19 marca 2013

Czarny murzyn z ognistej Afryki. "Kawa" Božidara Jezernika

W minioną sobotę, 16 marca, Dyskusyjny Klub Książki obchodził jubileusz powstania. W marcu mija bowiem rok od inauguracyjnego spotkania DKK dla dorosłych. Dla uczczenia rocznicy istnienia klub książki zorganizował dyskusję literacką w Cafe Muza. Spotkaniu towarzyszyła muzyka z motywem kawy, filiżanki i kawiarni, nierzadko inspirowana lekturą książki zatytułowanej „Kawa” autorstwa słoweńskiego antropologa Božidara Jezernika, bohaterki sobotniej dyskusji literackiej. 

Najważniejszy kawowy motyw muzyczny przewijający się zarówno na kartach eseju Jezernika, jak i rozbrzmiewający w tle spotkania został zaczerpnięty z nieznanej szerszej publiczności żartobliwej „Kantaty o kawie” Jana Sebastiana Bacha. Aby dopełnić kawowej i literackiej uczty, podczas spotkania DKK zorganizowano degustację wyśmienitej, szlachetnej kawy, którą na różne sposoby przyrządzał dla uczestników spotkania gość specjalny, właściciel sklepu Świeżo Palona. W ruch poszły rozmaite kawowe akcesoria: młynek żarnowy, który pozwala wydobyć z kawy najpełniejszy smak, AeroPress, dripper. 
Ponoć tylko ręczne mielenie kawy pozwala na zachowanie jej niepowtarzalnego aromatu, stąd przyrządzanie naparu z kolejnych gatunków kaw zamieniło się w prawdziwy rytuał, a gość specjalny uwijał się przy barze niczym kahwedżibasza, o którym można przeczytać w książce Jezernika. 
Kenia, Zimbabwe, Malawi czy Salwador to nie tylko nazwy egzotycznych krain, do których w swej opowieści o kawie zabiera czytelników autor książki, ale też nazwy kaw, których mieli okazję spróbować członkowie DKK. Rozcierając w palcach startą skórkę pomarańczy lub cytryny i wąchając ich zapach bądź próbując odrobiny gorzkiej czekolady, migdałów czy suszonych jabłek, można się było przekonać, jaki zapach i smak najlepiej eksponuje walory kawy łagodnej, o niskiej kwaskowatości i lekkim owocowym aromacie, a jaki pasuje do kawy mocnej, wytrawnej, o wyrazistym smaku i głębokim aromacie. 
W kawiarnianej atmosferze przy filiżance znakomicie przyrządzonej kawy uczestnicy spotkania zgłębiali tajniki „piekielnego naparu”, konfrontując swoje wrażenia z opowieścią autora książki pt. „Kawa”. Jeśli któryś z gości zdradzał się ze swoją niechęcią do kawy, jej amatorzy przytaczali co ciekawsze anegdotki z książki Jeziernika, próbując nakłonić oponenta do skosztowania „czarnego murzyna z ognistej Afryki”. Jak przekonuje autor, powołując się na liczne teksty źródłowe, barwne legendy, traktaty o kawie i relacje podróżników odwiedzających kraje Arabii Felix, kawa to napój o wyjątkowych właściwościach. Świadczą o tym fascynujące opowieści. Oto kilka z nich. Pewnego razu, gdy prorok Mahomet poczuł się bardzo zmęczony i wyczerpany, na rozkaz Wszechmogącego zjawił się archanioł Gabriel i przyniósł nieznany napój, który był tak czarny, jak czarny jest kamień wbudowany w narożnik Kaaby w Mekce. Jego nazwa brzmiała kahwa lub kahve, to, co orzeźwia, to, co wzmacnia. Mahomet, kiedy wypił ten cudowny napój, poczuł się na tyle silny, by zwalić z konia czterdziestu mężów i posiąść czterdzieści kobiet. W Turcji kawa jest tak ważna w interesach jak same interesy. Jest napojem narodowym, traktuje się ją bardzo serio. We Francji w XVIII wieku kawa uchodziła za intelektualną pożywkę. Słowa kawa i oświecenie były praktycznie synonimami. Niejaka Elizabeth Durieux wypijała każdego dnia czterdzieści filiżanek kawy do sto czternastego roku życia. W Skandynawii pije się ją tuż przed pójściem do łóżka – by lepiej spać. 

Z okazji rocznicy istnienia DKK uczestnicy spotkania spróbowali też po kawałku specjalnie przygotowanego na tę okoliczność tortu udekorowanego emblematem DKK. 
Jak się okazuje, książki nie tylko poszerzają horyzonty oraz zaspokajają potrzeby intelektualne i duchowe, ale też pozwalają na integrację ludzi o podobnych zainteresowaniach, podzielających zamiłowanie do czytania i dyskutowania o literaturze, co jest szczególnie inspirujące w czasach, kiedy czytelnictwo ponoć upada. Dyskusyjne Kluby Książki wskazują raczej na coś zupełnie przeciwnego.








2 lutego 2013

Dyskusyjny Klub Książki versus Klub Filmowy [na marginesie powieści Gilmoura]

Kto by pomyślał! Idąc na spotkanie DKK i kłócąc się w myślach z Davidem Gilmourem, autorem i narratorem "Klubu filmowego", nie przypuszczałam nawet, dokąd zaprowadzi nas dyskusja nad powieścią. Czy ukłon w stronę sztuki filmowej nie zostanie odczytany jako zdrada? Książka kontra film. Sztuka słowa versus kinematografia. Okazało się jednak, że idea koegzystencji i przenikania się sztuk znalazła swoje uwiarygodnienie w naszej małej książkowej społeczności. Po spotkaniu postanowiliśmy rozszerzyć naszą aktywność o założenie klubu filmowego. Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Ha! Czyż to nie dowód na to, że ta książka zasługuje na uwagę? 

