20 czerwca 2010

Przystanek Guernsey... Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

Jaka epoka, jaki wiek, jaka godzina kończy się i jaka zaczyna... 
Jest 2010 rok... Nie, jest 1946 rok. Guernsey. Cudownie było oderwać się na jakiś czas od rzeczywistości i znaleźć się w tym wykreowanym przez autorki, fikcyjnym świecie, w którym miłość do książek i do słowa pisanego pobrzmiewa niemal z każdej frazy. Pozazdrościłam głównej bohaterce, Juliet, która miała okazję poznać mieszkańców wyspy. Juliet Ashton jest pisarką przeżywającą kryzys twórczy. Pewnego razu otrzymuje list od Dawseya Adamsa z Guernsey, który przypadkiem kupił w antykwariacie należącą niegdyś do niej książkę. Tak oto nawiązuje znajomość z Dawseyem, stopniowo poznając wszystkich członków Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, dzięki którym znalazła temat do swojej nowej książki. "Zakochałam się w Ebenie Ramseyu i Dawseu Adamsie. Clovisa Fosseya i Johna Bookera lubię. Przez Amelię Maugery chciałabym zostać adoptowana, a Isolę Pribby sama bym chętnie adoptowała"[s. 91]. Moje myśli uporczywie powracały do Guernsey. Tęskniłam. Ja także chciałam zostać adoptowana przez Amelię Maugery, a najlepiej przez całe Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Zapragnęłam znaleźć się choć raz na "uczcie" literackiej okraszonej słynnym plackiem z kartoflanych obierek. Zasmakować tej urzekającej atmosfery, w jakiej odbywały się emocjonujące dyskusje o przeczytanych książkach prowadzone przez zwykłych, skromnych ludzi, spróbować placka przyrządzonego z resztek obierek kartoflanych z braku innego pożywienia i poczuć magię agape: uczty duchowej, jaką niewątpliwie były dla mieszkańców wyspy te literackie posiedzenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a tęsknotą, rygorystycznie spędzałam godziny w pracy, ukradkiem popatrując z poczuciem nostalgii na powieść, od której tak trudno było mi się oderwać.

Jej lektura to prawdziwa uczta dla miłośników książek. Jest to powieść o książkach. Książki – na wzór poezji u Słowackiego – "przemieniają zwykłych zjadaczy chleba w aniołów", sprawiają, że życie nabiera pełniejszego wyrazu. Książki zbliżają do siebie ludzi, scalają ich, łączą we wspólnotę, czynią ich codzienność znośniejszą, co jest tym cenniejsze, że bohaterowie muszą się zmagać z wojennymi, często dramatycznymi realiami – dzięki książkom ich tragedie stają się łatwiejsze do przezwyciężenia. "Czyta się po to, by nie zwariować"[s. 37] – napisze Dawsey w jednym z listów do Juliet. Bohaterowie czerpią z książek pociechę, znajdują w nich ukojenie, pokrzepienie i mądrość: "Czyż to mało znaczy cieszyć się słońcem, radośnie powitać wiosnę, kochać, zamyślić się, związać koniec z końcem" – Matthew Arnold, Hymn Empedoklesa, "Empedokles na Etnie"[s. 65]. Na Wyspach Normandzkich okupowanych przez Niemców panowały trudne warunki. Głodni, niedożywieni, przytłoczeni ciężką pracą, zwątpieniem oraz lękiem o własne życie i o najbliższych, mieszkańcy znajdują remedium w książkach. "Jedynym ratunkiem były książki i przyjaciele, bo człowiek przypominał sobie, że w życiu jest coś jeszcze"[s. 65]. Dla Johna Bookera książki okazały się autentycznym lekarstwem: "Listy Seneki (...) i Stowarzyszenie do spółki razem uratowali mnie przed godnym pożałowania życiem nałogowego pijaka"[s. 86]. Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że książki uratowały bohaterów przed aresztowaniem. Ocaliły im życie...

