecydowanie nie. Prędzej byłyby to Minimki, malutkie stworki z animowanej opowieści wyreżyserowanej przez Luca Bessona. Nie myśl jednak, że nawiązanie do "Małego Księcia" jest całkowicie przypadkowe. Zarówno w jednej, jak i w drugiej opowieści pojawiają się ludzie z ich ułomnościami: chęcią zysku, zachłannością i egocentryzmem. "Toliny" zawierają wiele aluzji do literatury, historii, nauki, polityki. Dlatego wymowa książki zyskuje wymiar uniwersalny: jest ona adresowana nie tylko do najmłodszych czytelników, lecz także do ich rodziców. Dla starszego czytelnika lektura książki może być pretekstem do zabawy w odczytywanie tych odwołań, identyfikowanie licznych zakodowanych w fabule tropów kulturowych, tak jak podczas oglądania filmów Monty Pythona. Analogia wcale nie jest wydumana, bo podczas lektury "Tolinów" moja pociecha co chwila wybuchała nieokiełzanym śmiechem, do którego prowokowały liczne przezabawne i zabarwione iście angielskim humorem sytuacje.

Toliny żyją według swoistego kodeksu, którego najważniejsze prawo zakazuje im rozmawiać z ludźmi. Mieszkańcy Szerłudkowa przestrzegają go niczym najświętszej tradycji. Ale oto jeden z nich, niczym mityczny Prometeusz, decyduje się przeciwstawić temu prawu w imię szczęścia całej społeczności. Ludzie bowiem, powodowani żądzą zysku, polują na Toliny i wykorzystują je do produkcji fajerwerków. Chodzi o to, że pył, którym pokryte jest ciało tych stworków, przyczynia się do powstania feerii barw podczas wybuchu sztucznych ogni. Takie fajerwerki przynoszą fabryce niebagatelne dochody. Iskrzak, zainspirowany książką, którą niegdyś przytaszczył z domu człowieka, postanowił zostać naukowcem i wynaleźć substytut tolinowego pyłu, który mógłby posłużyć ludziom – brodaczom w okularach – do pracy w fabryce fajerwerków i uratować społeczność Szerłudkowa przed ekspansją człowieka. Nie chce pogodzić się z niewolnictwem i wyzyskiem, jakie trapią jego bliskich. Mądrość zaczerpnięta z książki staje się impulsem do naukowych dociekań i eksperymentów. Bardzo mnie ujął ten motyw księgi, potraktowany wszakże z charakterystycznym przymrużeniem oka. Zresztą to nie jedyny archetyp, jaki posłużył autorowi do zabawy literackiej. Mamy tu takie odwołania, jak potop, motyw winy i kary, konflikt między tradycją i postępem czy wątek zaczerpnięty z mitu o Prometeuszu, zaadaptowane do ram opowieści z charakterystycznym dla niej angielskim humorem.

Bez trudu odnalazłam się wśród nowych towarzyszy: Iskrzaka, Grzebuli, Rzymka, Wrzośca, Arcytolina i Skrzydłej. Zostałam nauczycielką w nowej Akademii, założonej przez Iskrzaka. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt – szkoła kontynuowała tradycje słynnej Platońskiej Akademii, w której lekcje odbywały się w konwencji autentycznych, spontanicznych dialogów między słuchaczami i nauczycielami, tak że do końca trudno było rozstrzygnąć, kto jest uczniem, a kto mistrzem. Uczestniczyłam w ekscytujących badaniach teoretycznych i pracach nad skonstruowaniem urządzenia do wypompowania wody z zalanych podziemi zamieszkiwanych przez Toliny. To nic, że pompy nie działały. Najważniejsza jest idea!!! Szukanie drogi do jej spełnienia. Iskrzak był marzycielem, idealistą, prekursorem. Miał zostać za to ukarany, wpisując się w zakodowany od wieków w literaturze kulturowy wzorzec – podobnie potoczyły się przecież losy innych literackich marzycieli i buntowników. Na szczęście bajki, w przeciwieństwie do pełnych tragizmu starożytnych mitów, na ogół mają szczęśliwe zakończenie. Iskrzak zostaje bohaterem. Chlubą Szerłudkowa. Ocalił jego mieszkańców od niewolnictwa. Wyleczył podagrę Arcytolina. Uratował społeczność przed Ciemnymi Tolinami. Ofiarował Tolinom wiedzę i odkrył przed nimi światło mądrości zaczerpniętej z książek. Zawsze wiedziałam, że warto czytać. A jeśli książki są tak pięknie wydane jak "Toliny" Conna Igguldena, radość płynąca z lektury staje się podwójna: cieszy nie tylko umysł, ale i oko, zyskuje wymiar estetyczny. Gorąco polecam!