Powieściowy "Klub filmowy", jeśli nawet nie porwał wszystkich walorami literackimi, dramaturgią i głębią psychologicznej analizy, zauroczył nas swą idée fixe. Udzieliła nam się magia kina. Możliwe, że czuliśmy niedosyt. Były momenty w książce, kiedy brakowało nam pełniejszego wglądu w problematykę filmów oglądanych przez Jessego i Davida. Niektóre zostały zaledwie muśnięte, rozbudzając nasze apetyty na ich obejrzenie. Ale czyż dzięki temu książka nie zyskała na atrakcyjności? Czasem, tak jak to czynił David w trakcie dyskusji z Jessem, lepiej nie zdradzać za wiele, nie mówić za dużo, w porę ugryźć się w język, by nie przytłaczać własną erudycją, lecz pozwolić przemówić emocjom swojego adwersarza. Po ostatnim spotkaniu DKK chciałoby się powiedzieć o powieści Gilmoura: to kawał dobrej literatury, ale zamiast tego ciśnie mi się na usta: to kawał dobrego kina. Filmowa retrospektywa. Podróż do źródeł kinematografii. 
W recenzji zatytułowanej "Czterysta batów", napisanej tuż po ukazaniu się powieści, dałam upust emocjom wywołanym lekturą. Moja uwaga skupiła się na aspektach wychowawczych, które obok tematyki filmowej stanowią główną problematykę książki. Niektórzy z pewnością stwierdzą sardonicznie: przecież ta książka jest antywychowawcza i niepedagogiczna. David nie jest wzorowym ojcem, to antyrodzic – parafrazując słynnego "antychrysta". No bo jak to! Przecież sam proponuje nastolatkowi, by rzucił szkołę. No dobrze, ale takiej empatii i wyczucia chwili można mu pozazdrościć. We właściwym momencie, zanim będzie za późno, rzuca tonącemu koło ratunkowe. Pozwala mu na poufałość i kumpelskie rozmowy. O czym? O seksie, dragach, kobietach, piciu, wagarowaniu, kontestacji, uczuciowych drogach i bezdrożach, damsko-męskich klęskach i podbojach. Ale dlaczego nie? Może właśnie w tym szaleństwie jest metoda... Jeśli David trzymałby się kurczowo stereotypu nobliwego, surowego rodzica będącego ostoją moralności, zamiast pokonywać bariery dzielące ojca i nastoletniego syna oraz krok po kroku zbliżać się do jego świata, czułby się coraz bardziej z niego wykluczany. Zaskoczyła mnie szczerość w ich wzajemnych relacjach, zauroczyły szacunek, akceptacja i zaufanie. Nawet jeśli postawa Davida jednych zirytuje i zbulwersuje, innym może zaimponować. W naszej dyskusyjnej grupie zdania były podzielone. Na mnie wybór Davida podziałał inspirująco. Uświadomiłam sobie, że hipokryzja to niebezpieczna metoda wychowawcza, która w wielu rodzinach zniszczyła relacje między nastolatkami i rodzicami. Przecież nikt nie jest doskonały. Niejeden dorosły, cieszący się w swoim środowisku uznaniem i estymą, ma poza sobą młodość chmurną i durną. Jeśli stać go na odwagę, by być sobą w relacji z dorastającym dzieckiem i nie kreować się na kogoś lepszego, niż się jest w rzeczywistości, to można mu jedynie pogratulować autentyzmu i  pokory wobec siebie, ale też wobec nastolatka. 

"Bo ja w twoim wieku..." Któż z nas nie był raczony w dzieciństwie podobnymi paralelami, które młodym ludziom podcinają skrzydła i sprawiają, że czują się głupsi, gorsi, bezwartościowi. David stawia na bycie sobą i prawo do popełniania błędów. Poświęca Jessemu cały swój czas. Dając mu wolność, zawierza mu bezgranicznie. Czy Jesse zdaje sobie z tego sprawę? Czy jest świadomy, że w sytuacji, w jakiej się znalazł, staje się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za ojca? Dojrzewanie to pasmo błędów i klęsk. Tak jak rodzicielstwo. Ale najważniejsze jest zaufanie. Nawet jeśli chwilami wydaje się, że nawzajem siebie zawiedliśmy. I rodzic syna, i syn rodzica. Czy istnieje wychowanie bez porażek? Chyba tylko w teorii. Z takich porażek krystalizuje się bowiem wzajemna relacja. Zdolność do wybaczania, akceptowania – i zdolność do skruchy, do ponoszenia konsekwencji, wyciągania wniosków. Porażki stają się próbą charakteru.  Właśnie na tym polega zwycięstwo Davida jako ojca. Dał sobie i Jessemu prawo do popełniania błędów. Akceptacja siebie nawzajem, z bagażem ułomności i słabości, ale też umiejętność przebaczania, godzenia się ze sobą i ze światem, scementowały ich relacje. Ale to nie wszystko. Młody człowiek oprócz bezwarunkowej akceptacji ze strony ojca otrzymuje jeszcze coś bezcennego. David zdaje się na intuicję, na rodzicielski instynkt i miłość do syna. Nie chce wywierać na niego presji. Wzdraga się przed zastraszaniem go, zmuszaniem do czegokolwiek. Zdaje sobie sprawę, że takie działania mają charakter doraźny i mogą być tragiczne w skutkach. Zamiast desperacji szuka w sobie miłości do dziecka. Zamiast poddawać się uczuciu rozczarowania, poszukuje alternatywy. Rozwiązania problemu, a nie jego eskalacji. Z godną pozazdroszczenia odwagą pozwala synowi dokonać samodzielnego wyboru. Ale nie pozostawia go samego z tą decyzją. Proponuje mu edukację filmową. Najgorszym rozwiązaniem byłaby bowiem bezczynność. Jako krytyk filmowy i dziennikarz może zaoferować Jessemu swoją pasję, wiedzę i doświadczenie. Jesse może rzucić szkołę, ale musi zgodzić się oglądać z ojcem trzy wybrane przez niego filmy tygodniowo, przyjąć jego warunki i wziąć na siebie odpowiedzialność za dotrzymanie słowa. 
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Aż trudno w to uwierzyć. I co poniektórzy dali temu wyraz. Ktoś zakwestionował rzetelność w ukazywaniu faktów. Możliwe, że zostały podkoloryzowane. Podbarwione dobrymi intencjami. Myślę jednak, że nie to jest najistotniejsze. Bez względu na to, czy wszystko to prawda czy fałsz, ta historia wywołuje emocje. Prowokuje do dyskusji. Czasem zmusza do zweryfikowania własnych metod wychowawczych, do odnalezienia w sobie iskierki pokory. David wbrew pozorom nie jest antywzorcem rodzica. Sądzę, że można się od niego wiele nauczyć. Jak nie przedobrzyć. Nie powiedzieć za dużo o jedno słowo. Jak przyznać się do porażki i nie stracić do siebie szacunku, jak się nie poddawać, mimo poczucia, że wszystko zawiodło, i trzymać się raz obranego kierunku, który prowadzi do celu, nawet jeśli momentami się błądzi. A przede wszystkim – że warto zaryzykować. Że czasem trzeba postąpić zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, nie rozum. I że z roku na rok nasze dzieci są coraz doroślejsze i coraz bardziej niezależne, ale jeśli było się zawsze z nimi, a nie przeciwko nim, to bez względu na okoliczności one odpłacą nam szczerą miłością, lojalnością i wdzięcznością. I to jest piękne! I za to cenię Davida, "Klub filmowy" i jego pomysł na edukację syna. Edukację w szerokim znaczeniu. Filmową, duchową, intelektualną, artystyczną – i koniec końców życiową. To była trudna, ale motywująca lekcja dojrzewania. Warto było ją przeżyć razem z Jessem.