...Wszystko zaczęło się od pieczonego prosiaka i od zakazanej kolacji. Przyłapani po godzinie policyjnej, wracający z zakazanej kolacji od Amelii, chcąc uniknąć aresztowania, bohaterowie opowiedzieli strażnikom o fikcyjnym Stowarzyszeniu Miłośników Literatury, którego spotkanie właśnie się odbyło. Warto dodać, że rzekomo nasi bohaterowie mieli dyskutować o książce bardzo popularnej wśród Niemców. Opowiastka udobruchała strażników na tyle, że puścili wolno nieszczęsną gromadkę, ale zapowiedzieli kontrolę. Tak oto zrodził się pomysł Stowarzyszenia. Z czasem czytanie książek i dyskusja o nich stały się nie tyle sposobem na przetrwanie, ile receptą na życie. Ideą. Pasją. Książki zrosły się z codziennością bohaterów. Stały się wartością samą w sobie. Niektórzy z członków Stowarzyszenia nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z literaturą piękną. Byli prostymi ludźmi, całe życie ciężko pracującymi na chleb: rolnikami, hodowcami zwierząt, sklepikarzami, ogrodnikami. Cykliczne spotkania Stowarzyszenia stały się tradycją, zyskując sobie popularność i coraz to nowych uczestników. Rozmowa o książkach, dzielenie się wrażeniami z lektury otworzyły ich na zupełnie nowe relacje: między obcymi sobie ludźmi zawiązuje się przyjaźń i poczucie wspólnoty. W przypadku dwojga głównych bohaterów dyskusja o książkach staje się początkiem prawdziwego uczucia.

Nie jest to wielka literatura, ale nie sądzę, by autorki uzurpowały sobie prawo do takiego statusu dla swojej książki. To lekka, urocza, czarująca, skrząca się humorem powieść epistolarna: wyidealizowani bohaterowie nie irytują, szczęśliwe zakończenie mimo wszystko zaskakuje, a fragmenty listów nawiązujące do dzieł i postaci literatury światowej (Katullusa, Seneki, sióstr Brontë, Charlesa Lamba, Yeatsa, Marka Aureliusza, Chaucera, Oscara Wilde'a), obfitujące w humor sytuacyjny i językowy, to prawdziwe perełki – uznałabym je za jeden z głównych atutów tej powieści. Książka pozbawiona ciężaru filozoficznych refleksji i eksperymentów literackich, ale na pewno z głębszym przesłaniem. Będę tęsknić za Guernsey...

19 czerwca 2010

Z dziecięcego punktu widzenia. O rewolucji estetycznej

Jedną z ulubionych zabaw naszej latorośli jest układanie kart z ilustracjami wszelakich istot żywych, począwszy od hipopotama, poprzez słonie, żyrafy czy zebry, na mrówkach i muchach skończywszy. Karty pochodzą z "Quizu przyrodniczego z zabawnymi zgadywankami", ale na tym etapie Tatiana nie korzysta z jego wszystkich możliwości, a jedynie z obrazków służących do rozgrywania poszczególnych serii.
Układamy. Tatiana losuje pierwszą kartę ze stosiku, ja mam przeczytać wierszowany opis, a moja mała konkurentka musi odgadnąć – posiłkując się również obrazkiem na odwrocie – o jakim stworzeniu jest mowa.
Pierwszą bohaterką zgadywanki jest mała owieczka, co dobitnie odzwierciedla niezbyt artystyczny obrazek.
– Słodkie maleństwo – podsumowuje Tatianka.
Następną tajemniczą postacią okazuje się kotek.
– Słodkie maleństwo – Tatianka za każdym razem wypowiada tę samą formułę. Zabawa trwa w nieskończoność.
W końcu przychodzi kolej na... pewne kosmate, fruwające stworzenie:

Siada na wszystkim, co jest brudne,
nieświeże , lepkie i paskudne,
unika tylko pajęczych nici,
aby jej pająk nie pochwycił.