Conn Iggulden, Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci, tłum. Patryk Gołębiowski, wyd. Świat Książki 2010

13 grudnia 2010

Po drugiej stronie fiordów... "Ziemia kłamstw" Anne B. Radge

To była trudna, bolesna i hipnotyzująca lektura. Gładkie kartki to tylko fasada. Atłasowy dotyk papieru to jedynie złudzenie. Z każdym zdaniem zanurzałam się głębiej i głębiej w przejmujący mroźny krajobraz. Lodowate odłamki z każdą przeczytaną stroną coraz dotkliwiej wbijały się w moją świadomość i drążyły w niej korytarze, które zasnuwały się mroźną mgłą. Smutkiem i chłodem. Samotnością i pustką. Jeśli do tej pory sądziłam, że te doznania są czymś abstrakcyjnym, teraz doświadczyłam epifanii. Mają one postać. Są domem. Ten dom znajduje się w Byneset niedaleko Trondheim, położonym nad fiordem  Korsfjorden. Panuje w nim chłód i mrok, nawet za dnia, nawet latem.

Bezradność ma twarz Tora. Samotność ma oczy Margida.  Wśród tego ponurego pejzażu tu i ówdzie  pojawia się ironiczny uśmiech Erlenda. Bracia od lat żyją na odosobnionych archipelagach. Jak najdalej od siebie, jak najdalej od swojego dzieciństwa. Dwaj z nich – jak najdalej od domu. Dzieli ich przepaść, niczym lodowate, niedostępne fiordy. Chropowatość, która nieodparcie kojarzy się z klimatem i krajobrazem mroźnej Skandynawii,  to esencja tej prozy: chropowata, szorstka surowość przenika narrację i opisy pejzażu, który swoją ascetyczną urodą odzwierciedla pozbawione więzi i bliskości relacje międzyludzkie, jednocześnie wyzwalając w czytelniku nieprawdopodobne pokłady emocji. Ta proza przywołuje duszną atmosferę dramatów Ibsena i Strindberga oraz psychologiczny klimat filmów Bergmana, koncentrując się na takich motywach, jak samotność, niemożność porozumienia z drugim człowiekiem czy upokarzające dzieciństwo, które determinuje całe  dorosłe życie, podporządkowane próbom przezwyciężenia traumatycznego, upokarzającego piętna,  wyniesionego z rodzinnego domu. Podobnie jak u Bergmana, hipnotyzuje psychiczną wiwisekcją, bezlitosnym, biologicznym konkretem, zwłaszcza w przedstawianiu seksualności i śmierci. Jest w tym swoisty skandynawski realizm, który został tutaj wykreowany po mistrzowsku, ale bez uciekania się do przejaskrawienia. Anne B. Radge unika schematycznych rozwiązań fabularnych, cały czas trzyma w napięciu, prowadząc czytelnika ku zaskakującemu, wstrząsającemu zakończeniu, z którym muszą się zmierzyć bohaterowie powieści.  

Wbrew swoim literackim powinowactwom, które wyłuskałam w trakcie lektury, "Ziemia kłamstw" nie jest jedynie historią o ludziach zamkniętych w hermetycznych kokonach przejmującej samotności, z których nie sposób się wyzwolić. Radge opowiada o jej trudnym, bolesnym przezwyciężaniu, o szukaniu porozumienia, o próbie nawiązania więzi w rodzinie, która rozpierzchła się, uciekając przed nienawiścią, pogardą, upokorzeniem.