David Gilmour, Klub filmowy, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Dobra Literatura 2011





19 stycznia 2013

O kronikarzu, jego studni, ptaku proroku i czerwonym kapeluszu [Haruki Murakami, "Kronika ptaka nakręcacza"]


Jeśli zależy ci za zachowaniu status quo i niczym niezmąconej beztroski – poczucia komfortu i błogostanu – strzeż się „Kroniki ptaka nakręcacza”. Po lekturze tej najdziwniejszej z powieści autora, jakie być może do tej pory przeczytałeś, nie pozostanie ci bowiem nic innego, jak wybrać się na poszukiwanie wyschniętej studni i wzorem bohatera zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem oraz stanąć oko w oko z najgłębszą otchłanią własnej świadomości. A jeśli jeszcze zapuścisz się w jej najintymniejsze zakamarki, przygotuj się na to, że nic w twoim życiu nie będzie już takie, jak było. Z równowagi może cię wyprowadzić dzwonek telefonu. Możliwe, że po drugiej stronie odezwie się tajemnicza kobieta, której niespodziewany telefon do Tōru Okady wywołał lawinę absurdalnych sytuacji, rozrastających się niczym tunele w podziemnym labiryncie. Jeśli przypadkiem zajdziesz do pobliskiej kafejki na kawę, może ciebie zaskoczyć towarzystwo Japonki w czerwonym plastikowym kapeluszu, która przysiądzie się do twojego stolika, by w enigmatycznych słowach zakomunikować ci o czymś, co się niebawem wydarzy w twoim życiu, wprawiając w ruch przędzę przeznaczenia. Kreacja Malty Kanō, obdarzonej darem przepowiadania przyszłości, oraz postać jej siostry Krety tworzą ekstrawagancką wariację na temat roli, jaką w kulturze europejskiej odgrywały boginie przeznaczenia czuwające nad porządkiem świata. Tyle że w powieści Murakamiego porządek świata zostaje zachwiany, wymykając się jakimkolwiek próbom obłaskawienia losu – oswojenia nieoswajalnego – podejmowanym przez bohatera. Wymowne są imiona sióstr Kanō: Malta i Kreta. Nazwy odsyłające do wysp usytuowanych w basenie Morza Śródziemnego stanowią trop wskazujący na źródło, z którego można czerpać inspirację, zastanawiając się, w co Murakami gra z czytelnikiem. Oto rekwizyty, w które wyposażył pisarz obie siostry: Malta nosi czerwony, plastikowy kapelusz, z kolei ubrania i makijaż Krety przywołują styl lat 60. Czyżby czerwony plastikowy kapelusz Malty symbolizował ekspansję kultury masowej, podobnie jak sztuczne rzęsy Krety, jej fryzura i ubrania w stylu Jacqueline Kennedy? Jaką rolę odgrywa w powieści pan Honda, którego postać Murakami kreuje na współczesnego  Terezjasza? Ongiś odsłonił on przed Edypem jego przeznaczenie, a im bardziej mitologiczny bohater chciał uniknąć spełnienia się tragicznej przepowiedni, tym bardziej zbliżał się do jej urealnienia. Od losu bowiem nie ma ucieczki. Zdaje sobie z tego  sprawę Tōru Okada, który stawia mu czoło, brnąc coraz dalej w labirynt niedorzeczności i dążąc do konfrontacji ze swoim przeznaczeniem. Bo jeśli nie uczyniłby tego, los i tak prędzej czy później zadrwiłby z niego okrutnie. 

Znalezienie klucza do powieści Murakamiego nie jest łatwe, odnoszę wręcz wrażenie, że „Kronika…” jest książką niepoddającą się jednoznacznym interpretacjom. Murakami snuje swoją abstrakcyjną opowieść, wprowadzając coraz to nowe postacie, jeszcze bardziej irracjonalne niż wykreowane wcześniej, i tworząc coraz to bardziej absurdalne scenariusze zdarzeń. Kiedy absurd osiąga apogeum i wydaje się, że lada moment znajdziemy motywację dla zaistniałych zdarzeń, trop się urywa i wracamy do punktu wyjścia. Im bardziej bohater nie rozumie rzeczywistości, wobec której postawił go ślepy los, tym silniejsze odczuwa pragnienie, by się z nią zmierzyć, by ją sobie podporządkować, a im bardziej okazuje się ona nieoswajalna, z tym większą determinacją Okada usiłuje przezwyciężyć poczucie absurdu, na jakie skazuje go rozszalała sprężyna zdarzeń. 