Dla Tatiany nie ma w tej prezentacji niczego odstręczającego i niesmacznego.
Nie zrażając się turpistycznym opisem muszych preferencji, podsumowuje żarliwie:
– Słodkie maleństwo...
...co każe mi spojrzeć na tradycyjne kanony piękna i brzydoty z zupełnie nowej perspektywy. Z dziecięcego punktu widzenia wszystko prezentuje się inaczej. Piękniej...

"Zagadkowe, z pozoru bezsensowne i niestosowne, zwłaszcza w przedstawieniach religijnych, muchy nie umknęły uczonym oczom historyków sztuki. Malowana mucha ma wspaniałą >>literaturę przedmiotu<<. I znaleziono wiele jej sensów". Zob. Maria Poprzęcka "Na oko: Mucha"

I jeszcze mucha w ujęciu poetów. :-D

Jan Brzechwa
Mucha

Z kąpieli każdy korzysta,
A mucha chciała być czysta.
W niedzielę kąpała się w smole,
A w poniedziałek w rosole,
We wtorek - w czerwonym winie,
A znowu w środę - w czerninie,
A potem w czwartek - w bigosie,
A w piątek - w tatarskim sosie,
W sobotę - w soku z moreli...
Co miała z takich kąpieli?
Co miała? Zmartwienie miała,
Bo z brudu lepi się cała,
A na myśl jej nie przychodzi,
Żeby wykąpać się w wodzie.


Czesław Miłosz
Na cześć księdza Baki

Ach te muchi,
Ach te muchi,
Wykonują dziwne ruchi,
Tańczą razem z nami,
Tak jak pan i pani
Na brzegu otchłani.

Otchłań nie ma nogi,
Nie ma też ogona,
Leży obok drogi
Na wznak odwrócona.

Ej muszki panie,
Muszki panowie
Nikt się już o was
Nigdy nie dowie,
Użyjcie sobie.

Na krowim łajnie
Albo na powidle
Odprawcie swoje figle,
Odprawcie figle.

Otchłań nie je, nie pije
I nie daje mleka.
Co robi? Czeka.

A swoją drogą dziecięce spojrzenie prowokuje do jakże twórczych poszukiwań. I mucha może być wdzięcznym tematem sztuki i poezji. :-)
                                                                                 
źródło zdjęcia

14 czerwca 2010

W oparach absurdu. O duchu, który się bał

Potwory są złe. Potwory są straszne. Dręczą, męczą, prześladują, nasze dzieci torturują. Oczywiście niedosłownie, spektakl grozy bowiem rozgrywa się w dziecięcej wyobraźni. O, potęgo imaginacji! Pamiętam te nieprzespane noce, z udręczonym potworną wizją wzrokiem, dostrzegającym w każdym zarysie cienia czającą się w ciemności groźbę spotkania z tym czymś, kimś, niedookreślonym, przerażającym, budzącym z uśpienia najmroczniejsze lęki i napawającym grozą. Ten złowrogi, tajemniczy świat odpycha i fascynuje zarazem, przeraża i hipnotyzuje. Była już o tym mowa na blogu jakiś czas temu, gdy pisałam o książce Małgorzaty Strzałkowskiej Wiersze, że aż strach. Strach został tutaj obłaskawiony, zrehabilitowany i ujarzmiony. Na każdego potwora bowiem można znaleźć sposób, nawet na tego  najgorszego, "dorosłego", czającego się w podświadomości (każdy z nas ma zapewne swojego potwora).