Spadkobiercami tych traumatycznych doświadczeń są trzej bracia o diametralnie różnych osobowościach. Najstarszy, Tor, pozostał w rodzinnym domu i z oddaniem prowadzi podupadające gospodarstwo, całkowicie podporządkowując się apodyktycznej matce, Annie Neshow. Swoją samotność wypełnia miłością do zwierząt. "Siri przytknęła ryj do jego ramienia. Takie gigantyczne zwierzę ze szczęką pełną zębów  ostrych jak żyletki mogłoby go zabić, gdyby chciało, dlatego możliwość zaufania jej w pełni dawała mu ogromne, dziecięce poczucie bezpieczeństwa" [s. 104]. Margido jest właścicielem przedsiębiorstwa pogrzebowego, samotnym starym kawalerem, mieszkającym w Trondheim, w dwupokojowym mieszkaniu w bloku. "Na niedużej werandzie hodował jedynie w ceramicznej doniczce małego cyprysa. [...] mógł kupić sobie dom. Miał wystarczającą ilość pieniędzy,  ale na co byłby mu dom" [s.31]. Erlend, najmłodszy z braci, artysta – dekorator wystaw sklepowych, homoseksualista, od lat mieszka i pracuje w Kopenhadze, całkowicie izolując się od przeszłości. Żyje miłością do Krummego, swojego partnera, oraz uwielbieniem dla piękna i luksusu. "Nic nie byłoby inaczej, gdybym tu pozostał. Oni się tak strasznie mnie wstydzili. Pedała. [...] W Kopenhadze jestem bøsse, w Trondheim gejem, w Byneset  pedałem. Kochane dzieci mają wiele imion" [s. 196]. Każdy z nich egzystuje we własnym świecie. Nie kontaktują się ze sobą od lat, zapominając o istnieniu rodzeństwa. Tor wycofał się z życia, zrezygnował z miłości, pod presją matki wyrzekł się związku z kobietą, która urodziła mu córkę. 36-letnia Torunn nigdy nie poznała swojej babci, Anny Neshow, nigdy nie spotkała swoich wujków, którzy nie wiedzą o jej istnieniu. Z ojcem widziała się tylko raz i rozmawiała z nim przez telefon zaledwie kilkakrotnie. Choroba starej Anny, leżącej na łożu śmierci, wywraca życie czwórki bohaterów do góry nogami. Muszą zmierzyć się z demonami przeszłości, z własnymi lękami i uprzedzeniami, pokonać strach przed samymi sobą, przed tym smutnym miejscem, w którym dorastali bracia, a który stał się antytezą domu i  źródłem przytłaczających, tłumionych wspomnień. Jeden z recenzentów określił go jako "dom zły", posługując się tytułem filmu Wojciecha Smarzowskiego (zob. tutaj). To określenie doskonale oddaje ducha tego miejsca. Posiadłość należąca do rodziny Neshow od lat pogrąża się w destrukcji. Panuje w niej fizyczna i duchowa dezintegracja. Trudno wyobrazić sobie bardziej przygnębiający wizerunek rodzinnego domu.

Czy Anna Neshow jest potworem pozbawionym matczynych uczuć?  Czy ojciec Tora, Margida i Erlenda jest bezdusznym nikczemnikiem, za jakiego uważają go synowie? Czy dziadek  Tallak jest faktycznie tym człowiekiem, jakim pozostał w ich pamięci: jedyną pozytywną, słoneczną postacią w tym przeklętym domu? Kto jest winowajcą, a kto ofiarą? Kto jest największym manipulatorem, mistyfikatorem? Z biegiem fabuły zakorzenione w świadomości bohaterów przeświadczenia, przyswajane od dzieciństwa, ulegają drastycznej weryfikacji, wywołującej wstrząs, który doprowadza niemal do tragedii. Dobro okazuje się złem.  Namiętność, której podporządkowano wszystkie sfery życia, zamiast spełnienia – przynosi nienawiść, destrukcję i ból...

Mistrzostwo tej opowieści zasadza się na nagromadzeniu niedopowiedzeń, grze z wyobrażeniami czytelnika, konfrontowaniu rozbieżnych wersji rodzinnej historii, utkanej bardziej z domysłów niż faktów, z tajemnic niż konkretów. Dociekanie tych tajemnic, ich drążenie, zaglądanie pod podszewkę pozorów z psychologiczną wnikliwością, która nieustannie trzyma w napięciu, to literacka wartość tej historii. Porażającej i fascynującej zarazem.

A zakończenie? Bolesne odkrywanie rodzinnej tajemnicy, tragizm spleciony z nadzieją, smutek zmieszany z dyskretną, ledwie tlącą się nutką optymizmu... a może on jest tylko złudzeniem, może nic już nie będzie lepsze. Może ziemia, która przez lata karmiła się kłamstwem i manipulacją, pozostanie skażona na wieki...

Anne B. Radge, Ziemia kłamstw, tłum. E. M. Bilińska, Smak Słowa 2010