„Kronika ptaka nakręcacza” to najbardziej europejsko-amerykańska z powieści japońskich, jakie trafiły dotąd w moje ręce. Bohater słucha muzyki europejskich i amerykańskich kompozytorów i jaazmanów: m.in. Rossiniego, Beethovena, Bacha,  Percy’ego Faitha, Milesa Davisa, Albeta Aylera czy Cecila Taylora, czyta europejskich i amerykańskich pisarzy, ze szczególnym upodobaniem do Kafki i Hemingwaya, ogląda amerykańskie filmy. Europejskie korzenie zdradzają liczne aluzje mitologiczne, zaczerpnięte z kultury śródziemnomorskiej i budujące warstwę filozoficzną powieści. Przemieszanie japońskich realiów życia i motywów zaczerpniętych z filozofii egzystencjalnej oraz mitologii greckiej tworzy literacką multimozaikę, która jednych może zauroczyć, u innych z kolei wzbudzić jedynie sceptyczny uśmiech politowania. Na potrzeby surrealistycznego świata, wykreowanego w „Kronice…”, Murakami w zaskakujący sposób dekonstruuje starożytne mity i archetypy. Dla laika te aluzje mogą pozostać nieczytelne, co może skutkować wzruszeniem ramion zniechęconego czytelnika i zbesztaniem w myślach autora nieszczęsnej „Kroniki…”. A może jednak warto dać mu szansę? Może ta paranoiczna, surrealistyczna, kafkowska w swej absurdalności historia ma jakiś sens? Dla mnie ważnym sygnałem do podjęcia gry, w którą Murakami gra z czytelnikiem, była narzucająca się analogia między narratorem „Kroniki…” i bohaterami powołanymi do istnienia przez mistrzów literatury europejskiej: Różewicza, Kafkę, Camusa. Zanim Tōru Okada zostaje wytrącony z jałowego rytmu dotychczasowej egzystencji, w swej bierności przypomina  bohatera „Kartoteki”. Jest tak samo jak on bezbarwny, szary i zwyczajny. Z chwilą jednak, gdy w jego codzienność wkracza rzeczywistość niczym z  sennego koszmaru, mężczyzna podejmuje walkę z osaczającym go absurdem, tak jak uczynił to Józef K., którego świadomość w zetknięciu z łańcuchem niewytłumaczalnych sytuacji nagle zaczyna się budzić z letargu, a on chce zrozumieć, dlaczego dzieje się to, co się  dzieje, i kto uruchomił machinę zdarzeń, w obliczu których porywa go nieznana mu dotąd motywacja do działania. Tak naprawdę nie jest w stanie zgłębić istoty tego, co go spotyka, może jedynie to zaakceptować i pogodzić się z faktem, że jest igraszką w rękach siły znacznie potężniejszej niż on. Wędrówka Tōru Okady, błądzącego pomiędzy jawą i snem w poszukiwaniu zaginionej żony, przypomina również historię mitologicznego Orfeusza. W takim kontekście opowieść o schodzeniu bohatera do studni, by dotrzeć tam, dokąd nie ma dostępu nasza racjonalność, nabiera sensu. Tak jak nabiera sensu mozolna wspinaczka Syzyfa uginającego się pod ciężarem olbrzymiego głazu, jaką podejmuje ten mitologiczny bohater, próbując przechytrzyć bogów – mimo że po kilku nieudanych próbach zyskuje świadomość, że jego trud jest jałowy i z góry skazany na klęskę. A jednak nie pozostaje mu nic innego, jak trwać przy swoim kamieniu w poczuciu dramatycznej konieczności podejmowania ciągle od nowa tytanicznego wysiłku, by przezwyciężyć ironię losu, oswoić to, czego nie da się oswoić, uwolnić się od absurdu, od którego nie można się uwolnić. 

Tōru Okada ze swoją nierzeczywistą historią może zostać odebrany przez wielu czytelników jedynie jako bohater niedorzecznej książki Murakamiego. Ale jeśli damy się porwać iluminacyjnej strukturze opowieści i zejdziemy na samo dno wyschniętej studni, która otwiera nas na zupełnie inną perspektywę postrzegania rzeczywistości, po zakończeniu lektury znajdziemy się w miejscu, do którego nie dotarlibyśmy bez Tōru Okady, nasłuchującego ostrego głosu tajemniczego ptaka nakręcacza. Rutyna usypia świadomość, z kolei stanięcie oko w oko z nieprzewidywalnością i nieoswajalnością świata sprawia, że budzą się w nas te głębiny naszej świadomości, na które dotąd pozostawaliśmy głusi. Może warto doświadczyć tej dziwnej podróży wraz z bohaterem Murakamiego, by nagle odkryć w sobie zupełnie nieznane krajobrazy.




Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, tłum. A. Zilińska-Elliott, Muza 2012

10 stycznia 2013

Było sobie miasteczko [J.K. Rowling, "Trafny wybór"]

Jeśli chciałbyś zamieszkać w małym, uroczym, angielskim miasteczku, możliwe, że wybrałbyś Pagford. To miejsce w sam raz dla kogoś, kto ceni sobie spokój i miłych sąsiadów. Zapewne wprowadzisz się do jednej z eleganckich wilii przy Church Row, stromej uliczce, przy której stoją najdroższe domy, będące ucieleśnieniem wiktoriańskiej solidności i komfortu. Nieopodal wznosi się śliczny neogotycki kościółek, usadowiony na rynku z pięknym widokiem na ruiny starego opactwa. Nieco dalej znajduje się klub golfowy i klubowa restauracja. Tylko dla członków klubu. Brzmi kusząco? Mając do dyspozycji tyle atrakcji, zarezerwowanych dla ludzi z klasą, możesz poczuć się pełnowartościowym członkiem społeczności Pagford. Witaj w klubie! Jeśli gardzisz szkolnictwem publicznym – zwłaszcza że państwowa szkoła średnia Winterdown mieści się na przedmieściach brzydkiego osiedla Fields zamieszkałego w większości przez rodziny patologiczne – możesz posłać swoje dzieci do prywatnego liceum. W końcu komfort i poczucie luksusu to coś, co się należy tobie i twojej rodzinie. A Pagford to nie jakieś tam Fields. 

Jeśli bliskie są tobie takie kategorie myślenia, wśród nowych sąsiadów poczujesz się jak ryba w wodzie.  Będziesz mógł bez poczucia dyskomfortu pławić się w obłudzie, hipokryzji, biorąc za dobrą monetę błysk samozadowolenia, który rozświetla oblicza tej „lepszej” części mieszkańców Pagford. Kochasz pozory? Dwoistość moralna to twoja mantra? Zapraszamy do Pagford. A jeśli jeszcze odnajdziesz w sobie ambicję, by ubiegać się o miejsce w radzie miasta, trafiłeś na doskonały moment. Właśnie odszedł jeden z włodarzy, niejaki Barry Fairbrother. Ale bądź czujny. Na wolny wakat ostrzy pazurki kilku innych pagfordczyków. Śmierć Barry’ego, podobnie jak przepowiednie czarownic w „Makbecie”, obudziły w niektórych mieszkańcach niebezpieczne ambicje, do tej pory uśpione. Poczucie władzy. Co takiego kryje się w jego mrokach, że nagle w zetknięciu z nimi w ludziach budzą się demony? 

Jeśli jednak gardzisz mentalnością pagfordczyków, poczujesz dreszcz zniesmaczenia. Pewnie myślisz, że jesteś kimś lepszym, że drzemią w tobie pokłady bezinteresownej potrzeby zrobienia czegoś dobrego dla społeczności miasteczka. Możliwe. OK. Nie mam prawa ciebie oceniać, chociaż w tym małym światku, w którym z taką nieskrępowaną swobodą rządzą pozory, można się pogubić. Urocze małe Pagford, jak każde małe miasteczko, ma swoje ciemne strony. Dumni pagfordczycy udają, że one nie istnieją. A może nie udają... może hipokryzja wżarła się w ich dusze tak głęboko, że autentycznie są przekonani, iż wszystko, co ich dotyczy, jest tylko dobre i godne, a to, co brzydkie i paskudne, odnosi się do Fields. A przecież tam mieszkają inne rodziny, pozostawiona sama sobie młodzież, zwichnięci ludzie, ci najbardziej doświadczeni przez życie, wobec których los nie był tak łaskawy jak wobec mieszkańców dobrej dzielnicy w Pagford. Zmagają się z patologiami, alkoholizmem, narkomanią, prostytucją... 