Książka O duchu, który się bał szwedzkiej pisarki Sanny Töringe momentami paraliżuje grozą, a chwilami śmieszy. Tak jak średniowieczny Taniec ze śmiercią, gdzie groza i wzniosłość ustępują miejsca karykaturze i  rubaszności, sprawiając, że śmierć zostaje obłaskawiona, a lęk przed jej majestatem zneutralizowany i oswojony.  W książce  Sanny Töringe również mamy do czynienia z groteskowym tańcem – tym razem z rodziną wampirów, duchów i kościotrupów w roli głównej. Makabryczny taniec duchów tylko na pierwszy rzut oka wydaje się przerażać: jest "bardzo ciemny wieczór w bardzo, bardzo ciemnym lesie"[s. 2], w którego głębi stoi samotny stary dom. Konwencja makabreski – ku zaskoczeniu czytelnika, oczekującego na sceny godne najstraszniejszych horrorów –  zostaje przełamana poprzez wprowadzenie elementów codzienności. I elementu zaskoczenia. Motyw tańca opiera się na grze z konwencją,  z wyobraźnią, grze z oczekiwaniami czytelnika. Napięcie i groza osiągają apogeum, by w tym samym momencie zderzyć się z karykaturą – zamiast tańca grozy przed naszymi oczyma odbywa się bowiem taniec duchów, które nie starszą, a są straszone, które nie budzą grozy, a same się boją. Absurdalne przewartościowanie utartych schematów, pudełkowa konstrukcja narracji i element zaskoczenia to główne walory tej opowieści. Odbiorca jest nieustannie zaskakiwany i trzymany w napięciu. Co chwila zmieniają się dekoracje tego na poły przerażającego, na poły komicznego spektaklu grozy: od dziecięcego pokoju, poprzez zalaną ciemnością klatkę schodową, garderobę, strych, po piwnicę. Duch bez głowy ukrywający się rzekomo pod łóżkiem małej dziewczynki okazuje się duchem bezradnym: zapomniał, gdzie zostawił swoje łańcuchy, które służą mu do straszenia i dzwonienia. Kościotrup mieszkający w garderobie odziany jest w kolorowy beret w kwiatki, zieloną chustę i zielone balerinki na obcasie, wywołując raczej uśmiech politowania niż grymas przerażenia: kościotrup bowiem boi się potworów i nie przepada za wampirami! A wampiry wcale a wcale nie są straszne: boją się... kościotrupa! Błędne koło! Żeby tego było mało: jest jeszcze wielki potwór w piwnicy, który z kolei boi się... małej myszki. Tak się biedak przestraszył, że w te pędy rzucił się do ucieczki. A ze słoika potrąconego przez małą myszkę wcale nie kapie krew (jak się wydaje Kruszynce), lecz dżem truskawkowy (jej mama ma zatem rację). Wkrótce przerażone i skompromitowane duchy w popłochu uciekają z domu Kruszynki i jej mamy i znajdują sobie schronienie w bardziej godnej swego potwornego majestatu scenerii: w ruinach starego  zamku z wieżyczkami i basztami.
Historia, ku uspokojeniu najmłodszego czytelnika, zyskuje inne zakończenie niż w znanej balladzie Goethego Król Olszyn: "W samotnym domu w wielkim ciemnym lesie nie ma ani kościotrupa w garderobie, ani bezgłowego ducha pod łóżkiem, ani potwora w piwnicy, ani wampirów na strychu"[s. 20]. Ilustracje z dreszczykiem autorstwa Kristiny Digman znakomicie dopełniają opowieści, wpisując się w konwencję makabreski, absurdalnie odpotworzonej i odgroźnionej.

Znakomita lektura dla przedszkolaków, które lubią dreszczyk grozy i tajemnicy przyprawiony nutą karykatury i groteski. Mojej córeczce najbardziej podobał się kościotrup (kosztofrup) i nietoperze majaczące na tle księżyca. Bardzo sugestywne!