Śmierć Barry’ego ujawnia antagonizmy, które dzielą radę miasta. Barry, pochodzący z biednego Fields, jest przykładem człowieka, któremu się udało. Odniósł sukces. Spełnił swoje marzenia. Stał się szanowanym, zamożnym obywatelem, który wyrwał się ze środowiska podcinającego skrzydła młodym ludziom i skazującego ich na degrengoladę. Mało tego. Nie obrósł w piórka, nie odciął się od swojej przeszłości, nie zapominał o swoich korzeniach. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Wielu innych zamożnych mieszkańców chełpiących się posiadaniem willi w dobrej dzielnicy i luksusowego auta nie przyznaje się do swojego dzieciństwa spędzonego w biednym osiedlu na przedmieściach. Barry jest inny. Jego społecznikowskie zapędy drażnią część radnych, którzy próbują odciąć się od Fields, pozbyć się problemu, zamiast szukać sposobów jego rozwiązania. Jeśli Fields zostanie administracyjnie odcięte od Pagford i włączone do biednego Yarvil, z budżetu miasta znikną środki na pomoc narkomanom i rodzinom patologicznym zamieszkującym Fields. To już nie będzie problem Pagford.  Kto będzie finansował ośrodek pomocy społecznej... Co się stanie z ludźmi, których próbują resocjalizować pracownicy socjalni... 

Bogaci i biedni. Żyją obok siebie, ale na zupełnie innych archipelagach. Pozornie nic ich nie łączy, a dzieli mur obojętności i pogardy. Patrząc na mieszkańców Fields, pagfordczyk może sycić się poczuciem swojej wyższości. Jest kimś lepszym. Ma wszystko. Ma szacunek, bo posiada pieniądze, władzę, prestiż. Ale ileż w tym zaślepienia, pychy, egoizmu i samozadowolenia, od którego aż mdli postronnego obserwatora, dostrzegającego, że właśnie ci bogaci są odpowiedzialni za rzeczywistość, w której żyjemy. Oni mogą więcej. Ale wygodniej jest zamknąć się we własnym światku i udawać, że problemy świata mnie nie dotyczą. Przymykać oczy na wynaturzenia, które dzieją się gdzieś poza murami naszego domu. Czyżby? Sytuacja wcale nie wygląda tak pięknie, jakby się mogło wydawać. Śmierć Barry’ego staje się początkiem niespodziewanych wydarzeń, w efekcie których na światło dzienne wychodzą różne ciemne sprawki. Okazuje się, że każdy ma coś na sumieniu. W każdej rodzinie, nawet tej jak z reklamy, kryje się jakiś mroczny, wstydliwy cień. Ale lepiej jest go nie dostrzegać, udawać, że nie istnieje, albo po prostu trwać w nieświadomości, skupiając się na sobie, i to do tego stopnia, że rani się najbliższych. W dobrych rodzinach dzieją się złe rzeczy. Córka bezkompromisowej pani doktor, wrażliwa i odrzucona Sukhvinder, nie akceptując swojej inności, ulgę znajduje w samookaleczaniu się. Jej samotność jest rozpaczliwa, ale rodzice, oboje lekarze, niczego nie dostrzegają. Fats, przybrany syn dyrektora szkoły i szkolnej pedagog, czerpie satysfakcję ze znęcania się nad innymi. To daje mu poczucie siły. Pozwala uniknąć kompromitacji, a dla nastolatka kompromitacja to najgorsze piętno. Swoją słabość skrywa pod maską przemocy. Z kolei matkę, doświadczoną pedagog, przytłaczają zarówno problemy rodzinne i wieczne konflikty ze zbuntowanym nastolatkiem, jak i problemy zawodowe. Przerażające są jej bezsilność, bezradność, brak działania, tak w domu, jak i w szkole, gdzie jej podopieczni to głównie młodzi ludzie z Fields. Pracownicy socjalni z ośrodka wsparcia również wydają się opieszali w swoich działaniach, a procedury są ważniejsze niż żywy człowiek. A wystarczy okazać ludzkie zainteresowanie, autentyczną życzliwość i wiarę w drugiego człowieka, by coś drgnęło. Tak jak uczynił to Barry. To jedyna pozytywna postać w tej książce. Pojawia się na kilku pierwszych stronach, by w prologu zejść ze sceny i swoją niespodziewaną śmiercią zasiać zamęt w Pagford. Świat dorosłych ukazany w powieści to w pewnym sensie świat mugoli z „Harry’ego Pottera”, a kreacja Barry’ego Faithbrothera jest nacechowana symbolicznie: to dorosły czarodziej, ale daleki od  konwencji fantasy, obdarzony magią dziecięcej autentyczności, charyzmą i wiarą w ludzi młodych oraz w siłę marzeń. To piękna znacząca postać, drogowskaz dla rodziców, nauczycieli, pracowników socjalnych, pedagogów, radnych i wszystkich ludzi, na których spoczywa odpowiedzialność za przyszłość młodego pokolenia, a co za tym idzie za losy świata.

W powieści Rowling mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, którego autorka wykreowała w przekonujący i realistyczny sposób. To małomiasteczkowa społeczność, z jej przywarami, małostkowością, egoizmem,  snobizmem, samouwielbieniem. Jednocześnie udało jej się z tej społeczności wyodrębnić poszczególne postacie, pokazać motywy ich działań, psychologiczne mechanizmy ich zachowań, uczuciowe deficyty i niedostatki, które stają się motorem ich frustracji, rozczarowań, a w końcu życiowych dramatów. Szczególne miejsce zajmują w powieści młodzi ludzie, którym autorka poświęciła wiele uwagi. Stworzyła wiarygodnych bohaterów, którzy stają się nam bliscy jak żywi ludzie. Zaglądamy pod podszewkę ich tęsknot, lęków, obsesji, by ulec podszeptom współczucia, przerażenia, czasem doznać ulgi, czasem odnaleźć wątłą iskierkę nadziei, która tli się w zakończeniu książki. Aby mogła zaistnieć, musiało dojść do tragedii, której można było uniknąć, gdyby inni pagfordczycy potrafili zauważyć drugiego człowieka, wznieść się ponad własne problemy, animozje, uprzedzenia, egoizm. Stajemy się świadkami wstrząsających wydarzeń, ku którym autorka prowadzi nas niczym w tragedii antycznej. Na końcu doznajemy katharsis,  ale też otrzymujemy surową lekcję. Ja także jestem odpowiedzialny. Każdy z nas każdego dnia dokonuje różnych wyborów. Dlatego też od nas tak wiele zależy. Ważne, by były to trafne wybory.