wydawnictwo Zakamarki


31 maja 2010

Zniewalający urok surrealizmu. Barbara Piórkowska, Szklanka na pająki

"Szklanka na pająki", napisana z wdziękiem i cudowną, poetycką lekkością języka, uwodzi już od pierwszej frazy, od pierwszego zdania: "Najpierw byłam mężczyzną. Nazywałam się Wołodymir Switłyczko i miałam ogromne stopy"[1]. Tak rozpoczyna swoją opowieść Aleksandra, bohaterka i jednocześnie narratorka książki, której historia, formalnie nawiązująca do gatunku Bildungsroman*, zdecydowanie wykracza poza ramy tej konwencji. Można odnaleźć w książce echo motywów tak dobrze znanych z "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza: motyw dojrzewania, poszukiwania własnej tożsamości, świadomość wyobcowania i niedopasowania, niedostosowania do świata i obowiązujących w nim kanonów. Nie ma tu tak charakterystycznej dla Gombrowicza drapieżnej deformacji rzeczywistości, a oniryczny charakter narracji bliższy jest raczej kreacjonistycznej prozie Brunona Schulza czy nawet realizmowi magicznemu "Stu lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza niż groteskowej, karykaturalnej wizji świata ukazanej przez Gombrowicza. Autorka koncentruje się nie tyle na fabule, ile na przeżyciach i refleksjach Aleksandry, przepuszczając przez kolory i osobliwości jej wewnętrznego krajobrazu rzeczywistość, w jakiej osadzona została historia bohaterki, od narodzin aż do jej dorosłego życia, kiedy studiuje malarstwo i odkrywa dla siebie sztukę, znajdując w niej "cichą twierdzę z obrazów, fresków i rzeźb"[2].

Bohaterka wierzy w reinkarnację oraz w dziedzictwo winy i kary. Jest przekonana, że w poprzednim życiu była mężczyzną. "Teraz już wiem, że człowiek rodzi się kobietą, jeśli w poprzednim życiu nie zachowywał się godnie jako mężczyzna. (...) I dlatego wróciłam, żeby naprawić nieprzebrane szkody"[3]. Tak oto w 1974 roku w Gdańsku pojawia się na świecie Aleksandra, a wraz z nią jej anioł, którego bohaterka nazwie Julek. Będzie jej towarzyszył na każdym kroku, podobnie jak S., demon, który zjawi się nieco później, gdy bohaterka w konfrontacji ze światem będzie szukała remedium na poczucie nieprzystosowania, obłęd samotności i trudne relacje z mężczyznami. Te metafizyczne postacie zrośnięte ze światem wewnętrznym Aleksandry ucieleśniają jej nierzadko dramatyczną walkę o własną tożsamość, która staje się najważniejszym motywem tej opowieści i która znajduje odzwierciedlenie w jej schizofrenicznym malarstwie.

Jeszcze przed swoimi narodzinami Ola wybrała sobie miasto, w którym miało się toczyć jej życie. Gdańsk widziany oczami bohaterki to przestrzeń, w której historia splata się z indywidualnymi doświadczeniami jednostek. W tym samym bloku z wielkiej płyty mieszka Lech Wałęsa, a Ola chodzi do szkoły razem z jego dziećmi. Ale historia pojawia się na kartach powieści jedynie enigmatycznie, marginalnie, głównym nurtem doświadczeń bohaterki nie są bowiem konkretne wydarzenia, a raczej ich wpływ na sposób, w jaki interpretuje ona otaczającą ją rzeczywistość, oraz to, jak one ukształtowały jej wrażliwość i jej tożsamość. Dziewczyna identyfikuje się nie z konkretnymi ludźmi, a raczej z miejscami, topografią miasta, z jego architekturą, barwami, dźwiękami. Fascynujący jest sposób, w jaki Ola doświadcza swojego związku z Gdańskiem, personifikując tkankę materii nieożywionej, z której składa się organizm miasta: morze, które nie umie mówić, ale odpowiada na wszystkie pytania, rzucane w fale wślizgujące się w zatokę, stare budynki, opowiadające jej o tym, co kryją w swoich wnętrzach, kościół Najświętszej Marii Panny, który odbiera chmurom oddech i ciągnie go po swoim ceglanym kręgosłupie, od najwyższych elementów po fundamenty, od aniołów po diabły, dotleniając każdy obraz, rzeźbę i fresk, witraże, organy, posadzki i pietę w bocznej nawie. "Kościół oddycha, kościół medytuje. Dba o swoje ciało, czuły i dobry dla każdej z drobnych części"[4]. Urzekające jest to poetyckie zacieranie granicy między realnością i baśniowością, między materią i antymaterią, prowadzące do odrealnienia rzeczywistości. Każdy element fizycznego świata ma swoją metafizyczną podszewkę, którą bohaterka opisuje w kreacyjnych, zawieszonych między realizmem a wyobraźnią ujęciach. Poetycka narracja w połączeniu z baśniowym sposobem opowiadania zyskuje siłę wyrazu. Bohaterka egzystuje tu i tam. Jest chwila i jest wieczność. Jest konkret, który prowadzi do innej rzeczywistości.