J.K. Rowling, Trafny wybór, przeł. A. Gralak, Znak 2012



10 grudnia 2012

Hipnotyzująca siła wyrazu [Elfriede Jelinek "Amatorki"]


"Amatorki" zaspokoją oczekiwania najbardziej wybrednych książkowych kaskaderów, którzy uwielbiają prozę niepokorną, zaczepną, soczystą, skrzącą się od wyrafinowanej ironii i paradoksów. To książka ostra jak brzytwa i bezkompromisowa jak sama Jelinek. Przyprawiła mnie o istny gejzer emocji: od niezgody, irytacji,  zniecierpliwienia po olśnienie i podziw dla chirurgicznej precyzji, z jaką pisarka obnaża nasze ubezwłasnowolnienie przez konwencję, rolę społeczną, kostium, banał, kalkomanię. Cóż takiego zirytowało jednego z niemieckich krytyków literackich, że ośmielił się publicznie zdyskredytować  twórczość autorki, nazywając ją "pozbawioną talentu wariatką"?

Czego jak czego, ale autorce "Amatorek" na pewno nie można odmówić talentu. W niemałe zdumienie wprawia czytelnika niemal każdy aspekt tej literackiej ekwilibrystyki: nowatorska narracja oraz charakterystyczny, pełen połamańców język, który harmonizuje z kreacjami bohaterów. Wszystkie elementy genialnie ze sobą współbrzmią. "Przejrzysta kompozycja powieści, wyrafinowana architektura fabuły i języka oraz błyskotliwy opis czynią z tego utworu najbardziej rygorystycznie skomponowaną książkę autorki" [Marlies Janz]. I mimo że od jej debiutu minęło kilkadziesiąt lat, powieść noblistki wciąż zaskakuje hipnotyzującą siłą wyrazu, "muzycznym strumieniem głosów i kontrgłosów" [Thomas Steinfeld]. 
  
Jelinek nie kokietuje czytelnika, choć jego czujność może uśpić quasi-sielankowy początek. Szybko się jednak przekonujemy, że idylliczny krajobraz rozkwitający na pierwszej stronie powieści to "fałszywka". Autorka podejmuje wyrafinowaną grę z konwencjami, prowokując czytelnika do zweryfikowania zadomowionych w jego świadomości wyobrażeń o granicach literackiej narracji. Lektura powieści może graniczyć z doświadczeniem, które daje się porównać do wstrząsającej inicjacji. Pisarka wyrywa czytelnika z komfortowego kokonu złudzeń, które uśpiły jego świadomość i przytępiły ostrość widzenia. Nagle ujrzałam w całej swej szokującej klarowności bezlitosną machinę, która wprawia w ruch odwieczny kołowrót naszej egzystencji. Bohaterki powieści są żałośnie nijakie, ich życie jest bezdusznym teatrem, w którym zaludniające go postacie odgrywają swoje role niczym bezwolne marionetki, a podejmowane przez nie działania są efektem zaszczepianych im od urodzenia stereotypów, które przejmują kontrolę nad ich istnieniem wbrew fałszywym wyobrażeniom, że nasze "ja" jest bytem niepowtarzalnym, wyjątkowym. Człowiek w ujęciu Jelinek zostaje odarty z godności i indywidualizmu. Pokaleczona składnia pełna anafor, współbrzmień i kontrbrzmień, zniekształcone reguły interpunkcyjne i ortograficzne, rezygnacja z wielkich liter podkreślają, że człowiek w świecie wykreowanym przez autorkę jest tylko pozbawionym autonomii mięsem, skazanym na klęskę, nawet jeśli żyje w złudnym przeświadczeniu, że ziściły się jego [żałosne] marzenia. Autorka spogląda na rzeczywistość ludzkich pragnień, dążeń, poczynań z odległej, wyostrzonej perspektywy, którą uzyskała dzięki zastosowaniu groteskowej, momentami brutalnej ironii. Życie społeczne jest łańcuchem przypadkowych zdarzeń i interakcji wprzęgniętych w tryby oczekiwań i skostniałych wzorców, utartych scenariuszy reaktywowanych automatycznie poprzez powielanie zachowań, gestów, tropów myślowych. Człowiek łudzi się jedynie, że jest kreatorem swojego losu. Jelinek drwi z podobnych mrzonek, pokazując, jak iluzoryczne są te przekonania. Relacje społeczne, rodzinne, pokoleniowe itd. składają się z interakcji, które są rozmaitymi wariantami zależności: pan-niewolnik, kat-ofiara. Nie chciałam zaakceptować takiej wizji świata, ale jednocześnie nie byłam w stanie zaprzeczyć, że koncepcja ludzkiego życia zaserwowana nam przez Jelinek ma w sobie ogromną siłę wyrazu i porażającego autentyzmu.

Czytanie prozy Jelinek nabiera dodatkowego wymiaru. Towarzyszy mu nowa jakość. Jak w narkotycznym amoku, akapit za akapitem narasta w nas dziwna, permanentna konieczność, która ma w sobie jakąś dialektyczną dynamikę. Z jednej strony można odnieść wrażenie, że Jelinek drażni się z czytelnikiem z jakąś nieznośną, sadystyczną przyjemnością, z drugiej strony wyzwala w nim nieujarzmioną, irracjonalną potrzebę podążania za tokiem opowieści i zachłyśnięcia się nią aż do utraty tchu. To traumatyczne doznanie było dla mnie zarazem doświadczeniem epifanicznym. Czy można jednocześnie kochać i nienawidzić? Tak. Można. Kocham Jelinek. Nienawidzę Jelinek. Podobnie ambiwalentna była więź Elfriede Jelinek z matką, oparta na neurotycznej zależności: miłość-nienawiść. Takie skrajności towarzyszyły mi do końca lektury, co więcej, posmak koktajlu tak silnych emocji pozostał jeszcze długo po zakończeniu książki.

Kiedy czyta się "Amatorki", nie sposób pozostać obojętnym, niezaangażowanym, nijakim. A jeśli już ulegnie się tej chropowatej, fenomenalnej pajęczynie słów, z której autorka snuje swoją opowieść, reakcje są ekstremalne. Jakże czytelna w obliczu tych doświadczeń staje się słynna deklaracja pisarki. Podczas jednego z wywiadów na pytanie dziennikarki, co chce osiągnąć poprzez swoją twórczość, Jelinek odparła z przekonaniem: "Żeby czytelnik nie przeciągał się przyjemnie jak świnia w błocie, żeby zbladł przy lekturze". 