Jej mitologizowanie odbywa się także poprzez mieszanie pierwiastków męskich i kobiecych. Męskość i kobiecość – a także androgeniczność – to kategorie, za pomocą których narratorka analizuje otaczający ją wszechświat: dziadek jawi się jako uosobienie żeńskości, kobiecości, bohaterka myśli o nim jako o kobiecie, matce; anioł nazywa się Julek, a jednocześnie wykazuje cechy żeńskie; sama Ola jako dziecko bardziej przypomina chłopca niż dziewczynkę. Zacieranie się granicy między żeńskością i męskością świata sprawia, że rzeczywistość nabiera cech ahistorycznych, a ludzkie życie jest widziane w perspektywie poprzednich i kolejnych wcieleń jako łańcuch niekończących się reinkarnacji. Celem człowieka na ziemi jest podjęcie próby nadania mu właściwego kierunku. Jego istnienie nie jest przypadkową, nic nieznaczącą historią, która kończy się wraz z jego śmiercią. Bohaterka tak bowiem mówi o swojej roli, jaką ma do odegrania na ziemi:
"Przyszłam na świat, aby odszukać trasy, które ktoś kiedyś zadeptał, i żeby znaleźć to, co inni na nich zgubili"[5]. Otwarte zakończenie nie pozwala rozstrzygnąć, czy jej się to ostatecznie udało, prowokując czytelnika do wyobrażenia sobie dalszych, a nawet poprzednich wcieleń Aleksandry.

Przyznaję, że dałam się uwieść surrealistycznej atmosferze tej historii. Na wzór bohaterki, i w mojej wyobraźni zalęgły się pająki, "mistrzowie zapisu, w czterech moich ścianach i sercu"[6] tkający misterną pajęczynę słów. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Barbary Piórkowskiej, która "Szklanką na pająki" udowodniła, że można napisać niebanalną, dojrzałą, zaskakującą prozę bez uciekania się do rynsztokowej, dosadnej stylistyki i tak modnej ostatnio w literaturze wulgaryzacji języka.
---
* powieść o dojrzewaniu, o kształtowaniu się osobowości
[1] Barbara Piórkowska, Szklanka na pająki, Nowy Świat, 2010, s. 5
[2] Tamże, s. 105.
[3] Tamże, s. 6.
[4] Tamże, s. 114.
[5] Tamże, s. 107.
[6] tamże, s. 43. 



fragment książki 
fragment książki 
fragment książki 
strona książki na Facebooku
Barbara Piórkowska jako poetka 

29 maja 2010

Z dziecięcego punktu widzenia. Spór o regionalizmy

Od liku lat mieszkam na Podbeskidziu. Administracyjnie region ten przynależy do Śląska, choć wielu górali reaguje oburzeniem na taką klasyfikację ["My som górole, a nie Ślązacy"]. Każdy region ma swoje osobliwości: zwyczaje, tradycje, kuchnię i gwarowe nawyki. Nagminnie używanym tutaj sformułowaniem jest wyraz "pole" w znaczeniu: podwórko, przestrzeń poza domem, plener. Zawsze bawiło mnie, gdy słyszałam to sformułowanie na ulicy, w autobusie, w sklepie itd. Początkowo nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Ale z czasem oswoiłam się z tym słowem, choć, broń Boże, sama go nie używam, aczkolwiek uważam je za dość zabawne i osobliwe. Reaguję nań tolerancyjnym uśmiechem i pobłażliwością, czym wszakże byłby region bez swoich charakterystycznych, przaśnych akcentów. Ale żeby go używać.. co to, to nie.