Nejednokrotnie i ja bladłam podczas lektury "Amatorek". Bladłam z oburzenia, niedowierzania. Bladłam z przerażenia. Bladłam pod dotykiem przejmującego ostrza ironii, którym autorka posługuje się po mistrzowsku. Bladłam... wstrząśnięta, zmiażdżona... i pokrzepiona zarazem. Ileż w tej powieści hipnotyzującej siły wyrazu i fenomenalnej przenikliwości.


 
 Elfriede Jelinek, Amatorki, tłum. A. Majkiewicz, J. Ziemska, WAB 2004










3 listopada 2012

Lilka i chłopcy – Magdalena Samozwaniec "Zalotnica niebieska"

Wiele bym straciła, gdybym nie sięgnęła po książkę Magdaleny Samozwaniec. Ominęłaby mnie sentymentalna podróż do mitycznej krainy dzieciństwa słynnych sióstr Marii [Lilki] i Magdaleny – do bajkowej Kossakówki, wyidealizowanej, "świętej i czystej jak pierwsze kochanie". Poddałam się różowej magii wspomnień. Uległam artystycznej atmosferze domu Kossaków. Pozostała po niej popadająca w ruinę willa nieopodal Wawelu, która być może zamieniłaby się z  czasem w żałosną kupkę  popiołu, czarną dziurę, garść ulotnych wspomnień.  Wiele cennych rodzinnych pamiątek wyprzedano, by po wojnie ratować podupadający budynek. Nieliczne z nich pozostały w rodzinie. ...Kurz na nie pada, warstwą się kładzie... z dala od ludzi, z dala od zgiełku, na dnie szuflady więdną w pudełku... Możliwe, że zwiędłyby również wspomnienia... gdyby nie duch tego miejsca. Nie ludzie. Nie ich dzieła.  Jeszcze sto lat temu to miejsce tętniło życiem. Kossakówkę zamieszkiwali arystokraci ducha. Ludzie niepospolici, utalentowani, nieprzeciętni. Przez ich salon przewinęli się najwybitniejsi ówcześni artyści, m.in.: Henryk Sienkiewicz, Adam Asnyk, Stefan Żeromski, Helena Modrzejewska, Jacek Malczewski, Stanisław Witkiewicz, jego syn Witkacy, Wojciech Weiss, Zofia Stryjeńska. 

Ten piękny obraz ma także swój rewers. Po drugiej stronie lustra Alicja dostrzega rysę na nieskazitelnej, pastelowej politurze. Ludzie, zwłaszcza wielcy, mają wiele słabości. Wiele "uroczych" dziwactw – które jednak raziłyby u ludzi pospolitych, byłyby nie do zniesienia i nie wytrzymałyby konfrontacji z szarą rzeczywistością. Kossakom przydają one wdzięku. Zamiast irytować, intrygują, czarują, uwodzą. 

Jedno z ostatnich zdjęć Kossakówki [źródło]
We wspomnieniach Magdaleny jej siostra prezentuje się niczym grecka nimfa, dziedziczka wielu różnorakich talentów. Tak jak grecka bogini posiada zarówno cechy boskie, jak i ludzkie. Samozwaniec ukazuje ją jako spadkobierczynię darów starożytnych kapłanek sztuki: Kaliope obdarzyła ją talentem poetyckim i urodą,  nad jej rozwojem intelektualnym pieczę objęła Euterpe, patronka liryki, Talia przepowiedziała jej, że będzie pisywać komedie, Melpomene nie poskąpiła jej talentu do pisania dramatów, Terpsychora obdarzyła ją zdolnościami tanecznymi, Polihymnia darem muzycznym i umiejętnością gry na instrumencie, Urania wtajemniczyła ją w świat astrologii, gwiazdozbiorów i horoskopów. Po przodkach z kolei dziewczynka odziedziczyła talent malarski.
Młode kobiety marzą i płaczą, akwarelka Lilki [źródło]

Ale pośród patronujących Marii  muz nie zabrakło też zawistnej bogini Hekate, która sprowadziła na dziewczynkę tragiczną ułomność. Lilka niemal całe życie borykała się z poważną chorobą kręgosłupa, która skazała ją na tortury uciążliwej i nieskutecznej rehabilitacji oraz ortopedyczne gorsety i która zdeformowała jej "rasową" sylwetkę. Dodajmy, że przymiotnik "rasowy" to jedno ze słów kluczy, które często przewijają się na kartach wspomnień. 
Ostatnia główka Lilki malowana przez
 Kossaka, Kwintesencja mojej rassy
1939 [źródło]
To niewinne słówko jest aż nadto znaczące. "Rassowa" była cała familia Kossaków. I tak też ukazuje ją Magdalena Samozwaniec. Rasowy Wojciech Kossak miał liczne romanse, zazwyczaj jakąś piękną, uwodzicielską "flamę" na boku, ale nie było to niczym zdrożnym, wszakże tak żyła arystokracja. Samozwaniec pisze o tej słabostce ojca jako o czymś normalnym i powszechnym. Tak prowadziły się ówczesne małżeństwa z wyższych sfer. Rolą kobiety było zaakceptować ów stan rzeczy, rolą mężczyzny – bawić się dyskretnie, a przy tym troszczyć się o materialne położenie żony i okazywać jej mężowskie przywiązanie. Pani Wojciechowa również zdawała się akceptować ten stan rzeczy; ot, jeszcze jedna fanaberia ekscentrycznego artysty... Córki bezgranicznie wielbiły tatka, ubóstwiały słynnego dziadka, bardzo też kochały matkę... Momo, Mamidło, jak córki nazywały matkę, była z kolei zwyczajnym człowiekiem, przynajmniej na tle tak barwnych osobowości, jak panowie Kossakowie i ich niepospolici przyjaciele. To właśnie ona wniosła Wojciechowi w posagu ziemiański majątek, pozwalający na życie pełne arystokratycznych uciech i spełnianie niezliczonych fanaberii próżnej familii. Ale do czasu. Przed II wojną rodzina borykała się z brzemieniem długów i natrętnymi wierzycielami – co mnie mocno dziwiło, jeśli wziąć pod uwagę bujne życie, jakie wiedli Kossakowie. Liczne podróże zagraniczne, wyjazdy na wczasy do modnych kurortów, własny samochód, co było na owe czasy nie lada ekstrawagancją, noclegi w najelegantszych hotelach, dancingi, rauty, prywatne lekcje kilku języków dla dzieci, najlepsze guwernantki, lekcje muzyki, tańca, malarstwa itd. Kilka pracowni malarskich do utrzymania, m.in. w warszawskim hotelu Bristol, gdzie pracował Wojciech Kossak podczas służbowych podróży do stolicy. Utrzymywanie kosztownych kochanek. Żyć, nie umierać... Maria i Magdalena lubią piękne ubrania. Kochają kapelusze, futra, delikatne pończochy, wykwintną bieliznę, wytworne buty, boa, szale, torebki, bibeloty.  Zawsze jest też jakaś służba, jakaś Neśka czy Marysia, które wstają skoro świt i robią wszystko, by modne dziewczęta mogły bywać w salonach, w kasynach i pełnymi garściami korzystać z życia, a jeśli nie mają ochoty na zabawę, by mogły bezkarnie oddawać się słodkiemu nicnierobieniu, pisać, czytać, marzyć, dyskutować...
Maria i Magdalena, Wojciech Kossak [źródło]
Elementem takiej egzystencji jest pisanie długich, pięknych listów, które Samozwaniec wydobyła z domowego archiwum i które oddaje do rąk czytelników, wzbogacając nimi wspomnienia o czasach beztroskiego dzieciństwa i dorastania. Siostry mogły bez przeszkód oddawać się ulubionym zajęciom. W końcu jakież miały obowiązki? Nie chodzą do szkoły, nie sprzątają, nie martwią się o swój materialny byt. Wszystko mają podane na zawołanie. W takich realiach kształtują się osobowości obu sióstr, które wyrosną na birbantki i sybarytki.

Maria nazywana była w domu pieszczotliwie Lilką, Lilczurem, Szczurem. W listach zazwyczaj podpisywała się jako Szczurek, nierzadko też wypowiadała się w rodzaju męskim, akcentując wiarę w swoją androgyniczną naturę, zespoloną z pierwiastka żeńskiego i męskiego. W co jeszcze wierzyła Lilka? W reinkarnację dusz, w metempsychozę, w życie po życiu, w mowę gwiazd, ale przede wszystkim w miłość. To była jej religia. Jej poezja przeniknięta jest ową wiarą. Nawet kolejne zawody miłosne, sercowe rozczarowania i rozwody nie były w stanie podważyć fundamentów tej wiary:
Ty jesteś jak paryska Nike z Samotraki,
o miłości nieuciszona!
Choć zabita, lecz biegniesz z zapałem jadnakim
wyciągając odcięte ramiona...
Pierwszym obiektem westchnień kilkunastoletniej Lilki był Egon, niesforny, rozpieszczony playboy, w którym się zadurzyła, naczytawszy się poezji Staffa, Przesmyckiego, Micińskiego, Tetmajera. Kiedy romans kończy się awanturą rodzinną, Lilka koi duszę następną fascynacją. Przystojny Adam Kapiński, szwagier Jerzego Kossaka, brata poetki, staje się plastrem na zranione serce.  Ale Adam jest żonaty i wzajemne zauroczenie mija tak szybko, jak się pojawiło. Ileż w tych zauroczeniach pensjonarskiej naiwności. Ale już jako osiemnastoletnia panna Lilka postanawia się wydać. Pierwszym, który się nawinął, był młody przystojny porucznik Bzowski. Lilka, już jako pani Bzowska, szybko spada na ziemię. Ten mariaż okazuje się fantazją młodej, kapryśnej dziewczyny. Rozwód kościelny kosztuje Wojciecha Kossaka majątek. Ale czegóż się nie robi dla genialnej córki, choćby za cenę długów. Jeszcze nie ucichły dzwony post mortem pogrzebanego małżeństwa, a Lilka już flirtuje. Jan Gwalbert Pawlikowski jest ucieleśnieniem ideału. Młody, przystojny, uduchowiony, rozczytany w literaturze, próbujący swych sił jako pisarz. Tuż po otrzymaniu rozwodu z Bzuniem kochankowie biorą ślub. Lilka kocha Jana miłością bałwochwalczą. Zamieszkuje z nim na Kozińcu, w Domu pod Jedlami w Zakopanem, rodzinnym dworku Pawlikowskich projektu Witkiewicza. Styl życia Pawlikowskich jest przeciwieństwem pełnej rozmachu i rozrzutności egzystencji Kossaków. Owszem, cała rodzina tkwi po uszy w literaturze, ale na tym kończą się podobieństwa między Kossakami i Pawlikowskimi. Hołdują oni niemal ascetycznej prostocie i siermiężnej wręcz oszczędności. Ale zakochana bez pamięci Lilka znosi mężnie tę radykalną zmianę stylu życia. Małżonkowie chodzą razem na wysokogórskie wycieczki: Jaś jest zawołanym taternikiem. "Lilka w długim płaszczysku i pantofelkach na obcasie dzielnie dotrzymuje mu kroku, choć męczy ją to niewypowiedzianie". Tak też wygląda jej codzienność w domu na Kozińcu. Nic więc dziwnego, że tęskni do baśniowej Kossakówki. 

Lilki zabawa z kotem, rys. Lilki z ok. 1920 [źródło]
Kossakówka to nie tylko raj dla artystów. To także menażeria najróżniejszych zwierząt, które uwielbiała Lilka. Na Kozińcu dominuje surowy krajobraz, zarówno wokół domu, jak i w jego wnętrzu. Kossakówka z kolei tętni życiem. Lilka trzymała w rodzinnym domu ukochaną wiewiórkę, nazywaną Sorkiem,  którą pieściła, całowała, nosiła na szyi. Miała koty, psy, a nawet małpkę, którą dostała w prezencie. "Straszny był niegdyś wstyd dla domu, gdy makak narobił do kapelusza któregoś z gości, a ten, nie spodziewając się, co go czeka, nałożył go na głowę". Kochała nie tylko ładnych chłopców, ale też przyrodę, ptaki, zwierzęta, morze i góry. Pod koniec życia, na emigracji,  jej cała miłosna siła przeniosła się na rodzinę. 

Ubóstwiany Jan Pawlikowski zostawił Lilkę dla nieletniej baletnicy. Jakież to trywialne. Skończyła się wielka miłość Kwaka i Szczurka. Ale Nike nieuciszona, która kryje się głęboko w duszy Lilki, ciągle, na przekór klęskom, otwiera okaleczone ramiona na kolejną miłość. I tak oto jej trzecim mężem zostaje młodszy od poetki o kilka lat lotnik, Stefan Jerzy Jasnorzewski. Lotek, jak pieszczotliwie nazywała go Lilka, ubóstwiał ją i nosił na rękach, ale przy tym był chorobliwie o nią zazdrosny. Lata wojny spędzili w Anglii,  z dala od rodziny. Był przy niej do końca, towarzyszył jej w śmiertelnej chorobie. 

Lilka zmarła na raka kości. Została pochowana w Manchesterze. "W jej wstrząsających ostatnich poezjach  można przyrównać Lilkę do wielkich artystów, którzy nawet dotknięci ciężkim kalectwem do końca tworzyli wspaniałe dzieła". 

Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Świat Książki 2010