Aż tu któregoś dnia pojawiło się ono w moim własnym domu. I to w wersji karykaturalnie zdrobnionej: polko. Nie mogłam uwierzyć. W przedszkolu wszystkie panie mówią nie "podwórko", tylko "pole", a wręcz "polko", bo jak inaczej zwracać się do dzieci. "Idziemy na polko", "Dziś byliśmy na polku" itd. Nie uważam się za purystkę, ale instynktownie i odruchowo próbowałam poprawiać naszą córcię, serwując jej bardziej literackie warianty.
– Nie na polko. Na podwórko.
– Na polko – powtarza uparcie Tatianka, zniesmaczona moimi interwencjami.
Widocznie autorytet pań z przedszkola jest w tej kwestii nie do podważenia.
Za jakiś czas próbuję znowu:
– Tatianko, nie mówimy "polko", tylko "podwórko", "plac zabaw" – próbuję zdobyć się na kreatywność i skierować uwagę Tatianki na inne aspekty terenu okalającego przedszkole.
– Nie, mamo, dziś byliśmy na polku –  Tatianka nie tylko mnie poprawiła, ale podniosła do góry palec w geście oznaczającym: posłuchaj uważnie, może się czegoś mądrego nauczysz.
No i mam dylemat. Poprawiać czy nie? Dziecko samo się kiedyś nauczy? A może po prostu zaakceptować ten wyraz z szacunku dla językowego dorobku regionu, w którym mieszkam?

źródło zdjęcia 

28 maja 2010

Z Astrid Lindgren w Bullerbyn

Od kilku dni bywam w Bullerbyn. Regularnie. Co wieczór. To już nałóg? Uzależnienie? "Mamo, poczytaj mi o dzieciach" – proponuje Tatianka, a ja tylko na to czekam. Świetny pretekst, by choć na kilkadziesiąt minut przeobrazić się w małą dziewczynkę, która będąc w drugiej klasie, nie rozstawała się z opasłym egzemplarzem magicznej książki – Dzieci z Bullerbyn. Lindgren rzuciła na mnie urok. Nie byłam w stanie oderwać się od lektury. Czytałam ją po wielokroć, wyobrażając sobie, że "Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką [akurat tego nie musiałam sobie wyobrażać], to chyba od razu widać z imienia. Mam siedem lat i wkrótce skończę osiem". Cóż, ja wkrótce kończę... ile... e, nieważne.

Tak oto za sprawą Tatianki – już nie po raz pierwszy zresztą – mam okazję wskrzesić raj utracony. Jeden ze szlaków dzieciństwa: maciupeńka wioska składająca się zaledwie z trzech domostw. Zapach siana... Poczta sznurkowa. Jagniątko Lisy. Wiśniowa spółdzielnia. Ząb wyrwany za pomocą sznurka i klamki u drzwi. Słynna lipa między Zagrodą Środkową a Południową. Kura Albertyna. Cukierki ślazowe. Skrzynia Mędrców. Uczta rakowa... Pamiętacie? Ten błogi świat beztroskiego dzieciństwa, pełen prostoty, humoru i ciepła, mimo szwedzkiego kolorytu tak bardzo swojski i bliski. Czy w erze gier komputerowych, kreskówek i elektronicznych gadżetów może jeszcze uwodzić dziecięcą wyobraźnię?

Jako dziewczynka namiętnie czytałam Dzieci z Bullerbyn; obecnie nakładem wydawnictwa Zakamarki zostały wydane kolejne książki ukazujące nowe przygody jej bohaterów: Wiosna w Bullerbyn, Boże Narodzenie w Bullerbyn oraz Dzień Dziecka w Bullerbyn. I właśnie za sprawą tej ostatniej przeżywam ponowną fascynację światem wykreowanym przez Astrid Lindgren i Ilon Wikland.

Kiedy byłam mała, dzieci nie miały tylu zabawek i takich atrakcji, jakimi są karmione dzisiaj. Liczyła się kreatywność. Można było zrobić coś z niczego. Za sprawą wyobraźni zamienić szare pudełko po butach w magiczny domek dla lalek, z kapsli po butelkach uczynić najwspanialsze sportowe samochody, w ogrodzie za domem wykreować iście bajkowe światy. Nie czekało się na gotowe. Trzeba było działać samemu. Równie kreatywnie bawią się dzieci w Bullerbyn. Lasse, Bosse, Olle, Britta, Anna i Lisa – zainspirowani artykułem o dzieciach w Sztokholmie – chcą urządzić Dzień Dziecka dwuipółletniej Kerstin, siostrzyczce Ollego. Próbują zaimprowizować, i to niemal dosłownie, opisane w gazecie atrakcje. W Bullerbyn nie ma stadniny koni, dokąd rodzice z miasta zabierają swoje pociechy, chcąc sprawić im przyjemność, nie ma też parku z wielką karuzelą i rollercoasterem ani teatru lalek. Mali pomysłowi bohaterowie postanawiają zaaranżować dla Kerstin nieco skromniejsze, ale równie emocjonujące atrakcje: przejażdżkę na źrebaku na pastwisku, szalony seans na starej sznurkowej huśtawce na trzepaku, tak aby dziewczynce zakręciło się w głowie jak podczas jazdy na karuzeli, przedstawienie z rozbójnikami w roli głównej straszącymi usmolonymi sadzą twarzami, na widok których Kerstin rozpłakała się z przerażenia, wreszcie spuszczanie dziewczynki z okna na linie, by doświadczyła takich emocji, jakich dostarcza dzieciom jazda kolejką górską. Ale na każdą z tych niespodzianek dziewczynka reaguje głośnym płaczem. A do tego jej mama jest zaniepokojona tak ryzykownym przedsięwzięciem, w którym jej pociecha zmuszona jest uczestniczyć jako główna bohaterka.  Ostatecznie dzieci znajdują korzystne rozwiązanie. Przecież można urządzić Kerstin Dzień Dziecka na sposób bullerbyński: na miarę możliwości znanego im świata, który ma tyle do zaoferowania. Wystarczy uważnie się rozejrzeć. Najpierw odbyła się wycieczka do kurnika i wspólne karmienie rozgdakanych kur. Potem wyprawa do obory i podziwianie małych prosiąt, które bardzo się spodobały Kerstin. Kolejną atrakcją było spotkanie z owieczkami, podziwianie cieląt na pastwisku, oględziny i dokarmianie królików, zabawa z kotkiem, a na koniec skromny poczęstunek w altance i przejażdżka wózkiem zbudowanym przez trzech małych konstruktorów: Lassego, Ollego i Bossego. Wszystkie atrakcje bardzo podobały się małej Kerstin, a najbardziej mali czworonożni mieszkańcy osady.

Czytam tę książkę z sentymentem i nostalgią. Lindgren ukazuje świat pełen prostoty, surowy, skromny, a jednocześnie przepełniony harmonią, bliski i wywołujący ciepłe uczucia. Sporo tu humoru, tak charakterystycznego dla jej pisarstwa. Niezmiennie urzekają mnie także ascetyczne, kreślone prostą, minimalistyczną kreską ilustracje Ilon Wikland, współgrające z wizją świata, w którym wartości rodzinne, przyjaźń, pochwała codzienności i urok minimalizmu są ważniejsze niż wartości materialne. To wspaniały prezent z okazji Dnia Dziecka.